Hej ha! Hej ha! Ten człowiek tańczy jak szalony!
Ukąsiła go tarantula
E.A. Poe (motto opowiadania Złoty żuk)
Wieść niesie, że swą debiutancką książkę Bob Dylan zaczął pisać w wyniku intrygi agenta Alberta Grossmana, który zachęcony sukcesem utworu Johna Lennona, In His Own Write, w imieniu artysty (czy nawet bez jego wiedzy) przyjął ofertę wydawnictwa Macmillan. 24-letni Dylan zabrał się do pisania pod koniec 1965 r., a 26 lipca 1966, na dwa tygodnie przed złożeniem dzieła w wydawnictwie, uległ tyleż sławnemu, co tajemniczemu wypadkowi motocyklowemu (jechał swoim Triumphem T100), po którym na jakiś czas zniknął z życia publicznego i stracił ochotę na publikację swoich tekstów. W tym czasie za sprawą undergroundowej oficyny Albion z San Francisco osierocony przez Dylana utwór trafił do obiegu w nieautoryzowanych odbitkach powielaczowych (skopiowanych z egzemplarza promocyjnego), stając się swoistym „booklegiem”.
Choć w pewnym momencie Dylan zaczął odżegnywać się od nieukończonego tekstu, to liczne poprawki zdają się świadczyć, że gorliwie go cyzelował. Od czasu do czasu potrafił zresztą intrygująco go zareklamować, zdradzając, że jest „długi na milion scen / i rozgrywa się na miliardzie skrawków papieru”, „czymś, co nie ma rymu, sam cut-up (albo: całe pocięte), nic ponadto, tyle że coś będzie się dziać, to znaczy słowa”.
*
Ostatecznie książka ukazała się w maju 1971 r. pod tytułem Tarantula – być może zainspirowanym ustępem z Tako rzecze Zaratustra Nietzschego, najprawdopodobniej jednak zaczerpniętym z recenzji „The New York Timesa” ze spotkania z Williamem S. Burroughsem. Liczący na sukces sprzedażowy menedżer muzyka w najczarniejszych snach nie mógł spodziewać się tak nieprzystępnej i niekomercyjnej książki.
Większość krytyków debiut literacki Dylana zignorowała lub zrównała z ziemią. Tarantulę uznali za kaprys gwiazdy, zachodząc w głowę, jak to nazwać i czy to w ogóle literatura. (Inna rzecz, że książkę recenzowali głównie krytycy muzyczni, często nieprzygotowani do egzegezy tego typu tekstów). Od lat 90. coraz liczniej pojawiają się omówienia uważniejsze i bardziej fachowe, a nawet poważne rozprawy, dostrzegające w debiucie Dylana literacki eksperyment (miejscami ciekawy, choć zasadniczo nieudany), któremu patronują Iluminacje Rimbauda, futuryści, surrealiści (pisanie automatyczne), dadaiści, a przede wszystkim bitnicy (Gregory Corso, „proza spontaniczna” Jacka Kerouaca, Burroughs i jego technika pisarska cut-up). Znamienny jest fakt, że w 1992 r. ustępy z Tarantuli zostały zamieszczone w antologii twórczości bitników The Portable Beat Leader.
###banner###
Wystarczy otworzyć Tarantulę na dowolnej stronie, żeby zrozumieć reakcję krytyki. Na ten osobliwy słowny twór składają się jedno- lub kilkustronicowe, wyodrębnione graficznie, opatrzone tytułami tekstowe całostki, które z braku lepszego określenia można nazwać eksperymentalnymi miniprozami poetyckimi lub wierszami prozą (ostatnio pojawiły się określenia: „kolaż prozą”, „nowela-kolaż”). Czytelnik zderza się w nich z kalejdoskopowym potokiem ułamków zdań, eliptycznych wypowiedzi, urywających się wątków (czasem przypominających filmowy montaż równoległy), zaskakujących i enigmatycznych scenek, obrazów i sytuacji. To frazy gwałcące reguły składni i schematy logiczne, sprawiające wrażenie bytów amorficznych i hybrydycznych, posklecanych na zasadzie przypadku, swobodnych skojarzeń bądź, tu i ówdzie, muzyczności i rytmiczności, opatrzone szczątkową i ekscentryczną interpunkcją (ograniczoną do trzykropka, ukośnika, przecinka i znaku &). W całym tym patchworku próżno szukać jakieś intrygi czy fabuły – tak jak zapowiadał Dylan, dzieją się słowa, spuszczone ze smyczy, żyjące własnym życiem, zwolnione ze służby fabule i normom poprawnościowym.
Wytchnieniem od alinearnych, adyskursywnych ustępów prozą są skeczowe, parodystyczne listy, spójniejsze logicznie, podpisane przez postaci o komicznych lub dziwacznych imionach. Do osobnej kategorii należy zaliczyć króciutkie przypowiastki o motywach biblijnych (np. „Bez puenty niczym wiedźma”, „Wyścig konny”) – zabawne Dylanowskie „midrasze”, których echa pojawiają się np. w piosence Highway 61 Revisited.
Wrażenie nieciągłości i inkongruencji to efekt inspiracji wspomnianą już metodą cut-up. Chodzi o rodzaj tekstowego kolażu montowanego z zestawionych w przypadkowej kolejności kompleksów powycinanych słów czy zdań. Kolaż ma w sztuce XX w. bogatą tradycję, wydawał się formą, w której świetnie odbija się cywilizacyjne przyspieszenie i chaotyczna symultaniczność rzeczywistości. Warto zauważyć, że Dylan udanie sięgał po tę technikę także w ówczesnych tekstach piosenek.
*
Przewija się przez Tarantulę pstra menażeria postaci (tego ostatniego słowa używam trochę na wyrost), już to autentycznych (ludzi sztuki, literatury, mediów, show-biznesu), już to literackich, biblijnych i mitologicznych, wreszcie zupełnie wymyślonych, o zabawnych imionach bądź ksywach (Tao, Prawo, Kiełbasiany Demiurg; co ciekawe, w jednym miejscu pojawia się epitafium dla niejakiego boba dylana). Lektury nie ułatwia zupełny brak charakterystyki postaci – to bohaterowie- kwanty, byty-meteory, abstrakty, oderwane od desygnatów rzeczowniki osobowe wyskakujące z kolejnych pudełek niespodzianek, by wypowiadać dziwaczne kwestie, odgrywać absurdalne gagi i znikać tak nagle, jak nagle się pojawiły.
Tę budzącą zawrót głowy rozpędzoną werbalną karuzelę zmontował Dylan z mowy ulicy, kalamburów, purnonsensów, szmoncesów, skrzydlatych słów, reklamowych i ideologicznych szlagwortów i parodii gazetowego pustosłowia, przetykanych aforyzmami i pseudofilozoficznymi sentencjami oraz obfitością aluzji, cytatów i parafraz (np. e.e. cummingsa, Księgi przemian, T.S. Eliota, pieśni folkowych i bluesowych, tradycyjnych dziecięcych rymowanek, neologizmów i bitników). A wszystko to okrasił absurdem, satyrą, czarnym humorem, ironią i groteską. Można powiedzieć, że Tarantula to krzywe zwierciadło pędzące autostradą amerykańskiego imaginarium medialnego, politycznego, popkulturowego.
Od pierwszego zdania książki czytelnik połyka, niczym Alicja w Krainie Czarów, zawartość butelki z etykietą „wypij mnie” (zapewne zawierającą jad tarantuli) i zmniejsza się do poziomu świata kwantowego, w którym prawa klasycznej „mechaniki” semantycznej ulegają zawieszeniu i w którym najlepszym narzędziem badawczym wydaje się probabilistyka. Kolejne słowa, frazy i scenki są tu niczym cząsteczki we wrzącej cieczy, tworząc rojowisko, w którym czasem w wyniku kolizji zawiązują się połowiczne atomy sensu. Albo jak rozedrgane kule w maszynie losującej, w której raz po raz wypluwane liczby zdradzają jakąś wątłą regularność.
Wrażeniu dziwaczności sprzyjają katachrezy, na które w książce Bob Dylan and Philosophy zwrócili uwagę David Goldblatt i Edward Necarsulmer IV. Chodzi o metafory o rozluźnionych (czasem do granic czytelności) związkach logicznych między członami, ale też o dawanie słowom nowych zastosowań rozszerzających ich potencjał semantyczny oraz o strategię językowego nadużycia (abusio to łacińska nazwa tego terminu) – stylistyczne, leksykalne i składniowe wykoślawienia i łamanie reguł językowych. * W całym tym chaosie z ustępów ocierających się o logoreę i kakofonię (zaznaczmy, że…