Subskrybuj
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Nadzieja na ocalenie

Ponieważ w ewolucji nic nie jest planowane ani przewidywane, wpisana jest w nią niedoskonałość. Nie trzeba jednak być tworem doskonałym, by móc przekazać geny. Wystarczy być odrobinę lepszym od innych.

Anna Mateja: Podobno współczesnego człowieka bardziej od wiedzy prawdziwej interesuje ta atrakcyjna.

Jan Kozłowski: A ja dowiedziałem się, że żyjemy w czasach postprawdy, bo fakty zdają się tracić coraz bardziej na znaczeniu na rzecz emocji i przekonań. Zastanawiam się, na ile nauka potrafi obronić się przed takim myśleniem.

 

Teoria ewolucji broni się od 1859 r., kiedy Karol Darwin ogłosił pracę O pochodzeniu gatunków, bo nikt drogą metody naukowej nie zdołał tej teorii podważyć. Mimo to nie brakuje sceptyków kwestionujących twierdzenie, że świat i człowiek podlegają ewolucji.

Jednym ze źródeł nieporozumień jest literalne traktowanie Biblii, przynajmniej przez niektórych jej czytelników, jakby to była księga wiedzy o przyrodzie albo historii ludzkości. Patrzę na to inaczej: w moim przekonaniu to dzieło o rodzeniu się człowieczeństwa. Rozpoczęte zerwaniem owocu z drzewa wiadomości dobra i zła, co jest symbolem nabycia umiejętności stosowania ocen moralnych. A skoro tak, nie musiało być „wąskiego gardła”, czyli pierwszej pary ludzi, od których mielibyśmy wszyscy pochodzić.

Prarodzicami ludzkości stała się zapewne grupa około 100 istot, w których DNA zaszła zmiana polegająca na zlaniu się w jądrach ich komórek dwóch chromosomów.

To je odróżniło od szympansów – gatunku spośród wszystkich żyjących organizmów nam najbliższego, bo łączy go z nami nie mniej niż 98% genów. Ale na pewno na początku nie było „pierwszych rodziców”, przy czym Kościół obstawał nawet wówczas, gdy już pogodził się z istnieniem procesu ewolucji.

 

W nauce może być coś „na pewno”?

Słusznie – w nauce niczego nie ma na pewno. Teorie są najwyżej wysoce uprawdopodobnione, dlatego trzeba powiedzieć: z ogromnym prawdopodobieństwem była to grupa ludzi. Nieporozumień na temat ewolucji byłoby dużo mniej, gdyby dwie sfery: metafizyka i nauka, nie wchodziły sobie w drogę, wzajemnie szanując swoją odrębność. Celem nauki jest bowiem dążenie do pozyskania wiedzy prawdziwej o świecie (nawet gdyby miała ona podważyć wiarę maluczkich), a drogę, która prowadzi do tego celu, stanowi metoda naukowa. To ona zakłada, że obiektem badań mogą być jedynie zjawiska powtarzalne. A dla teorii sformułowanej na podstawie obserwacji, czasami intuicji czy przypuszczeń trzeba szukać dowodów, które ją podważają, a nie potwierdzają. Dopóki takie się nie znajdą, uznaje się ją za obowiązującą. I to działa, co widać po osiągnięciach nauki: w medycynie, technologii, komunikacji.

Gdyby na tym tylko poprzestać, akceptacja twierdzenia, że Stwórca wprowadził człowieka na świat drogą ewolucji, nie nastręczałaby przesadnych trudności. Szkopuł w tym, że ewolucja nie jest procesem zdeterminowanym, co oznacza, że jej częścią są zjawiska nieprzewidywalne, w tym katastrofy. Uderzenie asteroidu w Ziemię 66 mln lat temu, które najpierw rozgrzało, a potem ochłodziło temperaturę atmosfery tak znacząco, że doprowadziło do zniknięcia 75% ówczesnej flory i fauny, w tym wymarcia dinozaurów (jedynymi ich potomkami są dzisiaj ptaki), planowane przecież nie było. A dla powstania Homo sapiens miało to znaczenie zasadnicze. Po tym zdarzeniu ssaki, które były zwierzętami nocnymi, żyjącymi na marginesie ekosystemu, wypełniły dziurę powstałą po dominujących wcześniej w przyrodzie gadach. Było to możliwe, bo ssaki były stałocieplne, więc lepiej przystosowane do niższych temperatur, i nauczone polować w nocy.

 

Gdyby jednak asteroida ominęła powierzchnię kuli ziemskiej, ssaki pozostałyby mało ważną w ekosystemie grupą stworzeń, a być może jeden z gatunków dinozaurów osiągnąłby wyższą inteligencję.

Czemu nie? Ewolucja nie jest ograniczona wytyczonym planem czy celami do osiągnięcia. Jest w gruncie rzeczy prostym mechanizmem, którego istotę stanowi przekazywanie genów następnemu pokoleniu. Chyba właśnie ta prostota powoduje, że tak trudno proces ewolucji niektórym – czasami nawet fizykom! – zrozumieć. Opiera się on na trzech zasadach.

Pierwsza: w przyrodzie istnieje zmienność, a od warunków środowiska zależy, czy konkretna zmiana okaże się użyteczna. Druga: jak ujął to Darwin – podobne rodzi podobne, wyjaśniając, że przekazywanie życia opiera się na zasadach dziedziczenia (których nie mógł znać, bo prawa Mendla, choć ogłoszone w 1866 r., dopiero ok. 1900 r. dotarły do opinii publicznej). Trzecia: zasoby środowiska są ograniczone, a więc nie wszystko, co pojawia się na świecie, może przeżyć. Poradzą sobie te organizmy, których program przekazywania życia, zawarty w genach, pozwala sprawniej zaadaptować się do warunków środowiska i dzięki temu pozostawić kolejnym pokoleniom więcej kopii genów.

Proces przystosowania jest możliwy, bo geny determinują jedynie to, co najważniejsze dla organizmu, m.in. zasady jego rozwoju i rozmnażania. Zawierają program przekazywania życia, ale bardziej przypomina on przepis kulinarny niż precyzyjnie rozpisany projekt (zabrakłoby genów, gdyby chcieć zaprogramować każdy detal). Proces adaptacji nie ma końca, bo to, co jest dobre dziś, jutro może okazać się zbędne, a nawet szkodliwe. Szanse przeżycia, czyli kopiowania genów do następnych pokoleń, zależą od tego, jaki zawierają program – przepis na życie. Te różnice prowadzą do selekcji organizmów, której proszę sobie nie wyobrażać jako działającego bezwzględnie tzw. doboru naturalnego. To by zakładało świadome działanie według założonego planu, niczym w hodowli. Tymczasem ewolucja powoduje jedynie odrzucenie z pewną dozą prawdopodobieństwa, czyli nie zawsze, osobników słabszych, gorzej przystosowanych do środowiska.

I to jest cała ewolucja.

 

Jeżeli jej mechanizm jest tak klarowny, dlaczego nawet niektórzy fizycy, mimo umiejętności analitycznego myślenia, mają problem z akceptacją ewolucji? O zwolennikach tzw. inteligentnego projektu nie wspominając…

Bo może trudno im przyjąć, że nie jest to proces deterministyczny, przebiegający wedle założonego równania, którego wynikiem jest pojawienie się człowieka. Ponieważ w ewolucji na tego rodzaju myślenie nie ma miejsca, niektórym łatwiej jest założyć nawet interwencję Pana Boga, jeżeli On istnieje, w stworzenie Ziemi i człowieka, niż przyjąć, że nasz świat nie był zaplanowany.

Życie indywidualne nie ma w ewolucji żadnego znaczenia. Wyobraźmy sobie, że mamy dwie grupy: jedna jest nosicielem mutacji, druga – nie. W wyniku niesprzyjających warunków ginie 85% przedstawicieli pierwszej grupy i 90% drugiej. Gdyby taka sytuacja się powtarzała, ta różnica wystarczy do utrwalania mutacji pierwszej grupy w kolejnych pokoleniach. Dla człowieka, którego poczucie wyjątkowości wspiera stworzona przez niego kultura, jest to często nie do przyjęcia. Ginie 85% populacji i nic się nie dzieje? Mutacja się utrwala, historia toczy się dalej?… Przywiązanie do osobniczego życia jest w nas tak silne, że w imię tego jesteśmy w stanie odrzucać teorie podważające jego znaczenie. Nawet jeśli ich wyjaśnienie i zrozumienie nie nastręczają większych trudności.

Nie tylko wierzący mają problem z takim postawieniem sprawy. „Nie chcę być automatem do przekazywania genów” – usłyszałem od znajomego naukowca z Finlandii, agnostyka, kiedy mu wyjaśniłem, że w świetle teorii ewolucji organizmy żywe są w gruncie rzeczy wehikułami do przekazywania genów następnemu pokoleniu. Ludzie uciekają w kulturę i religię, bo nie chcą być wyłącznie istotami biologicznymi. Tymczasem teoria ewolucji nie potrzebuje do potwierdzenia swojej prawdziwości istnienia Stwórcy, ale też nie podważa Jego ewentualnego istnienia. To po prostu nie jest jej temat. Naukowcy, jak słusznie pisał Karl Popper, muszą zajmować się teoriami, które poddają się falsyfikacji. Teza o istnieniu Stwórcy do takich nie należy.

 

Powiedział Pan przed momentem, co zabrzmiało jak paradoks, że najtrudniej zrozumieć i zaakceptować kwestie proste. Dlaczego?

W książce Wymarzone jezioro Darwina. Dramat w Jeziorze Wiktorii Tijsa Goldschmidta (przekład Moniki Betley) jeden z bohaterów wyjaśnia teorię ewolucji na przykładzie ryb z Jeziora Wiktorii. Jego rozmówczyni, lekarka, rozumie wywód, ale teorii nie przyjmuje, bo w jej przekonaniu skomplikowane mechanizmy, np. szyja żyrafy, nie mogą powstać w tak prosty sposób. Prostota ewolucji zderza się ze złożonością przyrody. I nie ma w tym nic dziwnego, bo ewolucja, działająca drobnymi krokami, jest rozłożona na miliony pokoleń.

Szyja żyrafy powstała więc w ten sposób, że w każdym pokoleniu lepiej przeżywały porę suchą te z nich, które sięgały wyżej, choćby o centymetr, do korony drzew. Nie zawsze działo się tak, że trudny czas przeżywały jedynie żyrafy z dłuższą szyją, a z krótszą – nie. Jednak nawet niewielkie zróżnicowanie prawdopodobieństwa przeżycia w długim czasie doprowadziło do tak radykalnej zmiany. Trzeba też pamiętać, że ewolucja jest mechanizmem majsterkowicza – zmiana nie jest wymyślana od podstaw, ale bazuje na tym, co już istnieje.

 

Dlatego wszystkie kręgowce mają siedem kręgów szyjnych, niezależnie od długości szyi.

Właśnie – nie powstała nowa szyja żyrafy, która pozwoliłaby jej oskubywać wysokie drzewa na sawannie, tylko wydłużyło się u niej siedem istniejących już kręgów. Dlatego choć powstało piękne zwierzę, które majestatycznie się porusza, budowa jego szyi nie jest doskonała. Przy większej liczbie kręgów byłaby ona bardziej elastyczna i żyrafa nie musiałaby szeroko rozstawiać przednich nóg, sięgając po trawę czy niżej rosnące pędy. Ewolucja już tego nie usprawni, bo zmiana decydująca o liczbie kręgów musiałaby się pojawić na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Ale wtedy nie było jeszcze na nią zapotrzebowania. Ponieważ w ewolucji nic nie jest planowane ani przewidywane, niedoskonałość jest w nią wpisana.

Świetnie to ilustruje anegdota o dwóch filozofach, którzy rozmawiając na mądre tematy, spotykają niedźwiedzia. Kiedy jeden z nich zaczyna gwałtownie uciekać, drugi krzyczy: „Po co? Przecież niedźwiedź jest szybszy”. „Nie chcę być szybszy od niedźwiedzia, tylko od ciebie” – odpowiada pierwszy, licząc na to, że drapieżca zje najpierw jego kolegę. Mądrość z tego taka, że wyścig adaptacyjny dokonuje się wewnątrz populacji danego gatunku i nie trzeba być tworem doskonałym, by móc przekazać geny. Wystarczy być tylko odrobinę lepszym od innych.

 

„Coś tak doskonałego nie może być po prostu wytworem ewolucji” – usłyszałam od jednego z transplantologów, opisującego „mądrze pomyślane” szczegóły ludzkiej ręki.Nie zdaje on sobie sprawy z istnienia milionów pokoleń, podczas których kształtowały…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Języki miłości