Subskrybuj
redaktor naczelna miesięcznika „Znak”, dr nauk humanistycznych w zakresie filozofii, publicystka. Specjalizuje się w tematach dotyczących społecznych przemian religijności, sporów światopoglądowych, relacji państwo-­Kościół, wielokulturowości i problemów mniejszości. Członkini Rady Fundacji na rzecz Chrześcijańskiej Kultury Społecznej...

Jak uniknąć codziennych nałogów

Nałogi behawioralne są tak powszechne, ponieważ rozwijają się w reakcji na codzienne, zwyczajne warunki egzystencji, które nieraz sami sobie fundujemy, nie potrafiąc zadbać o właściwą higienę życia.

Dominika Kozłowska: Badania przeprowadzone przez CBOS w 2015 r. wskazują, że dla blisko 1/5 Polaków (19,1%) uzależnienie od pracy stanowi rzeczywisty problem, a w przypadku ponad 1/3 ankietowanych (36,2%) można mówić o zagrożeniu wystąpieniem takiego problemu. Kto jest najbardziej narażony na pracoholizm?

Jacek Prusak: Z różnych badań psychologiczno-socjologicznych wynika, że pod względem podejścia do pracy ludzie dzielą się na trzy grupy. Do pierwszej należą osoby, które traktują pracę w kategoriach zarobkowych: niekoniecznie robią to, co lubią, lecz to, co zapewnia im środki do życia i do realizacji innych wartości. Są to najczęściej pracownicy fizyczni, ale od pewnego czasu – również ludzie z wyższym wykształceniem. Druga grupa to ci, którzy pracę traktują jako przestrzeń rywalizacji. Rozwijają swoje kwalifikacje po to, żeby uzyskać wyższy status społeczny i lepsze miejsce w hierarchii zawodowej. Dla nich liczy się awans, bo jest to społecznie sankcjonowany sposób budowania poczucia własnej wartości, godności, sprawczości. Natomiast w trzeciej grupie znajdują się osoby traktujące pracę w kategoriach powołania. Okazuje się, że to właśnie ta klasa jest najmniej podatna na uzależnienie. Dla nich praca nie jest celem, lecz wartością. Przy czym, chcę podkreślić, powołanie nie musi iść w parze z pozycją społeczną. Bardzo ciekawe badania przeprowadzono w kilku szpitalach wśród personelu różnego szczebla. Wydawałoby się, że ze względu na status społeczny największym dobrostanem psychologicznym cieszą się lekarze. Okazało się jednak, że najsilniejszą satysfakcję przeżywali salowi.  Deklarowali oni zadowolenie także z dobrowolnego zaangażowania poza godzinami zatrudnienia, kiedy działali w poczuciu, że wnoszą w życie pacjentów coś ważnego, np. upiększając szpitalne sale. Mimo że mieli niskie zarobki, osiągali najwyższe wskaźniki dobrostanu.

 

Jakie są objawy uzależnienia od pracy?

Bywa, że okresowo spędzamy w pracy 12, a nawet więcej godzin, i to wcale nie musi być niepokojące. Czasami jest to powiązane z pasją, innym razem to konieczność. Badania pokazują jednak, że na Zachodzie w stosunku do pracy zaszła pewna zmiana. Otóż coraz więcej osób wiąże pracę z osobistym rozwojem – najlepiej, żeby była nie tylko sposobem utrzymania się, lecz także środkiem do tworzenia więzi i sensu życia, uczenia się, realizowania siebie. W ankiecie przeprowadzonej wśród 6 tys. osób reprezentujących ogół ludności jedna osoba na cztery spontanicznie wymieniała pracę jako źródło szczęścia. Połowa badanych uważała, że w ich pracy przeważają aspekty pozytywne; a procent ten rósł wraz z kwalifikacjami (70% wśród kadry zarządzającej, 30% wśród robotników niewykwalifikowanych). To samo badanie pokazało, że grupy najbiedniejsze (prekariusze i bezrobotni) czyniły z pracy jeden z najważniejszych warunków szczęścia (badania za: Christophe André, I nie zapomnij być szczęśliwy. ABC psychologii pozytywnej).

Jeśli więc miałbym szukać kryteriów różnicujących pracoholizm i bycie entuzjastą pracy, powiedziałbym, że entuzjasta to osoba, która traktuje pracę jako powołanie, ale nie główny cel życiowy.

Entuzjasta to człowiek, który w pracy doświadcza tzw. przepływu, czyli flow. Większość ludzi rzadko jednak przeżywa na co dzień taki entuzjazm, któremu towarzyszy zapomnienie o sobie, poczucie dobrostanu i kreatywności. Częstszym doznaniem jest nuda lub stres. Ponadto pracoholik jest skupiony na realizacji celów kosztem samego siebie i innych ludzi. Praca negatywnie wpływa na jego zdrowie i stosunek do świata. Myślę, że ważną kwestią w ocenie podejścia do pracy jest to, jak formułujemy i oceniamy w niej swoje „dokonania”. Carol Dweck, psycholożka z Uniwersytetu Stanforda, uważa, że ludzie różnią się w zależności od „ukrytego postrzegania” tego, czym jest talent i skąd się bierze. Otóż z jej badań wynika, że osoby „nastawione na trwałość” zakładają, że zdolności są wrodzone; z kolei wierzący w teorię rozwoju są przekonani, że one ewoluują za sprawą wyzwań oraz pracy. Zwolennicy teorii trwałej mają więc skłonność do traktowania wyzwań jako sytuacji, w których muszą się wykazać swoimi wrodzonymi zdolnościami. Porażka to dla nich „wyrok” – próbowali pokazać, jacy są dobrzy, ale temu nie sprostali, dlatego boją się jej panicznie. Z kolei zwolennicy teorii rozwoju uważają, że zdolności nabywa się za sprawą radzenia sobie z wyzwaniami, a zatem porażkę interpretują jako dowód na to, że doszli do aktualnych granic swoich możliwości. Z większym prawdopodobieństwem znajdziemy więc „niewolników pracy” w pierwszej grupie, gdyż perfekcjonizm karmi się strachem wynikającym z dążenia za wszelką cenę do uniknięcia niepowodzenia. W swojej skrajnej postaci pracoholizm jest wyczerpującym i stale stresującym sposobem na życie.
Ewa Woydyłło wyróżnia m.in typ pracoholika troskliwego, który bierze na siebie wszystko, nie licząc się z własnymi możliwościami, potrzebami. Nieraz poświęca się dla innych aż do całkowitej utraty zdrowia.

Najczęściej rozpoznajemy pracoholizm za sprawą cierpienia bliskich, którzy skarżą się na utratę więzi z uzależnioną osobą. Trudniej o takie rozpoznanie w przypadku osób żyjących samotnie, np. księży lub pracowników na misjach, albo w sytuacjach gdy nie sposób wyznaczyć wyraźnej granicy między pracą a życiem pozazawodowym, jak w firmach rodzinnych lub jednoosobowych działalnościach gospodarczych. Wtedy objawem może być np. depresja. Problem polega na tym, że powołanie charakteryzujemy m.in. poprzez niewyznaczanie ostrych granic dla swojego zaangażowania. Od księdza oczekuje się, że przyjmie potrzebującą osobę niezależnie od godzin pracy kancelarii. To samo dotyczy nauczyciela – chcielibyśmy, aby słabszym uczniom poświęcał więcej czasu i nie oczekiwał w zamian dodatkowego wynagrodzenia. Nie mówiąc już o lekarzu. Takie oczekiwania wpisane są w te zawody. Niemniej jednak nie chodzi tu o pracę bez wytchnienia, gdyż taka naraża na wypalenie i zmęczenie współczuciem.

 

Z cytowanych już badań wynika, że pracoholizm często wiąże się z pracą na własny rachunek. Wyższy w porównaniu z innymi poziom zagrożenia notujemy w Polsce również wśród kadry kierowniczej i specjalistów z wyższym wykształceniem (46,7%). Podobne zależności obserwujemy także w innych rozwiniętych gospodarkach. Jak to tłumaczyć?

Po części wynika to z kultury świata korporacji, nastawionej na rozwój poprzez rywalizację. Stawia on na kreatywnych liderów, a więc osoby gotowe do wyznaczania swojej organizacji wielkich, śmiałych celów. „Szeregowi” pracownicy są zachęcani, a czasami zobowiązani, do definiowania własnych zadań w pracy, często według tzw. logiki „SMART”. Cel ma być: skonkretyzowany, mierzalny, osiągalny, realny, określony w czasie. Badania ankietowe zamówione przez Steve’a Shapiro (Goal-free Living, 2006) na próbach złożonych z dorosłych Amerykanów pokazały, że 41% ludzi przyznało, iż osiąganie celów nie sprawiło, że stali się szczęśliwi albo że przyniosło im rozczarowanie, a 18% powiedziało, że zniszczyło im przyjaźń, małżeństwo czy inny znaczący związek.

Co więcej, 36% przyznało, że im więcej celów sobie stawiali, tym bardziej czuli się zestresowani – chociaż 52% zaznaczyło, że jednym z ich wyzwań jest zmniejszenie stresu w życiu. W samych celach nie ma nic złego. Życie pozbawione odniesienia do nich jest bezsensowne. Niebezpieczeństwo zaczyna się wtedy, gdy wyznaczamy sobie takie cele, które definiują naszą osobę już „na dobre”. W 1996 r. w trakcie zdobywania Mount Everestu zginęło piętnaścioro alpinistów, w tym ośmioro podczas 24 godzin, które opisał jeden z uczestników tej wyprawy, himalaista i dziennikarz Jon Krakauer w książce Wszystko za Everest. Christopher Kayes poświęcił wiele czasu, aby wyjaśnić, dlaczego doszło do tragedii. Sam pochodził ze świata korporacji i w oparciu także o własne doświadczenia z pobytu w Himalajach w czasie kiedy doszło do owej tragedii, doszedł do wniosku, że ludzie za bardzo nastawieni na cele nie potrafią rozróżnić, co jest dla nich pożyteczne, a co szkodliwe.

Gubi nas, gdy wyzwanie staje się dla nas celem samym w sobie. Tracimy wówczas zdolność oceny niebezpieczeństwa, nie potrafimy spojrzeć z dystansu na to, co chcemy osiągnąć, i zastanowić się, kim będziemy, jeśli tego nie zrobimy. Syndrom ów nazwa się „celodyceą”. Nasze zamierzenia, również te zawodowe, zawsze musimy widzieć w kontekście szerszej hierarchii wartości w naszym życiu. Szczycimy się tym, że w Polsce wiele osób pracuje na własny rachunek, że jesteśmy tak bardzo przedsiębiorczy. Zapominamy jednak o drugiej stronie medalu – przegoniliśmy już Amerykanów i Japończyków, jeśli chodzi o ilość czasu spędzanego w pracy. Nie jest to jednak powiązane ze wzrostem PKB, lecz wynika z traktowania pracy w kategoriach udowodnienia sobie i światu, ile jesteśmy warci. Jest to oparte na ogromnych kompleksach i narcyzmie, a problem ten dotyka szczególnie średnie pokolenie. I wcale nie ma to wiele wspólnego z cnotą pracowitości, lecz z szerszym problemem kulturowym i duchowym, który objawia się epidemią uzależnień behawioralnych. Warto więc pamiętać o rozróżnieniu Paula Gilberta na dążenia do osiągnięć opartych na zagrożeniu i tych ufundowanych na wartościach. Powinniśmy dążyć do jakiegoś celu dlatego, że jest on dla nas ważny, a nie dlatego, że chcemy uciec przed obawą o własną pozycję na drabinie społecznej.

 

Poza omawianym pracoholizmem coraz powszechniejsze jest uzależnienie od Internetu lub hazardu – to obecnie jeden z najpoważniejszych problemów społecznych. Jakie są ich podłoża?

Nasz mózg może się uzależnić od wszystkiego. Cokolwiek jest źródłem satysfakcji, a więc stymuluje tzw. układ nagrody, staje się potencjalnym czynnikiem uzależnienia. Dziś podczas niektórych konferencji naukowych blokowany jest dostęp do Internetu, ponieważ nawet naukowcy nie potrafią już w skupieniu wysłuchać wykładów. A nie są to przecież dzieci, które nie mogą się powstrzymać od korzystania z komórki. Analizowałem przypadek prawniczki, która w ramach terapii behawioralnej miała za zadanie zamknąć telefon w szafce na klucz na trzy godziny przed snem. Doszła bowiem do takiego etapu, że czuła przymus przeglądania Facebooka nawet podczas rozprawy w sądzie. Jessica Tracy, profesor z University of British Columbia, uważa „iPhonofilię”, a więc przymus ciągłego zaglądania do smartfona, aby sprawdzić maile, esemesy czy nowe powiadomienia na Facebooku, za plagę społeczną XXI w. Z gabinetu i ze spowiedzi wynoszę dwa przekonania: po pierwsze, ludzie przez większość dnia są rozproszeni, a po drugie – zestresowani lub znużeni. Przy czym obydwa te czynniki są ze sobą powiązane.

 

W jaki sposób dochodzi do ich sprzęgnięcia?Ludzie są przebodźcowani dlatego, że są zestresowani, albo zestresowani dlatego, że są przebodźcowani. Nie mówimy tu o żadnych przełomowych, traumatycznych doświadczeniach, które leżą u podstaw rozwoju innych uzależnień. Nałogi…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: W sieci uzależnień