Subskrybuj
redaktorka miesięcznika „Znak”, z wykształcenia polonistka i teatrolożka. Teksty o literaturze i teatrze publikowała wcześniej jako Agnieszka Goławska.

Większa czułość

Przedmioty w ogóle do mnie przylegają. Przywiązuję się do nich, obrastam, żal mi wyrzucać stare. Nie będę udawać, minimalizm jest mi obcy. Każda rzecz ma historię – tę podarowało dziecko, a tę przyjaciel.

Agnieszka Rzonca: Co wyhaftowała na szarej płóciennej serwecie babka Amelia?

Monika Sznajderman: Kwiatowe wzory.

 

Serweta przetrwała Zagładę, bo Pani babka wysłała ją w prezencie swojej kuzynce z Kalifornii. Kilka lat temu, po śmierci kuzynki, ta serweta nieoczekiwanie wróciła do Pani ojca, razem z pisanymi przez Amelię listami i rodzinnymi fotografiami. Czy dopiero z tych zdjęć dowiedziała się Pani, jak wyglądali członkowie najbliższej rodziny ojca?

Tak, wcześniej nie wiedziałam o nich. Ojciec milczał, ja nie pytałam. Dopiero te fotografie uruchomiły pamięć, pozwo­liły nam na rozmowę. Bo nie musieliśmy zaczynać od Zagłady, mogliśmy rozma­wiać o życiu przed. Po prostu o życiu. A nie o tym, co było potem.

 

Co mówią te fotografie o Pani krewnych?

O, bardzo wiele. Nie tylko pokazują, jak wyglądali, co samo w sobie jest już dla mnie cudownym zdarzeniem, ale też mówią dużo o ich charakterze i o rodzinnych relacjach. O tym, że się lubili i często przytulali, że mieli w sobie wiele ciepła, że dużo się śmiali, wygłupiali i mieli poczucie humoru. A jak rodzina dużo się śmieje, to chyba jest szczęśliwa, prawda?

Amelia z synami: Markiem i Alusiem, fot. z archiwum Moniki Sznajderman

Które z odnalezionych zdjęć szczególnie Pani lubi?

Trudno mi mówić o lubieniu tych foto­grafii, bo są dla mnie strasznie smutne. Mimo że przecież ludzie na nich są szczęśliwi i weseli. Są smutne, bo ja wiem, co spotka ich za kilka lat, i gdy je oglądam, nie umiem o tym zapomnieć. Najsmutniejsze i zarazem najbliższe są dla mnie wszystkie zdjęcia, na których jest Aluś, młodszy brat mojego taty. Na przykład to, gdy siedzą oboje przytuleni do mamy, w bluzeczkach w paski. Aluś przytula kotka, gdzieś na ziemi ponie­wiera się porzucona łopatka, jest lato… Albo to, na którym Amelia leży w łóżku z Alusiem w ramionach, krótko po porodzie, a mój czteroletni tata przy­tula się do nich. Albo Aluś i Marek, mój ojciec, w jasnych koszulkach w kratkę, patrzący przed siebie takim poważnym wzrokiem.

Aluś, który w wieku 11 lat poszedł z ojcem na Umschlagplatz.

 

W książce Fałszerze pieprzu. Historie rodzinne pisze Pani o swojej „nigdy niepoznanej” babce Amelii: „Lubię sobie wyobrażać, jaka byłaby, gdyby żyła dzisiaj. Czy byłaby lewicującą feministką?”. Ma Pani do niej bardzo dużo sympatii.

Tak, uwielbiam moją żydowską babcię, cieszę się, że mogłam ją poznać. Oczy­wiście w cudzysłowie, bo tylko i dopiero przez te zdjęcia i listy, ale jednak: poznać. Była tak wyrazistą postacią, że wydaje mi się, jakbym ją znała od dziecka. Ciekawa kobieta o dużym tempera­mencie i fantazji i niełatwym pewnie, bo bardzo labilnym, charakterze. Spokój nie był jej żywiołem ani spokojne życie w małżeństwie: poszukiwała szczęścia i miłości, o czym świadczą zarówno jej listy czy opublikowane w piśmie „Ewa” erotyczne opowiadanie pt. Tango, jak i rozwód z moim dziadkiem. W tam­tych czasach rozwód, szczególnie gdy się miało dwoje dzieci, nie był czymś bardzo częstym. Ciekawe, że mniej więcej w tym samym czasie, także mając dwoje dzieci (tyle że córki), porzu­ciła swojego pierwszego męża a mojego dziadka moja polska babka Maria. Ją także bardzo lubiłam. Mam poczucie, że miały z Amelią wiele cech wspólnych. Przy czym polska babcia z pewnością mocniej stała na nogach. Amelia chyba bujała w obłokach.

 

Czy zastanawiała się też Pani, jakie życie wiedliby dziś inni członkowie żydowskiej części rodziny?

Gdyby nie było wojny i Zagłady? Często o tym myślę. Przede wszystkim, patrząc na kondycję mojego ojca, sądzę, że żyliby długo i w zdrowiu. Poznałabym swoich dziadków, a może i pradziadka?

Rodzina warszawsko-miedzeszyńska była na najlepszej drodze do asymi­lacji lub lepiej: akulturacji, nie mówiła w jidysz, nie chodziła do synagogi, więc może w pewnym momencie moi krewni staliby się Polakami?

Jednak, ponieważ nie byli religijni, na pewno by się nie przechrzcili.

A może byłoby zupełnie inaczej? Może moja babcia Amelia wyjechałaby z synami do kibucu i byłabym sabrą? Choć raczej w ogóle by mnie wtedy nie było, bo przecież jestem pół Żydówką, a pół Polką, i taka właśnie, podwójna, jest moja tożsamość. Nie byłoby też Fał­szerzy pieprzu, a my nigdy byśmy się nie spotkały, żeby porozmawiać o rzeczach, które pozostały po żydowskim życiu, bo to życie w jakiejś formie wciąż by było.

A gdy myślę o rodzinie radom­skiej, to sądzę, że po moim dziadku Ignacym, w poprzednim, radomskim życiu Izaaku, przyszliby następni, którzy uczyniliby skuteczny wyłom w jej tra­dycyjnym świecie.

Ale może byłoby zupełnie inaczej. Może polski antysemityzm i nacjona­lizm wygnałby bardzo szybko tak jed­nych, jak i drugich do Argentyny, Kosta­ryki lub Ameryki.

Weissbaumowie i Rozenbergowie z Warszawy i Miedzeszyna przekona­liby się, że Polacy niekoniecznie kochają Żydów chcących być jak oni, a Fla­menbaumowie i Sznajdermanowie z Radomia dosyć mieliby pogromowej atmosfery i antyżydowskiej retoryki, przekładającej się na realne straty finansowe. Dosyć mieliby haseł „swój do swego po swoje” lub „nie kupuj u Żyda” i wybijania szyb w oknach sklepów. Dosyć mieliby narodowych bojówek i strachu. Ich interesy zaczęłyby upadać. Postanowiliby wyemigrować.

Może. Ale stało się zupełnie inaczej.

 

Oprócz podpisów, którymi opatrzone są fotografie, na wielu z nich pojawiają się uwagi sporządzone innym charakterem pisma, innym atramentem, np. „to pisała Mata” albo: „Your Grandfather. I am ashamed to say I forgot his name”. Czy pisała je głównie Pani amerykańska kuzynka? Bardzo to wzruszające dowody na próby zachowania pamięci.

Tak, fotografie opisane i podpisane są przez kilka osób: moją babkę Amelię, jej brata Henryka, rodzinnego fotografa, i wreszcie amerykańską kuzynkę, która opisała je dla mojego ojca. To praw­dziwy cud i szczęście, że prze­trwały w niemal nienaruszonym stanie, że nie przepadły w drodze do Ameryki ani w powrotem do Polski, po blisko 80 latach. Są dla mojego ojca, i także dla mnie, jedynym śladem po jego życiu przed Zagładą, po naszej wspólnej prze­szłości. Są świadkami jego niewątpliwie szczęśliwego (mimo rozwodu rodziców) dzieciństwa, i w ogóle dobrego, szczęśli­wego życia naszej rodziny.

Niewiele rodzin ocalałych z Holo­kaustu otrzymało taki dar pamięci.

 

Odnalezienie fotografii zbiegło się w czasie z odkryciem, że działka, na której w Miedzeszynie stała przed wojną Wasza rodzinna willa, nadal należy do Pani ojca, choć on nie pamiętał o jej istnieniu. Dziś rośnie tam las. Odwiedziła Pani to miejsce. Jakie uczucia Pani wtedy towarzyszyły?

Zdziwienie, że to wszystko faktycznie było. Że moja rodzina naprawdę ist­niała, że chodziła po tej ziemi, fotogra­fowała się na tej polanie, wygłupiała pod tym drzewem. Cała moja prze­szłość stała się realniejsza i bardziej namacalna. Z poziomu idei zeszła na tę ziemię w Miedzeszynie.

I, co tu dużo gadać, oczywiście czułam wielkie wzruszenie.

 

Co się stało z tą działką?

Działkę właśnie odzyskaliśmy! O jej ist­nieniu nie mieliśmy pojęcia do czasu, gdy kilka lat temu przyszedł z sądu list do mojego taty wzywający go na rozprawę w sprawie o zasiedzenie. Sąsiad, uznawszy, że ta ziemia jest niczyja, postanowił ją zasiedzieć. Bez trudu udało się oddalić jego wniosek i 72 lata po wojnie działka wreszcie do nas wróci. Niesamowite, prawda? Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w Warszawie wciąż dużo jest takich niczyich działek i sąsiadów, którzy chcą je zasiedzieć.

 

Była też Pani w innych miejscach, które wiążą się z historią Pani rodziny, m.in. w Złoczowie, gdzie w pogromie zginęła Pani babka Amelia. Dlaczego odwiedzanie tych miejsc jest dla Pani istotne?

Szukam bliskości z moimi bliskimi. Nie mogę ich dotknąć, ale mogę pójść drogą, którą szła moja babka w upalny letni dzień 3 lipca 1941 r. Mogę dotknąć tych samych kamieni co jej stopy i na dziedzińcu zamku, gdzie ją zamor­dowano, poczuć jej strach, a przynaj­mniej spróbować go sobie wyobrazić. To wszystko, co mogę zrobić. Dotykać, wyobrażać sobie, pamiętać.

 

Znajduje też Pani dom w Radomiu przy ul. Prostej 31, gdzie najprawdopodobniej mieszkali Pani pradziadkowie.

W Radomiu tak niewiele zostało, że odnalezienie tego domu było cudem. Małego krzywego domku pod dachem z papy na końcu ślepej ul. Prostej na Glinicach. Kolejny namacalny ślad. Pozostało niewiele, ale zarazem wiele. Radom to bardzo dziwne miasto: nigdzie indziej nie widziałam tylu pustych placów i tylu niezamieszka­nych, zniszczonych kamienic. Pod­parte stemplami, grożą zawaleniem. Dla mnie jest to miasto, w którym czas zatrzymał się w momencie Zagłady, tak jakby coś w nim pękło i umarło.

 

Radom zajmuje szczególne miejsce w historii Pani rodziny. Z odnalezionych w archiwach fotografii i urzędowych dokumentów odtwarza Pani losy Sznajdermanów i innych zamieszkujących Radom krewnych. To tam żyła cała rodzina ze strony Pani dziadka Ignacego. Pani ojciec nigdy ich nie poznał, bo dziadek zerwał wszelkie kontakty, kiedy wyjeżdżał na studia medyczne do Warszawy. Pani poszukiwania przywróciły ojcu zupełnie nieznaną część rodziny. Jaka była jego reakcja?

Wdzięczność i radość. Powiedział: „Bardzo się cieszę, że to zrobiłaś, bo ja się wstydziłem”. Na moje pytanie dla­czego, odpowiedział: „Bo tyle lat minęło od wojny, a ja nic z tym nie zrobiłem”. Nadal za wiele nie rozmawiamy, ale jest między nami ten szczególny rodzaj porozumienia – oboje wiemy, że wiemy. I słowa przestają być potrzebne.

 

Udało się także odszukać mieszkającego w Ameryce kuzyna Pani ojca, Eliasza. W książce przytacza Pani jego wstrząsające wspomnienia z czasu, kiedy tuż po wojnie wraca do rodzinnego Radomia – żydowscy mieszkańcy nie byli tam witani z otwartymi ramionami…

Nie, nie byli. Zresztą nie tylko tam. Ale właśnie powrotom do Radomia poświę­cona jest świetna książka Łukasza Krzy­żanowskiego pt. Dom, którego nie było. O powrotach ocalałych do powojennego miasta. Krzyżanowski opowiada w niej m.in. historię mojego powinowatego Józefa Gutmana, który w sierpniu 1945 r. zginął w pogromowym napadzie wraz ze swoją świeżo poślubioną dziewięt­nastoletnią żoną. Historię tę znałam już wcześniej ze wspomnienia mojego stryja Eliasza Sznajdermana, jedynego ocalałego z radomskiej rodziny (poza jeszcze trzema osobami, które wyje­chały w latach 30. do Argentyny, Lon­dynu i Swierdłowska). Następnego dnia po napadzie Eliasz wraz z także oca­lałą żoną Marią przez Czechy i Niemcy wyjechali do Stanów. I nigdy już nie odwiedzili Polski.

Na samej tylko Lubelszczyźnie od drugiej połowy 1944 do końca 1946 r. w wyniku antysemickich ataków zgi­nęło ponad 100 osób. Wiele z nich zostało zamordowanych, gdy przyszli do polskich sąsiadów poprosić o zwrot pozostawionych u nich rzeczy.

To właśnie przez pogromową atmosferę pierwszych powojennych lat wyjechała z Polski większość oca­lałych Żydów. Reszta – w 1968 r.

 

Pisze Pani też o tym, w jaki sposób część polskich sąsiadów skwapliwie korzystała z rzeczy, które pozostawili po sobie żydowscy mieszkańcy. „Bardzo chciałabym wierzyć, że to nie wasi znajomi…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Biografie rzeczy żydowskich