Subskrybuj
Pisarka, autorka m.in. powieści Podróż ludzi Księgi (1993), Prawiek i inne czasy (1996), Dom dzienny, dom nocny (1998), Bieguni (2007), Prowadź swój pług przez kości umarłych (2009), Księgi Jakubowe (2014). Laureatka wielu nagród, m.in. Nagrody Fundacji...

Ćwiczenia z obcości

Dlaczego ja mogę pojechać do kraju pani Marrousch czy pana Ghaliba i pozostać tam właściwie tak długo, jak tylko chcę? Może nawet mogłabym się tam osiedlić? Ale ani pani Marrousch, ani pan Ghalib nie mogą tego zrobić w moim kraju.

Wychowałam się na książkach Juliusza Verne’a – to one poka­zywały mi daleki świat i zbudowały w mojej głowie obraz tego, czym jest podróż człowieka Zachodu, a do takiego miana aspirowałam, dorastając w zamkniętej i nudnej przestrzeni peerelowskiej Polski. Taki verne’owski podróżnik był nie lada personą i – chociaż na mapach świata wciąż jeszcze były białe plamy – zdawał się nie przejmować niebezpieczeń­stwami i ruszał w drogę śmiało, z odwagą i poczuciem, że świat jest jego własnością, że mu się należy. W podróży nie zmieniał nawyków żywieniowych i pozostawał w orbicie mody swojego kraju (obowiązkowe tabaczkowe spodnie i czarny surdut). Zwykle też wystarczał mu jego własny język. Zawsze pamiętał, by zabrać ze sobą najnowsze wynalazki techniczne, które w odpowiednim momencie ratowały mu życie i pomagały przetrwać. Nawet jeżeli uważał się za dobrego i otwartego człowieka, to i tak ciągle towarzyszyło mu gdzieś w głębi duszy przekonanie o swojej ewolucyjnej wyższości oraz pewność istnienia niekwe­stionowalnych procesów historycznych, które wcześniej czy później dopro­wadzą każdy zakątek kuli ziemskiej do poziomu cywilizacyjnego Zachodu. Ekscytująca przygoda prowadziła go na najdalsze bezdroża, ale i tam czuł się bezpiecznie, bo nawet w naj­większej głuszy miał szansę spotkać urzędników z własnego kręgu kultu­rowego, którzy w razie czego wydadzą mu duplikat zgubionego paszportu i poplotkują na tubylców.

 

Fascynująca dekoracja

Ten Verne’owski punkt widzenia w jakiejś zniekształconej i pastiszowej formule pojawia się często we współ­czesnej popkulturze, na przykład w fil­mach przygodowych z serii o Indianie Jonesie. Tutaj świat jest tylko egzo­tyczną dekoracją dla przypomina­jących komputerową grę popisów bohatera, który choćby spotkał się z nie wiem jak fascynującą kulturą, to i tak nie może się zmienić – do końca pozostaje takim, jakim przybył. Zamknięty w szczelnej kapsule toż­samości człowieka Zachodu, pozo­staje nieprzemakalny, zaimpregno­wany na to, co inne. Skupiony na osią­gnięciu swojego celu (odnalezienie skarbu, odkrycie tajemnicy), nie wchodzi w głębsze relacje z tubyl­cami czy jakikolwiek kulturowy dialog. Wali do nich po angielsku czy francusku, dogłębnie przekonany, że powinni go zrozumieć. Zachowuje swoje standardy, nie negocjuje, trak­tuje wszystko i wszystkich z góry, pewien swojej cywilizacyjnej (a więc także i ludzkiej) wyższości. Pamię­tamy wszyscy słynną scenę, kiedy Harrison Ford jako Indiana Jones zostaje wyzwany na pojedynek przez zamaskowanego asasyna. Dzieje się to na bazarze, pośród tłumu, który rozstępuje się, by zrobić walczącym miejsce. Gdy tradycyjnie ubrany wojownik wywija mieczem, popisując się swoją zręcznością, Indiana Jones, któremu się spieszy, po prostu strzela do niego z pistoletu. Koniec pojedynku.

Zdumiony takim obrotem sprawy widz spontanicznie zaczyna się śmiać, nawet jeżeli jest zaskoczony własną reakcją. Dezynwoltura i bezczelność Indiany Jonesa imponują i jednocześnie ośmieszają wszelkie politycznie poprawne odruchy.

Bo w istocie rzeczy podróżnik Zachodu traktuje świat jako nie do końca realny.

Przemyka przez odwiedzane kraje i kultury niczym wiecznie spieszący się cień, niczego nie dotykając, w nic się nie angażując, zamknięty w bańce swojego poczucia wyższości.

Niewinny egzotyczny świat, do którego trafia zachodni podróżnik, taki jak Indiana Jones, najczęściej ginie w dramatycznym zakończeniu opowieści. Rozpad następuje gwałtownie, jakby racje istnienia zostały unieważnione wraz z osiągnięciem celu i odkryciem tajemnicy. Widz musi ujrzeć walące się pira­midy, zapadające się podziemne komnaty, wybuchy wulkanów i inne apoka­liptyczne kataklizmy. Obowiązuje tutaj stara rzymska zasada – veni, vidi, vici. Zobaczone i doświadczone (wykorzystane) zostaje odhaczone, czyli pokonane, a tym samym przestaje istnieć.

 

Egzotycznie, ale nie za bardzo

W ten sposób XIX-wieczny paradygmat podróżny człowieka Zachodu został zmaterializowany i uprzemysłowiony przez współczesny turyzm. Dziś bowiem spadkobiercą Phileasa Fogga i Indiany Jonesa jest turysta, który w 12 dni objeżdża autokarem Meksyk, koniecznie kończąc podróż w Cancun – najbardziej odrażającym miejscu, jakie widziałam, pełnym monstrualnych hoteli i wydzie­lonych plaż. Albo wypoczywa all inclusive w tureckich resortach, starając się nie myśleć o tym, że kilkaset metrów dalej na plaży morze wyrzuca ciała uchodźców.

Ów blady i ścierpnięty od wielogodzinnej jazdy podróżny robi poruszone zdjęcia przez szyby autokaru, a nogi może rozprostować tylko tam, dokąd zapro­wadzą go wola i interesy pilota wycieczki. Podczas krótkich postojów autokaru na własne oczy ogląda to, co polecają książkowe przewodniki, i z satysfakcją notuje w umyśle, że te miejsca rzeczywiście istnieją! Wieczorami dostarcza się takiemu turyście etnograficzne „real life”, które ani z „real”, ani z „life” w zasadzie nie ma nic wspólnego.

Turysta chce, żeby było egzotycznie, ale nie za bardzo. Chce, żeby było prawdziwie, ale w żadnym wypadku za cenę rezygnacji z porannego prysznica. Chce dreszczyku emocji, ale nie aż tak, żeby mógł zacząć się niepokoić. Chce kontaktu z miejscowymi, byle tylko ten nie był zbyt zobowiązujący i poważny. Podsłuchałam kiedyś rozmowę moich rodaków w średnim wieku, którzy nama­wiali się na wspólny wyjazd na Kubę. Przekonywali się wzajemnie, że trzeba tam pojechać jak najszybciej, póki jeszcze żyje Fidel i póki jest bieda, bo „potem będzie tak samo jak wszędzie”.

 

Różne światy

Podróż to także podbój. Kiedy ruszamy w drogę, postępuje za nami nasz ocean znaczeń, pojęć, stereotypów, nawyków myślowych. Jego fale skutecznie zalewają to, co znajdujemy na zewnątrz siebie. Na inny świat rozlewa się to, co już wiemy, co potrafimy pojąć. Ten podbój umożliwiają przewodniki, które zawsze wiedzą lepiej, co należy odwie­dzić i zobaczyć. Arbitralnie wyznaczają granice naszej per­cepcji, bo to, czego nie ma w przewodnikach, nie istnieje. Poruszamy się po trasach, szukając gorączkowo tego, co musimy zobaczyć. I w ten sposób nie widzimy niczego innego.

Przewodniki podróżne pozostają wciąż wielkim tematem zasługującym na specjalną monografię. Poka­zują bowiem, w jaki sposób próbujemy oswoić to, co obce, i wcielić w nasze systemy poznawcze. Wbrew pozorom nie są adresowane do ogółu, zawsze mają swojego ukry­tego odbiorcę o specyficznych cechach i ten ich kastowy charakter, a także ukryta polityczność nie powinny nam nigdy umykać z pola widzenia, lecz skłaniać do refleksji, na co tak naprawdę patrzymy.

Przeglądałam raz przewodniki po tej samej części Polski – jeden pisany przez katolików, drugi przez Żydów. Były zupełnie różne. Podróżnicy obu tych grup zapewne mijaliby się jak cienie, zupełnie siebie nie dostrzegając. Ich trasy nie przecinałyby się, bo doświadczenia i ogląd prze­szłości zawarte w tychże przewodnikach były zupełnie odmienne. Śmiało można założyć, że ich dzienniki podróży – gdyby takowe powstały – mówiłyby o zupełnie innych światach.

Czy w ogóle istnieje jakiś jeden świat, ten unus mundus, o którym marzyli filozofowie? Wielkie, neutralne i obiektywne uniwersum, w którym wszyscy mamy możliwość spotkać się i rozpoznać w sobie bliźniego. Czy może, żyjąc w jednej przestrzeni, w istocie żyjemy we własnych fantazmatach?

 

Kilometr po kilometrze Opowiadał mi niedawno jeden siedemdziesięciolatek, jak podróżowano w epoce dzieci kwiatów. Otóż na przełomie lat 60. i 70. minionego wieku czło­wiek Zachodu, kolorowy i zbuntowany, kupował tani używany samochód,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kim jestem, kiedy podróżuję?