Później idzie do kościoła Santa Croce (Świętego Krzyża), do kaplicy Medyceuszów z płaskorzeźbą Donatella, zachwyca się freskami Giotta w kaplicy Peruzzich i Bardich. Patrzy na drewniany krucyfiks Donatella, wzruszony staje przed grobem Dantego. Kiedy w Galerii Akademii widzi ponadpięciometrowy posąg Dawida dłuta Michała Anioła pojawiają się zawroty głowy i „gwałtowne kołatanie serca”.
Marie-Henri Beyle miał tamtej jesieni (we wrześniu 1811 r.) 28 lat. Kolejne kilka dni spędził z gorączką w łóżku. Opisał wszystko sześć lat później w książce Neapol i Florencja: podróż z Mediolanu do Reggio, użył pseudonimu Stendhal.
Przeczytałam, że „syndrom Stendhala” zdiagnozowano w 1982 r. Jako pierwsza tej nazwy użyła trzy lata wcześniej włoska psychiatra Graziella Magherini, sugerowała nawet, by szczególnie niebezpieczne dzieła opatrzyć karteczką: „groźne dla zdrowia!”. W swojej książce La sindrome di Stendhal opisała przykład 25-letniej kobiety, która po obejrzeniu obrazów Fra Angelico, po powrocie do hotelu długo stała w jednym miejscu, „milcząca, bez kontaktu”. Wylicza się też inne objawy choroby: utrata kontroli nad sobą i niszczenie dzieł sztuki.
Przykładów jest wiele.
I tak:
W roku 1956 podczas wystawy w Montauban oblano kwasem Mona Lisę.
Szesnaście lat później (1972 r.) w Bazylice św. Piotra, australijski geolog Laszlo Toth uderzył kilkadziesiąt razy młotkiem Pietę Michała Anioła, krzycząc: „Ja jestem Jezusem Chrystusem”. Uszkodził prawe ramię Madonny, nos oraz twarz. Gdyby nie odnaleziona w poznańskim kościele Matki Boskiej Bolesnej najwierniejsza kopia tej rzeźby, być może nigdy nie udałoby jej się odtworzyć.
Rok 2008. Ponad 30-letnia kobieta pocałowała obraz Cya Twombly’ego, zostawiając na nim ślad szminki.
Kilka tygodni później jakiś mężczyzna wtargnął do Muzeum Orsay i zrobił 10-centymetrową dziurę w płótnie Claude’a Moneta …