Subskrybuj
Dr historii, socjolog, członek Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego, komentator przemian polityczno-gospodarczych globalnego Południa, recenzent literatur orientalnych. Prowadzi blog www.afrykanista.pl.

Świat, którego nie ma w przewodniku

Turysta często zapomina zadać sobie te pytania, bez których praca reportażysty nie miałaby sensu: kim są i co myślą mieszkańcy odwiedzanych krain, jakie są ich plany i marzenia, jak nasza obecność wpływa na ich zachowania? Bez uwzględnienia tych zagadnień trudno jest mówić o etycznym wymiarze podróżowania.

Błażej Popławski: Zna Pan taki dowcip: „Na czym polega różnica między turystą a rasistą?”.

Wolfgang Bauer : …?

 

Różnica to kwestia tygodnia, może dwóch.

Dobre. Choć zapewne granica ta w większym stopniu zależy od stylu podróżowania i indywidualnego nastawienia turysty. Różni ludzie, wyruszając w drogę – nawet do tego samego miejsca – mogą się prze­cież kierować skrajnie odmiennymi pobudkami.

Wielu z nas, szukając oferty wakacyjnej, wybiera krótki urlop za granicą, co na dobrą sprawę unie­możliwia zagłębienie się w kultury lokalne i wypracowanie o nich kry­tycznego sądu.

 

Nie wierzy Pan, że turysta ma szansę poznać miejsce, do którego się udał?

Mimo że turystyka to prawdopo­dobnie przestrzeń największej liczby spotkań międzykulturowych ze wszystkich sektorów gospodarki, kontakty te zazwyczaj skazane są na powierzchowność. Umysł turysty wyruszającego na przysłowiowy podbój świata jest pełen klisz, przez które na wszystko patrzy. Nie oznacza to jednak, że jego ogląd musi mijać się z prawdą.

 

Susan Sontag pisała o uwikłaniu turystyki, postrzeganej jako nakaz społeczny, w swego rodzaju koło her­meneutyczne – podróżując, poru­szamy się marszrutą sygnalizowaną w folderach, oczekując jedynie odtworzenia kolekcji widoków i wrażeń.

Turysta często widzi tylko to, co jest dla niego atrakcyjne – a przynajmniej zakładał przed wyjazdem po lekturze folderów i przewodników, że takie będzie. Na skutek tego może – ale nie musi – wpaść w pogoń za „innością”, która jednocześnie wzbudza zachwyt, strach i pogardę.

 

Praca reportera i korespondenta wojennego predestynuje do ciągłego podróżowania. Rozumiem, że wakacje też Pan spędza w drodze?

Dawniej rzeczywiście tak było. Teraz nie nadaję się zupełnie do uprawiania klasycznej turystyki.

 

Dlaczego?

Nie umiem już podróżować dla samego podróżowania. W języku nie­mieckim funkcjonuje określenie „Wan­derlust” – romantycznej, sentymen­talnej tęsknoty za wędrówką, głodu podróży. Zwyczajnie go nie czuję. Piękne góry, nieskażone, tropikalne raje przestały mnie ciekawić. Jeżdżę po świecie zamieszkanym przez ludzi, by rozmawiać z nimi, sceneria odgrywa mniej istotną rolę.

 

Przygotowując reportaże, jeździ Pan w pojedynkę?

Często razem z fotografem i tłu­maczem. Gdy nie mogę spędzić w danym miejscu dłuższego czasu, pośrednictwo tłumacza jest uży­teczne. I nie mam na myśli kwestii czysto językowych.

Obecność tłu­macza skraca dystans z rozmówcami, co jest szczególnie ważne pod­czas ich poznawania.

Warto zawsze zadać sobie trud, aby spróbować choć trochę poznać język i kulturę społeczności, z którą się przebywa. Współpraca z tłumaczem ma to ułatwić.

 

Podróżował Pan m.in. po Czadzie, Sierra Leone, Wybrzeżu Kości Sło­niowej, Sudanie, a zatem po tzw. państwach upadłych, desty­nacjach, których nie ma co szukać w popularnych przewodnikach dla obieżyświatów. Może jednak pociąga Pana choć trochę aura egzotyki?

Topografia miejsc, odległość na mapie, różnice przyrodniczo-klimatyczne – nie. Tak naprawdę przecież na tury­stycznej mapie świata od dawna nie istnieją już białe plamy.

 

Mimo to kilka lat temu napisał Pan tekst o turystycznym boomie na biegun północny, o tym, jak dawne stacje badawcze niepostrzeżenie przeistoczyły się w „hotele” oblegane przez zamożnych Rosjan, Amery­kanów i Chińczyków.

Biegun jest symbolem, punktem na mapie, niczym więcej. Wyprawa na niego – zacytuję moich rozmówców – daje doświadczenie bliskie śmierci. Jest zatem przeżyciem ekstre­ malnym i widocznie także przez to pociągającym, do pewnego stopnia elitarnym. Podróż przez Arktykę jest przy tym kosztowna, nie każdego stać na takie wakacje. A na miejscu? Ludzie dążą do celu, który istnieje tylko w ich wyobraźni. A gdy już dotrą w jego okolice, widzą pustkę i biel. Biegun północny to miejsce, które nie istnieje, zakrzywia wymiary czasu i przestrzeni, rok składa się tam z dnia i nocy trwających po sześć miesięcy. Pisząc o zachowaniach osób decydu­jących się na wakacje w Arktyce, sku­piam się na ich motywacjach, posta­wach. Nie traktuję ich jak szaleńców.

 

Czym zatem różni się spojrzenie turysty od reportażysty? John Urry o pierwszym z nich pisał jako o nakie­runkowanym na utrwalanie wrażeń czysto hedonistycznych, szukanie przyjemności i odmiany. Z kolei Ryszard Kapuściński lubił nazywać reportażystę tłumaczem kultur.

Oba spojrzenia definiuje różnica. Oba nakierunkowane są na różnie postrze­ganą „inność”. Oba wiążą się ze spo­tkaniami kultur, lecz nie zawsze z dia­logiem. Sądzę, że rozróżnienie między nimi nie ogranicza się do faktu, że turysta jeździ rekreacyjnie, dla przy­jemności i w ten sposób spędza swój krótki czas wolny, a reporter podró­żuje, bo taki ma zawód i ma więcej czasu na nawiązanie relacji ze spo­tkanym. Różnica ta dotyczy war­tości, którymi się kierują. Dla turysty kategoria prawdy zwykle jest wtórna wobec idei wyjątkowości, reporter z kolei skupia się na dotarciu do prawdy, nie ufa utartym metaforom. Do tego dochodzi kwestia auten­tyczności – reportaże dają ludziom poczucie obcowania z czymś realnym, prawdziwym. Za to w spojrzeniu turysty – np. przemierzającego Indie z plecakiem na ramieniu – często zawiera się pogoń za orientalnym mistycyzmem, chęć wzięcia udziału w spektaklu, przedstawieniu, które zostało de facto zaaranżowane spe­cjalnie dla niego.

 

To chyba jednak turysta jest przede wszystkim odpowiedzialny za ten teatr, za poddawanie przestrzeni turystycznych przemianie w skan­seny zamieszkane przez „dzikusów”. Spojrzenie turysty – jak pisał Urry – to nie tylko tęsknota za autentyczno­ścią. To także emanacja europocen­tryzmu, a zatem pokłosie ideologii neokolonialnej ze strony państw wysoko rozwiniętych wobec obszaru nazywanego w starszej, obecnie nie­poprawnej politycznie nomenkla­turze „Trzecim Światem”.

Turystyka rozwijała się w czasach kolonialnych, stała się jedną z wiel­kich narracji europejskich i narzędzi globalizacji. Dziś jednak Japończycy i Chińczycy, przedstawiciele azjatyc­kiej klasy średniej postępują iden­tycznie, przyjeżdżając do Europy. Stali się częścią globalnego przemysłu turystycznego. Spojrzenie turysty, owszem, bywa uwikłane w poczucie wyższości, relacje dominacji – ale nie przeceniałbym w nim roli czynników natury politycznej, geograficznej ani narodowościowej.

 

Trudno jednak nie zauważyć asy­metrii globalnego trendu podróżni­czego. Statystyki publikowane przez Światową Organizację Turystyki Narodów Zjednoczonych dobitnie pokazują, że to głównie bogata Północ spędza wakacje na biednym Południu. Ruch w drugą stronę jest minimalny. Tymczasem Pan spro­wadza różnicę między spojrzeniami turysty i reportera do napięcia między estetyką a etyką?

Turysta często zapomina zadać sobie te pytania, bez których praca repor­tażysty nie miałaby sensu: kim są i co myślą mieszkańcy odwiedzanych krain, jakie są ich plany i marzenia, jak nasza obecność wpływa na ich zacho­wania? Bez uwzględnienia tych zagad­nień trudno jest mówić o etycznym wymiarze podróżowania.

 

Co Pan zatem sądzi o idei świa­domej, zrównoważonej turystyki? Mam wrażenie, że turysta zrównowa­żony i tak pozostaje, jak to pisał Dean MacCannell, „miniaturowym klonem starego podmiotu zachodniej filo­zofii, myślącego o sobie, że jest spójny i uniwersalny”.

Założenia o minimalizowaniu nega­tywnego wpływu turystyki na lokalne środowisko, zarówno przyrodnicze, jak i społeczne, ekonomiczne, czy też szanowania dziedzictwa kulturowego są oczywiście ważne. Także postu­laty wzajemnego szacunku między turystą, czyli gościem, a autochtonem, czyli gospodarzem, wykształcenia empatii kulturowej między nimi.

Co więcej, realizacja haseł takiego modelu podróżowania daje szansę na odczarowanie turystyki masowej, jej dekomercjalizację. To też szansa na poznanie (brzmi to lepiej niż „odkrycie”) zupełnie nowych miejsc i ludzi – co przecież stanowi kwintesencję udanych wakacji.

Mam przy tym wrażenie, że pro­jekty turystyki zrównoważonej stop­niowo tracą aurę ekskluzywności i podlegają tym samym procesom utowarowienia co turystyka masowa. Widać to na przykładzie backpackersów – młodych ludzi, którzy przez całe miesiące kursują między hoste­lami w Azji. Dawniej takie podróże były trudne ze względów logistycz­nych – teraz narosła wokół tego modelu zinstytucjonalizowana sieć agentów, przewoźników, przewod­ników. Co nie zmienia oczywiście faktu, że ludzie podróżujący w ten sposób zyskują empiryczną wiedzę o świecie.

 

Trudno sobie jednak wyobrazić, że wybierając tę, a nie inną formę podróżowania, wczasy all inclusive lub samotną podróż z plecakiem, nie patrzymy na portfel. Według wszelkich badań Polacy, podej­mując decyzje konsumenckie (w tym turystyczne), kierują się przede wszystkim ceną.

Turysta powinien być świadomy glo­balnych współzależności, skutków swoich zachowań. Wybory podejmo­wane przez niego muszą uwzględniać koszty, które ponoszą mieszkańcy krajów przez niego odwiedzanych. Konsekwencje te wiążą się nie tylko z ekonomią, choć trzeba pamiętać o kwestiach takich, jak: wzrost cen usług, sezonowość zatrudnienia, zależność gospodarcza. Dla tury­styki świadomej i zrównoważonej kluczowe wydaje się pojęcie odpo­wiedzialności – za siebie samych, ale przede wszystkim za skutki naszych wyborów dla innych.

 

MacCannell pisał o turystach jako o przedstawicielach nowej klasy próż­niaczej, a o podróżach jako o bezre­fleksyjnym, narcystycznym nawyku konsumenckim i inscenizowaniu autentyczności. Turysta nie powinien być jedynie konsumentem….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kim jestem, kiedy podróżuję?