Subskrybuj
Redaktor w Wydawnictwie Znak, absolwent Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ.

Nie ma aniołów w Ameryce (Recenzja spektaklu Anioły w Ameryce)

Dziś możemy już tylko zgadywać, czy londyńskie Anioły w Ameryce wybrzmiałyby równie aktualnie, gdyby rok temu Brytyjczycy odrzucili Brexit, a Amerykanie Donalda Trumpa. Ale nawet bez tych okoliczności jest to prawdopodobnie najważniejsze przedstawienie tego roku na West Endzie.

Na początek cztery cytaty. o końcu, który nie nadszedł: „W Waszyngtonie rewolucja. Mamy nowy program i mamy wreszcie prawdziwego lidera. Oni odbili nam Senat, ale to my mamy sądy. Do dziewięćdziesiątego cały skład Sądu Najwyższego będzie mianowany przez republi­kanów, w sądach federalnych – republikańscy sędziowie będą wszędzie, jak miny lądowe, gdzie się ruszysz – tam mina. Akcje stowarzyszeń walczących z dyskryminacją? Sprawa idzie do sądu. Bum! Mina. Wszystko poukła­damy tak, jak chcemy: aborcję, obronę narodową, Ame­rykę Środkową, wartości rodzinne, klimat dla inwestycji. (…) To jest prawdziwy koniec liberalizmu”[1]. O postpraw­dzie: „Tylko ci się zdaje, że wiesz, co ja wiem. Ja sam nie wiem, co ja wiem. Nawet to, co wymyśliłem, w końcu okazuje się prawdą!”. O rodzinie prezydenckiej: „(…) nie są prawdziwą rodziną, czytałem w »People«, nie ma między nimi żadnych więzi, miłości, nawet ze sobą nie rozmawiają, tylko przez agentów”. I o zmianach klimatu: „A potem mówili o dziurze ozonowej. Nad Antarktydą. Poparzenia skóry, ślepnące ptaki, topnie­jące góry lodowe. Świat się po prostu kończy”.

Frazy padające ze sceny sprawiają wrażenie tak adekwatnych do bieżących wydarzeń, że publiczność opuszczająca salę podczas pierwszej przerwy wydaje się nie rozmawiać o niczym innym. To aktualność niczym z internetowych serwisów informacyjnych, nie ta, której szukamy nieraz u Szekspira czy Czechowa. Jakby Tony Kushner skończył pisać Anioły w Ameryce wczoraj, a nie prawie ćwierć wieku temu. Jakby ich akcja zaczynała się 15 lat po przełomie millenium, a nie przed nim, a wspomnianą rodziną byli Trumpowie, a nie Reaganowie. Teatralna publicystyka? Raczej rze­czywistość doganiająca intuicję twórców. Premierę londyńskiej inscenizacji zapowiedziano niemal rok przed tym, jak Donald Trump wprowadził się do Bia­łego Domu. (Podobnie zresztą stało się w przypadku Opowieści podręcznej, ekranizacji powieści Margaret Atwood z 1985 r. i jednego z najlepiej przyjętych seriali telewizyjnych tego roku). Jeśli jednak Roy Cohn, nowo­jorski prawnik, wzorowany na prawdziwej postaci, czarny charakter w Aniołach…, w swej pierwszej scenie nieco przypomina obecnego lokatora Białego Domu, to też nie przez przypadek.

„Patrzę na niego i widzę Roya. Obaj są psami bojo­wymi” – mówił o aktualnym prezydencie USA dzien­nikarz śledczy Wayne Barrett, który wielokrotnie roz­mawiał z oboma mężczyznami. Gdy w 1973 r. Donald Trump i jego ojciec Fred zostali oskarżeni o dyskrymi­nację na tle rasowym w związku z zarządzaniem nieru­chomościami (Afroamerykanom mieli oferować gorsze warunki wynajmu), to właśnie Roy Cohn reprezentował ich w sądzie. Złożył kontrpozew na 100 mln dolarów i choć sąd szybko go oddalił, Trump zyskał publiczność oraz doradcę prawnego i mentora na następną dekadę. A podobne zarzuty postawiono mu ponownie pięć lat później. „Wolisz być miły czy skuteczny? Tworzyć prawo czy grzecznie go przestrzegać?” – pyta w sztuce fikcyjny Roy Cohn. Czy podobne pytania skierował do Trumpa ten prawdziwy? Nigdy się nie dowiemy. Ale jak zauważył Harry Scoble, dyrektor wydawniczy National Theatre: gdy raz zauważy się to podobieństwo, poli­tyczna strategia Trumpa oparta na groźbach, obrażaniu, nieumiejętności przepraszania i wypisywaniu inwektyw na Twitterze przestaje tak bardzo dziwić.

***

Choć Anioły w Ameryce uznawane są za jedną z najlepszych amerykańskich sztuk XX w., ze względu na swój rozmach (całość trwa siedem i pół godziny i jest grana w dwóch częściach) wystawiane są stosun­kowo rzadko. Nic dziwnego, że każda kolejna insceni­zacja tego dramatu jest wydarzeniem, i również tym razem bilety zostały wyprzedane w ciągu zaledwie kilku godzin.

To historia chorującego na AIDS Priora Waltera (Andrew Garfield, kruchy i silny zarazem) i Louisa Ironsona (James McArdle), który decyduje się opuścić partnera w godzinie próby; mormona Joe Pitta wła­śnie odkrywającego swoją tożsamość seksualną (Rus­sell Tovey, świetnie oddający zagubienie swojego boha­tera), jego uzależnionej od valium żony Harper (Denise Gough) oraz matki, Hannah (Susan Brown), która po niespodziewanym coming oucie syna sprzedaje miesz­kanie w Salt Lake City i zaczyna nowe życie w Nowym Jorku; a także wspomnianego już Roya Cohna (Nathan Lane), „heteroseksualisty, który zabawia się z chłopa­kami”, do końca wierząc, że pieniądze i znajomości zapewnią mu lepszy los niż tym, którzy ich nie mają, oraz Belize (ujmujący Nathan Stewart-Jarrett), jego ostentacyjnego pielęgniarza, byłego drag queen. Towarzyszą im zjawy, duchy (w tym przodków) i tytułowe anioły – niby obecne, ale bezsilne. Ten, który objawia proroctwo Priorowi, w niczym nie przypomina już majestatycznego pięknego anioła Emmy Thompson z miniserialu HBO z 2003 r. Skrzydła ma postrzępione, niby półżywy ptak, porusza się niezdarnie, tylko dzięki pomocy odzianych na czarno demonicznych postaci. Jedyne, co mogą zrobić, to prosić ludzkość, by się zatrzymała, przestała migrować, dążyć do zmian, by dała wytchnąć niebiosom opuszczonym przez Boga. Ten nie umarł wprawdzie, lecz odszedł, czego…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wiara bez uprzedzeń. Homoseksualność a Kościół