Subskrybuj
Absolwent Wydziału Dziennikarstwa UW na kierunku fotografia prasowa i reklamowa. Jego zdjęcia są publikowane w takich magazynach jak „New York Times”, „National Geographic”, „Gazeta Wyborcza”, „Duży Format”, „Glamour”, „i-D Poland”, „Zwykłe Życie” czy „VICE”. Spełnia...

Dom kultury jak z bajki

Poznajcie kilka osób, którym udaje się prowadzić domy kultury w sposób nie do końca konwencjonalny, ale na pewno bardzo inspirujący. Udowadniają one, że chcieć to móc, a wymówki to tylko niepotrzebny zjadacz czasu.

Domy kultury to lokalny przemytnik ambitnych rozrywek, mobilizator działań, miejsce, gdzie można wejść w bezpośredni kontakt z kulturą właśnie. Szeroko pojętą. Dotknąć, spróbować, zobaczyć. Przynajmniej w teorii. Często te instytucje, szczególnie w małych miastach, borykają się ze skromnymi budżetami, nie mogą prze­drzeć się przez skostniałe układy i tradycyjne metody pracy, przez co ich oferta jest bardzo uboga. A lokalna społeczność nie jest świadoma, że w oko­licy takie miejsce w ogóle istnieje. Na szczęście na mapie Polski pojawia się coraz więcej punktów prowadzonych przez niezwykłych ludzi, którym nie­straszne są te ograniczenia. Potrzebne są otwartość i ogromna wytrwałość, ale nie powinno dziwić to nikogo, kto próbuje stworzyć coś inaczej. Nie jest to droga łatwa ani szybka, ale na pewno dająca sporą dozę satysfakcji.

 

INSPIRO

Beata Kwiecińska, Maciek Dąbrowski

„Żeby opisać INSPIRO, trzeba by napisać bajkę” – powiedział ktoś spoza instytucji. Inaczej trudno w to uwierzyć.

Ona jest stąd, z Podłęża. On z niedaleka, bo z Krakowa. Beata i Maciek poznali się w miejscu odda­lonym o kilka tysięcy kilometrów – w Wielkiej Brytanii. W 2007 r. wró­cili do Polski z olbrzymią potrzebą działania. Zafascynowani filmem Cinema Paradiso, zorganizowali pierwszą jego projekcję w kinie plenerowym. Postarali się o naj­większy możliwy ekran, 16 × 9 m, nagłośnienie. Na projekcję przyszło 12 osób, w tym 8 znajomych. Ale wcale nie uznali tego za porażkę. Działali dalej, nawiązując coraz więcej kontaktów z okolicznymi instytucjami, władzami i przede wszystkim mieszkańcami. Nazy­wają to Czas BezDomu Kultury. Działali, organizując małe koncerty, spotkania, warsztaty gościnne tam, gdzie ktoś otworzył przed nimi swoje drzwi.

Zachwyceni inicjatywami ludzie pytali, gdzie na co dzień urzędują. Na stałe mieli tylko biuro w spiżarni rodziców Beaty. Działali tak dwa lata. W 2009 r., po wielu cotygodniowych spo­tkaniach z lokalnymi władzami, nastąpił przełom. Dostali do użyt­kowania budynek Gminnego Domu Kultury w Podłężu. Tym samym zostali pierwszą w Polsce organizacją pozarządową prowa­dzącą samorządowy dom kultury. W gorszą pogodę wiatr otwierał okna, ze ścian straszyła lamperia, a na wyposażeniu ostał się niedziałający komputer i jedno bardzo zmęczone pia­nino. Ale najważniejsze było dla nich to, że nareszcie mogli poczuć się u siebie. Postanowili zorganizować ogólnopolski konkurs architektoniczny Podziel Kwa­drat na projekt wnętrza INSPIRO. Liczyli na propo­zycję aranżacji przestrzeni, która zaprasza, nikogo nie odrzuca, nie stwarza barier. Ze wspólnej pracy młodych architektów z doświadczonymi mentorami powstało na papierze coś, co Beata i Maciek zapragnęli jak najszyb­ciej zrealizować. Tu pierwsza przeszkoda – do szybkiej realizacji potrzebny jest budżet remontowy, i to spory, którym nie dysponowali. Proces pozyskania funduszy obfitował w kilka zwrotów akcji: było zbieranie podpisów, wsparcie ludzi, kilka wyjazdów do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego do Warszawy, a nawet próba przekonania osób decyzyjnych ciasteczkami przygoto­wanymi przez jedną z mam dzieci z INSPIRO. Po ostat­niej, ponadtrzygodzinnej rozmowie, kiedy usłyszeli tylko słowa podziwu i uzyskali informację o braku możliwości wsparcia finansowego, wychodząc, powiedzieli: „Mini­sterstwo próbuje złapać nas za nogi. To nawet nie jest podcinanie skrzydeł, bo my skrzydła już mamy”. Kiedy już myśleli, że wszystkie sposoby zawiodły, zadzwonił telefon z dobrą wiadomością. Nie mogli uwierzyć, że jednak fundusze zostały im przyznane. Ale na wszelki wypadek oddzwonili do ministerstwa, żeby sprawdzić, czy ktoś nie robi sobie jednak z nich kiep­skiego żartu.

Beata i Maciek uważają, że dom kultury to społeczne dzieło sztuki. INSPIRO wymyka się lokalności. Ludzie zapuszczają tu korzenie.

Rodzice najpierw zostawiali dziecko za progiem i znikali załatwiać swoje sprawy. Po pewnym czasie dziadkowie przyszli poszydełkować lub porozmawiać z mło­dymi ludźmi we wspólnej kuchni. Teraz ci sami rodzice, którzy wcześniej nie chcieli nawet przejść przez próg, przynoszą ciasta i piją kawę przy wielkim stole. „Bardzo ważne jest dla nas, że gdy oprowadzają kogoś z zewnątrz, mówią »nasza kuchnia, tu mamy łazienkę«” – opowiada z dumą Beata. Ich dom kultury to nie miejsce, gdzie dzieci dostaną kolorowe kredki i kartkę A4. To miejsce i czas, kiedy one powinny się wyszaleć. Ideą INSPIRO jest, aby zajęcia były czymś magicznym, baśnią, zabawą z dorosłym. Bez konwenansów relacji nauczyciel–uczeń. W Podłężu znajdziecie Tajne Laboratorium Podróży w Czasie (wynajdują koło, odkrywają białe plamy na mapach świata), Zwario­waną Pracownię Sztuki, Koło Wiedzodinologa czy Urodziny dla Wszystkich (bo przecież kto nie lubi świętować urodzin?). Siedmioletnia Róża zapropo­nowała zajęcia z projektowania i wykonywania zabawek.

Mimo że razem prowadzą INSPIRO już 10 lat, Beata wciąż opowiada o tym, co robią z wypiekami na twarzy. Uważają, że to jest najwspanialsza praca na świecie. Ludziom, którzy tu przychodzą, należy się wszystko, co najlepsze. Mówią, że prowadzą to miejsce jak dla najbliższych przyjaciół, a w oczach Beaty i Maćka widać, że to szczera prawda. Na koniec dodają, że „najlepsi ludzie na świecie są wszędzie”.

 

Gubiński Dom Kultury Marcin „Gwizdo” Gwizdalski Marcin był pilnym studentem poli­tologii Uniwersytetu Zielonogór­skiego. Mieszkał wtedy z ludźmi studiującymi animację spo­łeczno-kulturalną. W domu roz­mowy toczyły się wokół tematów wykładów, wspólnym zajęciem były przygotowania do egzaminów. Czuł się, jakby od razu robił drugi fakultet. Szybko zaczął włączać się w działania współlokatorów, a także prowadzić poważną gazetę studencką o lekko wulgarnej nazwie „Dupa”, która oczywiście miała zamaskowany przekaz. Gdy doznał poważnej kontuzji, po kilku latach spędzonych w Zielonej Górze wrócił na chwilę do rodzinnego Gubina i został tam na stałe. Zaczęło się od stażu w Gubińskim Domu Kultury, gdzie przebywał zde­cydowanie więcej, niż powinien, nawet po oficjalnym zakończeniu praktyk. Zawsze było coś do zrobienia. Po krótkim okresie „w zawieszeniu” dostał etat i swoje miejsce: instruktor ds. młodzieży. Trudno rozgraniczyć, co z tego, co robi, jest działaniem służbowym, a co społecznym. Niewielkie przygraniczne miasto, jakim jest Gubin, to nie­łatwy grunt. Prawie każdy po maturze stąd wyjeżdża – na studia lub do pracy. Ewenementem jest z pewnością to, że członkowie grupy „Otwarte” prowadzonej…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Dlaczego fascynuje nas wojna?