Przypominam sobie te tablice za każdym razem, gdy dookoła toczą się dyskusje o państwowych dotacjach dla kultury. Podoba mi się amerykański model, w którym sztuka okazuje się „niekonieczna” – wynika z nadmiaru bogactwa, fantazji, potrzeby piękna. Ci, którzy ją gromadzą, kierują się nie „wartościami”, lecz kapryśnym upodobaniem. Roberto Salvadori prześledził historie największych amerykańskich kolekcjonerów schyłku XIX i XX stulecia: tych, których nazwiska na trwałe związały się z najwspanialszymi kolekcjami w Stanach Zjednoczonych: Frick, Carnegie, Phillips, Barnes… Koks, stal, ropa, ale także popularny lek przeciwbólowy: oto, „na czym się dorobili” przyszli kolekcjonerzy. Młody Andrew Carnegie deklarował, że „gromadzenie bogactwa to jedna z najgorszych odmian bałwochwalstwa”, z kolei Duncan Phillips junior miał nadzieję, że muzeum, które wzniósł w amerykańskiej stolicy, stanie się „zbawienną siłą dla wspólnoty, w której żyje”. „Wspólnota” (community) to słowo, które pojawia się na każdym kroku w amerykańskim języku codziennym – czasami okazuje się wręcz trudno przetłumaczalne, bowiem u nas brzmi podniośle, ma wydźwięk religijny. Tymczasem w Stanach silna jest świadomość, że życie zawsze toczy się w jakiejś „wspólnocie” – choćby lokalnej czy osiedlowej. Wielkim amerykańskim zbieraczom i fundatorom towarzyszyło poczucie misji: byli poniekąd konkwistadorami, cywilizatorami. Wznosili „pomnik trwalszy od spiżu”, pozostawiali po sobie ślad, ale także nieśli sztukę w miejsca, gdzie dotychczas nikomu się o niej nie śniło. Rodzina de Menilów odmieniła oblicze Houston; jak pisze Salvadori, ci „Medyceusze nowoczesności realizowali swoją ambicję przekształcenia Houston w teksańską Florencję: łączyli piękno i bogactwo, inwestując zyski z ropy naftowej w sztukę i architekturę”. Pośród bohaterów Salvadoriego znajdziemy doskonałe przykłady amerykańskich self-made menów. Inni z kolei opływali w dostatki od dzieciństwa, a swój majątek pomnożyli poprzez zawarcie małżeństwa. Ta książka ma również kilka wspaniałych bohaterek. Gertrude Vanderbilt Whitney wywodziła się z najzamożniejszej rodziny w Stanach Zjednoczonych: za mąż wychodziła z miłości, ale również „bogato”. Kiedy czar prysnął, od chłodnego, pełnego napięć związku uciekła na Stary Kontynent. Odtąd, jak entuzjastycznie pisała, „jako artystka będzie się budzić co rano, jako artystka będzie pracować i oddawać się muzyce, jako artystka będzie spać i kochać”. Nie skończyło się jednak na młodzieńczej egzaltacji. Pani Whitney została rzeźbiarką, a przede wszystkim powołała pierwsze muzeum poświę cone wyłącznie sztuce amerykańskiej. Nie tylko stworzyło ono kanon Nowego Świata, ale również wystawiało i skupowało dzieła artystów żyjących. Stery instytucji po fundatorce przejęły kolejno córka, wnuczka i prawnuczka. Od 1962 r. muzeum zajmowało imponujący, nieomal pozbawiony okien, granitowy budynek Marcela Breuera. Dwa lata temu przeniosło się do zaprojektowanej przez Renzo Piano przestronnej, pełnej światła i szkła nowej siedziby na…
Historyk sztuki, współpracuje z „Zeszytami Literackimi”. Ostatnio wydała biografię Jaka szkoda. Krótkie życie Pauli Modersohn-Becker oraz zbiór opowiadań Ten kraj. Publikuje pod pseudonimem.