Subskrybuj
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Nie można nie zajmować się wszystkim

Niemal każdy za młodu chce zmieniać świat na lepsze, ale ja akurat dość szybko zdałem sobie sprawę, że to marzenie utopistów. To jest jak z wyborami na urząd prezydenta w USA. Podczas kampanii kandydaci kreślą przeróżne wizje. Po zaprzysiężeniu okazuje się, że jedyne, co prezydent naprawdę może, to obsadzić posady w swojej administracji.

„Winny” – orzekła ława przy­sięgłych w 2000 r. podczas Sądu nad XX wiekiem, odpowiadając na pytanie, czy kończące się stu­lecie słusznie jest oskarżane o „lek­komyślne zawierzenie rozumowi”.

Pamiętam, że jako przewodniczący tej rady (zaproszony przez organi­zatora dyskusji, redakcję „Tygo­dnika Powszechnego”) przekony­wałem pozostałych jej członków, iż nauka nie jest jednak skierowana przeciwko ludzkości. Pouczające doświadczenie.

Teraz obserwujemy odwrót od rozumu, stąd sukcesy populistów, podważanie skuteczności szcze­pionek czy narastająca niechęć do „obcych”.

A mamy jakiś inny, pozarozumowy sposób poznawania świata, by ten odwrót od rozumu mógł być sku­teczny? No właśnie… Będę bronił rozumu do ostatniej kropli krwi, ale zwracam uwagę, że czasy są nie­pewne, przez co ludzie czują się zagrożeni. Tym bardziej że usta­wicznie ich się straszy: niezdrową żywnością, zanieczyszczeniem środowiska, chorobami nowotwo­rowymi… Przecież o wzrastającej wykrywalności nowotworów mówi się wprost, że są skutkiem rozwoju cywilizacyjnego. A gdzie fakty? One mówią co innego: wydłużyła się średnia życia człowieka (z 49 lat w 1900 r. do ok. 80 lat obecnie), poja­wiła się skuteczna diagnostyka.

Zapadamy więc na nowo­twory – dawniej nie dożylibyśmy momentu, gdy się u nas rozwiną albo nie zdołano by ich rozpoznać.

Naturalnie. Ale ludzie atakowani sprzecznymi informacjami albo niedoinformowani zwracają się w irracjonalną stronę przedziw­nych mniemań, w tym teorii spi­skowych. Niemniej nie ma tu reguły. Jeden z moich uczniów (uważam go zresztą za pierwszorzędnego uczonego) to przekonany zwo­lennik teorii spisku smoleńskiego i nie jest jedyną osobą z tytułami naukowymi, która nie wierzy, że katastrofa w Smoleńsku była nie­szczęśliwym wypadkiem. W jego mniemaniu dowodem na to, że prezydent Lech Kaczyński zginął w zamachu, jest otrucie przez Rosjan polonem Aleksandra Litwi­nienki, byłego agenta KGB, w Lon­dynie, w 2006 r. Bo Rosja, zdaniem wyznawców tej teorii, nie wybacza…

Dlaczego metoda naukowa nie pomaga im takich mniemań porzucić?

Bo posługują się nią wybiórczo i nie stosują jej do teorii zamachu smoleńskiego. A dlaczego wykształceni ludzie, którzy dawno opanowali umiejętność czytania ze zrozumieniem, mają dostęp do wolnych mediów i szybkiego Internetu, co daje im możliwość sprawnego weryfikowania infor­macji, przestają szczepić swoje dzieci, bo uważają, że szczepionki są niepotrzebne albo nawet szko­dliwe? Stworzenie możliwości o niczym nie przesądza, bo, po prostu, można z nich nie skorzy­stać i pozostać ignorantem. Mój znajomy, gdy pytam go o jakąś książkę, mówi: „Nie czytałem, ale byłem blisko tekstu”… To jest wła­śnie to!

Swojego ucznia zapytałem, jak to możliwe, że w zamach smoleński wierzą tylko osoby o poglądach prawicowych? Odpowiedzi nie otrzymałem i nie mogło jej być, bo w tej historii – jak w każdej teorii spiskowej – nie chodzi o badanie faktów, ale o komfort przynależ­ności do wspólnoty, która wierzy w to samo. A przez to zwalnia od myślenia i ryzyka samodzielnego decydowania.

Jak w sekcie.

Jak w każdym systemie religijnym. W Sądzie nad XX wiekiem zwo­lennicy przekonania, że nauka wyrządziła wiele krzywd ludzkości, powoływali się na przykład energii jądrowej. Znowu: przypomnijmy fakty. Bomby atomowej użyto w ramach działań zbrojnych tylko dwa razy, i to w ważnym celu, bo jej zastosowanie natychmiast zatrzy­mało wojnę. Zginęło i zmarło na skutek napromieniowania ponad 400 tys. mieszkańców Hiroszimy i Nagasaki. Tyle że przed użyciem bomby zginęło 2 mln żołnierzy amerykańskich i porównywalna liczba japońskich, a wojna, którą Japończycy prowadzili na wynisz­czenie, zdawała się nie mieć końca.

Do tej pory nie zdarzył się też ani jeden wypadek w elektrowni atomowej, kiedy zawiodłyby apa­ratura czy system. Za każdym stały błędy ludzkie: w Czarnobylu testowano nowy program bezpie­czeństwa, przeprowadzając niedopracowany eksperyment. Szereg zaniedbań, które by się nie poja­wiły, gdyby postępowano zgodnie z regułami sztuki, jest wyczerpu­jąco opisany.

Tsunami, które doprowa­dziło w marcu 2011 r. do wybuchu reaktorów w Japonii, też było do przewidzenia?

A kto buduje elektrownię atomową na styku płyt tektonicznych, i to jeszcze na brzegu morza? Znowu: błąd ludzki. Tyle że większość ludzi, choć pozyskanie wiedzy na ten temat nie jest trudne, nie­wiele o tym wie i jest przekonana, że energia atomowa wszystkim zagraża, a to nieprawda. Co więcej: nie ma od niej odwrotu. We Francji 78% energii pochodzi z elektrowni atomowych i taki sposób jej pozy­skiwania to nasza jedyna nadzieja.

W 2013 r., kiedy otrzymywał Pan tytuł profesora honorowego Uniwersytetu Jagiellońskiego, wyli­czono szereg Pana osiągnięć: od badania katalizatorów zeoli­tycznych przez ułamki łańcusz­kowe po zaangażowanie w odbu­dowę Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku. Za tym wszystkim musi stać gigantyczna praca…

No, napracowałem się… Spędziłem sześć miesięcy życia w samolocie, licząc tylko podróże do USA, gdzie byłem 89 razy, z czego 82 – służ­bowo. Takie podróże były tury­stycznie bezużyteczne, bo polegały na tym, że z sutereny na uniwer­sytecie w Cambridge przemiesz­czałem się do sutereny którejś z uczelni w USA. Zawsze za to roz­mawiałem z sąsiadami w samo­locie i jeszcze mi się nie zdarzyło spotkać nudziarza. Podczas pew­nego 15-godzinnego lotu z Los Angeles do Amsterdamu na sie­dzeniu obok mnie leżało pudło ze skrzypcami. Po drugiej stronie sie­działa Japonka, która miała cały czas zamknięte oczy. Po siedmiu godzinach lotu zdecydowałem się zamienić parę uprzejmych słów: „Czy to jest strad?”. „Tak, to jest stradivarius”. „Mogę zobaczyć?”. „Proszę”. Rzeczywiście – Antonio Stradivari, Cremona, 1707. „Jak mogłaś sobie pozwolić na takie skrzypce, przecież one kosztują z milion dolarów?” „Cztery miliony. Cesarz mi kupił, ja nie jestem bogata”. „Możesz mi zagrać Cha­conne?” „Naturalnie”. Wstaje, stroi skrzypce, w samolocie zapada cisza, a ona zaczyna grać dla mnie Chaconne z II Partity d-moll Bacha…

Wracając do meritum: można ciężko pracować i niewiele osiągnąć, gdy zabraknie szczęścia. A ja zawsze miałem ogromne szczęście.

Co było najpierw?

Kilku fantastycznych uczonych, z którymi mogłem pracować. Pierw­szym był prof. Patrick Meares, szef Wydziału Chemicznego na Uniwer­sytecie Aberdeen w Szkocji, który zaproponował mi pracę po wyjeździe z Polski w 1968 r. (Nawiasem mówiąc: gdy zmarł w 2014 r., zapisał mi w testamencie 2 tys. funtów. Nie potrzebuję tych pieniędzy, ale czyż nie jest to ludzki, miły gest?) Drugim uczonym był prof. Richard M. Barrer, Nowozelandczyk, z Impe­rial College w Londynie.

Ten od zeolitów, najważniejszych katalizatorów w przemyśle rafineryjnym, i sit molekularnych, czyli „nanoporowatych materiałów o ściśle określonym, wąskim zakresie porów, które posiadają zdolność selektywnego absorbowania cząsteczek związków chemicznych”?

Ten sam, a zaimponował mi lapidar­nością prac naukowych i tego się od niego uczyłem. Gdy zacząłem z nim pracować, na przekazanie treści, które on zawierał w 150 słowach, ja potrzebowałem 400. A wydawało mi się, że skoro od dziecka mówię biegle po angielsku… Z kolei prof. Peter Medawar znany z badań nad tolerancją układu odpornościowego na przeszczepianie narządów (lau­reat Nagrody Nobla z 1960 r. w dzie­dzinie fizjologii i medycyny) dał mi dobrą radę – nigdy nie pracuj dla chleba nad tematem, z którego napisałeś doktorat, bo będziesz całe życie pracował nad tym samym.

Chodzi o to, żeby, zmieniając dziedziny i tematy, cały czas się uczyć?

Tak. Przez lata zajmowałem się magnetycznym rezonansem jądrowym i wykładałem tematy z nim związane na całym świecie, ale nie w Cambridge, gdzie pra­cowałem od lat 70. do emerytury. W Cambridge jest bowiem przy­jęte, że jego pracownicy nigdy nie wykładają tematu, w którym są spe­cjalistami. Kiedy dziekan poprosił mnie o poprowadzenie zajęć ze spektroskopii molekularnej, odpo­wiedziałem: „Ale ostatni raz czy­tałem o tym na studiach…”. „No to się nauczysz” – usłyszałem. I to nie jest takie złe, tym bardziej że ten intelektualny płodozmian współgra z systemem nauczania w Cam­bridge, opartym na instytucji colle­ge’u. To college kieruje nauczaniem studentów, a nie ma możliwości, by którykolwiek z nich mieszkał poza nim. Tam się uczą, tam mieszkają ich promotorzy. I każdy ma obowiązek zjeść przynajmniej cztery obiady tygodniowo z mieszkań­cami swojego college’u. W todze, rzecz jasna.

Jaka jest zaleta wspólnego spo­żywania befsztyków?

Można porozmawiać, np. ze stu­dentem etnografii albo numizma­tyki – z kimś, kogo trudno byłoby mi spotkać, gdyby nie college, gdzie nawet rozmieszczenie pokoi sprzyja jak najczęstszej interakcji między ludźmi różnych specja­lizacji. Dzięki temu dochodzi do wymiany myśli między osobami, które mogą być dla siebie inspiru­jące. Taki system nauczania jest drogi, bo elitarny, ale sprawdza się od 800 lat, pozwalając znaleźć w każdym pokoleniu najzdolniej­szych studentów.

Kim był kolejny naukowiec, którego miał Pan szczęście spotkać?

Sir John Meurig Thomas – genialny wykładowca, który potrafi wyja­śnić działanie czteropoziomowego laseru 10-letniemu dziecku. Ma też do perfekcji opanowaną umiejęt­ność organizowania współpracy, tzn. dobierania ludzi i wskazy­wania tych tematów i pomysłów, którymi warto się było zająć, nim ktokolwiek zdał sobie sprawę z ich znaczenia. W 1980 r. spo­tkałem na schodach swojego insty­tutu w Cambridge prof. Thomasa, który niósł kserokopię afisza infor­mującego o jakiejś zupełnie nie­znaczącej konferencji naukowej w NRD. Afisz był ledwo czytelny, bo była to chyba piąta kopia z kopii, ale sir John Meurig Thomas stwier­dził: „To jest ciekawa rzecz. Może mógłbyś się tym zająć z Colinem?”. A Colin to prof. Fyfe z The Univer­sity of Guelph koło wodospadu Niagara w Kanadzie, specjalista od badania rezonansem magne­tycznym, czyli uzyskiwania metodą nieinwazyjną obrazów wnętrza obiektu, czemu miała być poświę­cona ta mało znana konferencja za murem berlińskim. Dzień później byłem już w Kanadzie i zająłem się tematem, o którym nie wiedziałem nic, poza tym, co mi opowiedział mój przyjaciel prof. Jacek Hennel z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Który pierwszą konferencję na temat rezonansu magnetycznego i jego zastosowań zorganizował w Krakowie w 1967 r.

Prof. Thomas dobrze wybrał czas, bo rok 1980 to był ten moment, kiedy należało się zająć rezo­nansem magnetycznym w ciele stałym.

A dlaczego to ma takie zna­czenie – że w ciele stałym?

Bo są oddziaływania, które w cieczy i gazie stają się niewykrywalne na skutek bardzo szybkiego ruchu czą­steczek na poziomie molekularnym. Widmo, uzyskiwane w czasie badania rezonansem, jest wtedy szerokie i pozbawione detali. Nato­miast w przypadku ciała stałego, jak wykazano już w 1958 r., jest inaczej. Jeśli wiruje się próbką ciała sta­łego pod kątem magicznym, czyli 54 stopni i 47 minut ( jest to kąt między przekątną sześcianu a jego krawędzią), z prędkością co naj­mniej 5 tys. razy na sekundę, uzy­skuje się znakomity, pełen szcze­gółów obraz. Dopóki nie pojawiła się odpowiednio czuła aparatura, te ustalenia były nieprzydatne. Ale kiedy wprowadzono do rezonansu magnesy nadprzewodzące, które wytwarzają ogromne pole magne­tyczne, wszystko się zmieniło. Pracując na takiej maszynie w Guelph, zrozumiałem, co mógł czuć Chri­stiaan Huygens, XVII-wieczny optyk holenderski, który podał zasady wykonania soczewek ze szkła i kryształu. To pozwoliło zbu­dować pierwsze mikroskopy i teleskopy optyczne. Wyobrażam sobie, że brał pod mikroskop kroplę ze stawu, po czym oglądał niestworzone rzeczy. Albo kawałek jedwabiu czy płótna, które ukazy­wały mu strukturę włókien.

Z rezonansem było podobnie – wszystko było interesujące, jakby otwierała się przed nami nowa warstwa rzeczywistości. I to błyska­wicznie – badanie próbki dla otrzy­mania widma trwało parę minut. Rezonans pozwolił poznać struk­turę kamfory, która w zetknięciu z tlenem momentalnie podlega sublimacji, czyli przechodzi ze stanu stałego do gazowego. Ist­niało 17 pomysłów na jej struk­turę. A jedno widmo RM, otrzy­mane w ciągu dwóch minut, od razu podało właściwą. Inaczej niż w dyfrakcji rentgenowskiej, która dla zbadania struktury materiału potrzebuje jego skrystalizowania (co nie zawsze jest łatwe, a nawet wykonalne), rezonans nie wymaga przygotowania materiału. Do dziś jest to najlepsza metoda badawcza struktury rzeczywistości w chemii i fizyce.

Z Cambridge przywiozłem parę próbek zeolitów, które są krze­mianami, by zbadać je rezonansem.

Dlaczego interesował was właśnie ten minerał?

Bo połowa spośród 3 tys. mine­rałów istniejących na Ziemi to krzemiany.

Jest ich dużo, więc są użyteczne?Wszystko jest tworzone na bazie krzemu. W tym wspomniane już zeolity – krystaliczne glinokrze­miany o uporządkowanym sys­temie mikroporów, używane w rafi­neriach jako katalizatory. Niemal każda kropla benzyny przechodzi przez zeolity, więc są produkowane w ilościach megatonowych. W Guelph po raz pierwszy pod­daliśmy katalizatory zeolityczne badaniu magnetycznym rezo­nansem jądrowym z rotacją…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Dlaczego fascynuje nas wojna?