Subskrybuj
Dziennikarz i publicysta portalu Instytutu Spraw Obywatelskich, publicysta thinkzina Nowa Konfederacja; pisze dla Polskiego Radia 24, TVP.INFO, „Gazety Polskiej", kwartalnika „Fronda LUX" i tygodnika opinii TYGODNIK.TVP.

Kościół ślepców. Dzieci i potwory

Kościół, który zaprzecza sam sobie i staje się antyewangeliczny, jest straszną instytucją. A jego ludzie, schlebiając najróżniejszym namiętnościom, stają się wilkami w owczej skórze i sprawcami latami zatajanych potworności.

Jak pokazuje historia kościelnych afer pedofilskich w wielu krajach, strategia zata­jania i zacierania śladów popełnionego zła często przychodzi duchownym łatwo ze względu na znaczny autorytet Kościoła w lokalnych społecznościach / społeczeństwach i wysoką pozycję instytucji kościelnych w życiu wielu państw. Księża, którzy seksualnie wykorzystują dzieci, są mistrzami manipulacji. Dobro, któremu ponoć służą, staje się dla nich kamuflażem, za którym skrywa się zło przenika­jące ich rzeczywisty sposób życia. Kapłaństwo, które wedle nauczania Kościoła ma służyć zbawieniu ludz­kiemu, budowaniu życia na łasce i wzrostowi ducho­wemu, staje się choćby narzędziem niszczenia naj­słabszych wśród słabych – ubogich dzieci. Za fasadą sutanny / koloratki kryje się głęboki upadek osobisty złoczyńców w duchownych szatach.

 

Zło w strukturach

Wiele mówi o tym książka Wyspa ślepców pióra dziennikarza prasowego i telewizyjnego Piotra Kry­siaka. Jest ona reporterskim opisem skandalu pedofil­skiego na Dominikanie, którego głównymi antyboha­terami byli polscy duchowni – ks. Wojciech G. (padre Alberto) ze Zgromadzenia Świętego Michała Anioła i nuncjusz apostolski abp Józef Wesołowski (temu ostatniemu poświęcono jednak niewiele miejsca). Autor, jedyny dziennikarz, któremu zaufał padre Alberto, gdy już pojawiły się wobec niego zarzuty, odpo­wiedzialnie i rzeczowo mierzy się z trudnym tematem. Dostrzega choćby instytucjonalną odpowiedzialność Kościoła, ale nie ma w tym ani cienia antyklerykalnych uogólnień. To nie jest paszkwil na katolicyzm, lecz pisany stonowanym językiem opis konkretnego skan­dalu pedofilskiego. To również próba zrozumienia tego, co się stało – choć zło i w tym przypadku wydaje się umykać pełnemu pojmowaniu.

Walorem książki jest to, że przedstawia realia ubogich rejonów Dominikany, co zmusza do pytania o miejsce i rolę Kościoła w postkolonialnych rejonach świata oraz wynikające stąd możliwości nadużyć ze strony pojedynczych duchownych i całych katolickich instytucji. Reportaż Krysiaka znakomicie pokazuje dwuznaczność funkcjonowania katolickich struktur w post- i neokolonialnych społeczeństwach. Z jednej strony Kościół wzmacnia kapitał kulturowy i społeczny w rejonach dotkniętych skrajnym ubóstwem, pełnych przemocy struktur polityczno-społeczno-gospodar­czych, wnosi w ich życie realne dobro. Z drugiej zaś strony zdemoralizowani duchowni czują się w takich miejscach jak uboga dominikańska górska wieś Jun­calito niczym ryba w wodzie: mają tam swój fałszywy raj, który jest piekłem ich ofiar. Bo przecież – dobrze to rozumieli teologowie wyzwolenia – instytucje kościelne, ludzie Kościoła uwikłani w sprawy tego świata, wewnętrznie moralnie spustoszeni łatwo mogą stać się jeszcze jednym elementem struktur grzechu względem biednych i słabych społeczności. Jest coś przygnębiają­cego w fakcie, że debata o uwikłaniu Kościoła w kolonializm przychodzi do Polski taką drogą. I raczej nie zostanie prędko podjęta na szerszą skalę.

A jednak Wyspa ślepców pozostawia spory nie­dosyt. Przystępując do lektury, miałem nadzieję, że przyjrzę się dzięki niej bliżej mechanizmom powol­nego wrastania zła w struktury Kościoła, przemilczania równoznacznego z przyzwoleniem. Liczyłem na to, że autor zajrzy pod podszewkę społecznych, kulturowych, politycznych relacji, które sprawiają, że ludzie pokroju abp. Józefa Wesołowskiego czy ks. Wojciecha G. mogli latami / dekadami czuć się bezkarni. Tym bardziej że do przeczytania Wyspy ślepców zachęcają zdecydo­wanie brzmiące słowa na obwolucie – zapewnienie, że autor „cały czas szuka odpowiedzi na pytanie, dlaczego nikt nie słuchał i nie ochronił dzieci, choć pomoc ofiarom wymagała jedynie dobrej woli”. Otóż, jak się wydaje, znaczna część książki to raczej opowieść o samej pracy dziennikarza / reportera – czyli mija się ze składaną czytelniczkom i czytelnikom obietnicą. Momentami narracja jest przegadana. Całe stronice opowiadają nie tyle o aferze pedofilskiej w Kościele, ile o tym, jak wygląda praca dziennikarzy i redakcji opi­sujących to zjawisko. Tego typu strategia uczynienia reportażu obszerniejszym dotyczy również opisu tła. Gdy w dwóch różnych miejscach lektury czytam niemal identyczne opisy, że presidente to ulubione piwo miesz­kańców Dominikany, to zastanawiam się, czy zabrakło solidniejszej redakcji czy materiału do rozbudowy opowieści.

 

Znaczące braki Chyba nie do końca przemyślany, niezbyt czytelny, a wręcz krzywdzący dla społeczności Dominikany jest sam tytuł. Wyspiarze nazwani zostają ślepcami. A prze­cież Krysiak pokazuje, jak długo ślepy na zło, na róż­norakie występki kapłanów był sam Kościół. To ludzie Kościoła nie widzieli albo udawali, że nie widzą urą­gającego zwykłej ludzkiej przyzwoitości stylu życia wysokiego urzędnika Watykanu, czyli abp. Wesołow­skiego. To przełożeni i współbracia ks. Wojciecha G. nie widzieli lub udawali, że nie widzą, iż w jego życiu dzieją się rzeczy bardzo złe, że nie tylko jego kapłańska posługa uległa monstrualnej deformacji, ale że nie radzi on sobie z własnym człowieczeństwem. I czerpie z tego przyjemność. Z lektury książki wynika przecież jasno, że instytucje publiczne na Dominikanie zareagowały na problem bardzo szybko, gdy zostały im prze­ kazane informacje o molestowaniu dzieci. Ofiary pedo­fila nie tylko zostały przesłuchane, uzyskały również pomoc psycholożek i psychologów. Oczywiście można postawić mocną tezę, że ślep­cami byli mieszkańcy Juncalito, skoro przez sześć lat nie zauważyli, że proboszcz ich parafii molestuje dzieci. Ale sprawa nie jest tak oczywista – Krysiak wprost pokazuje, jak znaczne zaufanie zdobył ks. Wojciech G. w powierzonej mu wspólnocie parafialnej. W dużym stopniu dlatego, że był niezłym organizatorem, że – dziś wiemy, jak straszliwą ceną było to okupione – chciał pokazać swoim parafianom szeroki świat. To znamienne: Wojciech G., korzystając z osobistych i instytucjonalnych możliwości, jakie daje w Polsce „bycie księdzem”, mógł np. przekonać TOPR-owców i krakowskich strażaków, by podjęli się szkolenia grupy górskich ratowników z Juncalito. Biały człowiek, przed­stawiciel…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czy ludzie są z natury religijni?