Subskrybuj
Niemiecko-irański orientalista, publicysta, pisarz. Ostatnio opublikował Ungläubiges Staunen. Über das Christentum (Niedowierzenie. O chrześcijaństwie) oraz Zwischen Koran und Kafka. West-östliche Erkundungen (Między Koranem a Kafką. Zachodnio-wschodnie poszukiwania).

Światło

Bóg jest możliwy do przedstawienia i, zgodnie z najbardziej wiarygodnymi świadectwami, rzeczywiście dostępny doświadczeniu wyłącznie jako światło – medytacja muzułmańskiego intelektualisty nad chrześcijańską sztuką i zaskakującymi podobieństwami łączącymi Hieronima Boscha i perską mistykę.

Najbardziej kuszące w spojrzeniach w zaświaty, jakie zestawił ze sobą Hieronim Bosch, jest światło, nawet światło piekieł. I nie mam tu na myśli przytłumionej czerwieni pochmurnego krajobrazu na lewym z czterech paneli, na którym skrzaty bądź dziecięcych rozmiarów demony chwytają szczupłych, nagich ludzi, a jednego, złapawszy za biodro, strąciły już głową w dół. Czerwień, rzecz jasna, pochodzi od ognia, do którego zostają wrzuceni potępieni. Sądzę, że bestia chce pożreć człowieka lub przynajmniej odgryźć mu tyłek, który – z pewnością nieprzypadkowo – zwrócony jest w stronę światła. Oblicze bestii stanowią wyłącznie rozwarte usta wielkości tyłka, w których nie ma nic prócz siekaczy. W każdym razie bestie na lewej tablicy nie wyglądają na wegetarian, a ich usta, nawet z zaciśniętymi wargami, są tak szerokie, że sięgają niemalże uszu. No i te ręce, jak u insektów wyciągnięte wzdłuż, oraz włosy, jak owadzie czułki, wyrastające prosto z ust, wielkie i grube jak rogi, tak że mogłyby tą szczeciną kłuć i dźgać. Ludzie nie uciekają im choćby z tego powodu, że w swojej nieważkości nie mają na czym się oprzeć lub skąd wybić, jak rozdmuchiwane nasiona kwiatów, unoszą się bezradnie w powietrzu, a dokładnie rzecz biorąc: w chmurach, w których nie ma ani góry, ani dołu. Inaczej bowiem, niż głosi tytuł, Bosch nie ukazuje „upadku potępionych”, lecz ich nieważkość. Nie, nie są jak nasiona kwiatów, bardziej jak wyrzuceni z lecącego samolotu, którym nie dana jest łaska upadku.

Przechodzę do samolotów, bo światła na lewym z czterech paneli wyglądają jak reflektory, reflektory samolotów, które świecą wśród chmur. Kto choć raz leciał nocą przez zachmurzone niebo, ten będzie miał przed oczami punktowe światła, które oświetlają chmury z krótkiej odległości, a więc nie tak rozlegle jak słońce czy księżyc. W górze, po prawej stronie, oświetlony człowiek rozkłada ręce w geście rozpaczy i krzyczy, mimo że żaden skrzat po niego nie sięga. Cóż to są za światła? Wszystko inne, a zwłaszcza obcy na drugim panelu od lewej, nie jest niczym innym jak tandetą z fantasy, co zresztą pokazuje, skąd kino czerpie swoje fantazje, choć wcale nie czyni to tandety bardziej realną. Obcy, którzy rozkładają swoje postrzępione skrzydła i merdają psimi ogonami, są proroczy o tyle, o ile antycypują komiksy, z pewnością nie są jednak żadnym proroctwem.

Fascynacja widoczna u Hieronima Boscha bądź to wydawała mi się zawsze podejrzana, bądź też pozostawiała mnie obojętnym; właściwie to dziwiłem się, że chrześcijaństwo poświęca o wiele więcej trudu przywoływaniu kary niż przedstawianiu nagrody. Uwydatnia się to oczywiście w Boskiej komedii, która opisuje piekło nieporównanie barwniej niż raj, mimo że to raj powinien mieć w sobie więcej koloru. Już ewangelie nie odnoszą się ani razu bliżej do ogrodu Eden, podczas gdy piekło wciąż opisują jako najgłębszy mrok i piec ognisty, w których – nota bene zarówno w jasności, jak i w ciemności – będzie „płacz i zgrzytanie zębów”[1] (Mt 8, 12 i częściej). Można by tu zarzucić, że – bądź co bądź – największe malowidło ścienne świata chrześcijańskiego, które jakby przez przypadek znajduje się w Wenecji tak samo jak dzieło Boscha, przedstawia nie co innego jak raj. Tintoretto odwzorował jednak Obietnicę tak ponuro i tłoczno, z tak niewiarygodnie wieloma ludźmi na stosunkowo przecież bardzo małej przestrzeni, że mógłbym sobie wyobrazić ładniejsze miejsca[2]. Co więcej, dla takiego samotnika jak ja podobny ścisk wydaje się niemal koszmarem. Podobnie i ogród Eden, który wymyślił sobie Bosch na drugiej tablicy z prawej strony, przypomina mi właściwie pagórkowaty, zalesiony i mglisty Siegerland[3].

Już bardziej trafia do mnie powściągliwość cechująca samą Biblię. Podczas gdy w raju, poza bujną wegetacją, uwydatnia ona tylko szlachetne kamienie, to ogień i mrok piekła dopełnia zaledwie hiobowym określeniem „otchłań”, jako ziemski odpowiednik dodając jeszcze „Dolinę Mordu” proroka Jeremiasza. Nie, jeśli już chce się jakoś oddać słowami zaświaty, to nie w formie science fiction, lecz w tak pełen życia i poetycki sposób jak w Apokalipsie, która odnosi się wprawdzie do końca czasów, a więc niekoniecznie do Królestwa Niebieskiego, już teraz danego sprawiedliwym. Koran natomiast zawiera podobnie zdumiewające, już to ukazujące siłę natury, to znów naładowane erotycznym napięciem obrazy przyszłego życia każdego człowieka. Obrazy te opatruje zarazem dźwiękami, fizycznie dotykającymi onomatopejami: tu przestroga oddana głuchymi, gardłowymi spółgłoskami i jednostajnymi, wręcz dudniącymi rytmami, ówdzie obietnica składana miękkimi, melodyjnymi spółgłoskami i jasnymi, wydłużonymi samogłoskami. Nic dziwnego, że tak obrazowa i sugestywna, fizycznie doświadczalna eschatologia, złożona z huków i dudnień, pieszczot i szeptów, oddziałała na Arabów, a już zwłaszcza na arabskich żydów i chrześcijan, którzy nagle wyobrazili sobie niebo i piekło jako coś realnego. Zwycięski pochód islamu, jak wiadomo, dokonywał się również dzięki ujmującej sile języka a zwłaszcza muzyczności języka Koranu. Mimo to kultura muzułmańska zamiast jakoś zilustrować Koran, wycofała się w abstrakcję, rozpraszając obraz w podobnych do fugi wzorach, którymi zawsze w sztuce i architekturze wyobrażała nieskończoność. Właściwie dopiero kultura zachodnia pokazuje, że najprędzej w muzyce człowiek wyczuwa to, co niebiańskie. O ile więcej może uchwycić z raju sonata Schuberta niż pagórkowaty krajobraz Boscha, o ile bardziej w eschatologiczny niepokój wprowadzać może pasja Bacha lub jego Wielka msza h-moll od wyobrażonych przez Boscha obcych.

Jednak dwóm tablicom, przez które faktycznie zdają się prześwitywać zaświaty, oddaję sprawiedliwość, mianowicie skrajnie lewej i skrajnie prawej. Nie ukazują one nieba i piekła jak dwa środkowe – dla mnie nieistotne – obrazy, ale wyłącznie drogi do nich, a więc wstępowanie i upadek. Co to za reflektor, który po lewej stronie przeszywa mrok? To musi być to samo światło, które po skrajnie prawej stronie świeci z niebiańskiego raju, światło boskie, nie, dokładniej: światło nieba i ziemi. Wyłącznie jako to światło Bóg jest możliwy do przedstawienia i, zgodnie z najbardziej wiarygodnymi świadectwami, rzeczywiście dostępny doświadczeniu. Mam tu na myśli więcej niż tylko relacje tych, którzy niemalże umarli, a zatem światło na końcu jakiegoś tunelu, rury lub otworu, poświadczane regularnie przez osoby, które mają za sobą doświadczenie bliskości śmierci. „Jego światło jest podobne do niszy, w której jest lampa” – głosi werset 35. sury 24. Koranu – „lampa jest we szkle, a szkło jest jak gwiazda świecąca. Zapala się ona od drzewa błogosławionego – drzewa oliwnego, ani ze Wschodu, ani z Zachodu, którego oliwa prawie by świeciła, nawet gdyby nie dotknął jej ogień. Światło na świetle!”[4].

W większości tradycji, także tradycji estetycz­nych, zaświaty zaczynają się tam, gdzie kończy się cień. Pomyśl tylko o obramowaniu ze złota, które na bizantyjskich mozaikach rozświetla obraz od środka, dlatego że szklane kosteczki, z których zrobione są mozaiki, zawierają złote płatki. Pomyśl o ogniu, który jako pierwszy stał się symbolem jednego i jedynego Boga. Pomyśl o Apokalipsie Piotra, o Jezusie jako promienistej, pełnej światła istocie, która „jest pogodna i śmieje się”[5], o chrzcie literalnie jako o „olśnieniu” i o meta­foryce światła gnostyckich ewangelii znalezionych w 1945 r. w Nag Hammadi. „Dlatego mówię: »Jeśli ktoś jest równy [Bogu – przyp. red.], wypełni się światłością, jeśli się oddzieli [od Boga – przyp. red.] napełni się ciemnością«”[6]. Pomyśl o tym, że bodaj najstarszym, praktykowanym niezmiennie ceremoniałem chrześcijaństwa jest odnowienie cudu światła w Bazylice Grobu Pańskiego. Lumen de Lumine brzmi w wyznaniu wiary, które tam rozlega się w śpiewie gregoriańskim: „Światłość ze Światłości”. Pomyśl o teologii światła Empedoklesa, która jeszcze przed Goethem inspirowała mistykę muzułmańską. W tym wszystkim światło i cień, a tym samym także niebo i piekło, nie należą do zaświatów, ale – jak w Ewangelii Tomasza – są częścią samego człowieka. Sufi twierdzą, że gdyby Bóg wrzucał grzeszników w wieczny mrok, przeczyłoby to Jego miłosierdziu. Uczą oni, że ciemność nie jest niczym innym jak zasłoną ich własnej stworzonej natury, która musi i może – a dzięki Bożemu miłosierdziu zostaje w końcu – uchylona w zaświatach nawet grzesznikom.

„Przyjacielu, zamknij oczy i przyglądaj się temu, co widzisz” – naucza w XIII w. wielki Nadżmeddin Kobra[7], który najdokładniej opisał barwy powracające podczas mistycznych uniesień. „Gdy mówisz mi, że nic nie widzisz, mylisz się. Umiesz bardzo dobrze patrzeć, ale na nieszczęście mrok twojej natury jest ci tak bliski, że przesłania twoje wewnętrzne spojrzenie. Jeśli chcesz zobaczyć i rozpoznać przed sobą światło, to rozpocznij od uwalniania się od twojej natury lub umniejszania jej. Ścieżką, która do tego prowadzi, jest dżihad, a zna­czeniem dżihadu jest całkowite skupienie się na tym, aby odeprzeć lub zgładzić wrogów. Wrogami zaś nie jest nic innego jak twoja własna natura, dusza popędowa[8] i demon twojego ja”. Należy mieć na uwadze, że Kobra nie tworzy żadnej teorii, a już z pewnością nie spekuluje, lecz raczej odmalowuje rzeczywiste, opisane podobnie przez niezliczonych mistyków wywo­dzących się także z innych religii, wydarzenia rozgrywające się pod zamkniętymi powiekami. Dzieje się to więc w ciemności, która może jednak świecić, stąd sufi najwyższego stopnia mówią też o czarnym świetle.

Początkowo, rzecz jasna, postrzeganie mistyczne kieruje się na postaci i przedmioty, które mają swoje źródło w świecie zmysłowym, a więc na morze, deszcz, miasta i krajobrazy, ale równie dobrze na zwierzęta, na psa, lwa itd. – nie inaczej niż w zwyczajnych marzeniach sennych, których tłumaczenie stanowiło samodzielną dziedzinę nauki muzułmańskiej. Potem zaczynasz jednak – nie, nie za pomocą oka, lecz sercem – postrzegać istotę postaci i przedmiotów i w tym właśnie momencie ukazują się barwne zjawiska świetlne. Kiedy własna dusza pojawia się po raz pierwszy przed wewnętrznym okiem, ma ona kolor ciemnoniebieski jak niebo i niczym woda tryska ze źródła. Jeśli dusza jest dobra, jeśli jest zdrowa i czysta, to przynosi jedynie dobro, to dobro, które samo wypływa z naturalnej egzystencji. Kiedy jednak w niższej duszy mieszka demon, chochlik albo bestia, wtedy ukazuje się ona, dokładnie tak jak to opisano w Biblii, jako fontanna tryskająca jednocześnie ogniem i mrokiem – wtedy jest „płacz i zgrzytanie zębów”. Ów demon sam jest nieczystym ogniem zmieszanym z mrokiem niewiary. Nie pomoże ci wtedy podejmowanie dobrych postanowień ani grożenie demonowi: „gdyż Szatan naśmiewa się ze wszystkich twoich gróźb” – zaznacza Kobra, którego tytuł honorowy, Nadżmeddin, w tłumaczeniu brzmi: „Gwiazda religii” – „to, co go odstrasza, to widok światła w twoim sercu”. Oznacza to więc właściwie, że cień jest w samym człowieku, a nie w świecie zewnętrznym. I na odwrót, również szukający[9] jest iskrą światła, którego szuka: ilekroć serce wzdycha do Tronu[10], Tron wzdycha do serca, a w ten sposób się spotykają. Każdy klejnot, który jest w tobie, ma swój odblask w niebie. Ilekroć od ciebie wznosi się światło, światło spływa na ciebie. Ilekroć twoje płomienie buchają ku górze, płomienie zstępują ku tobie. „Kiedy twoja substancja świetlista wzrosła w tobie, to jest ona tym, co przez związek z jej odpowiednikiem w niebie staje się jednością. Wtedy owa substancja świetlista w niebie tęskni za twoim odbiciem, bo to jest twoje światło, które przy­ciąga boską światłość i zstępuje do ciebie. Oto jest tajemnica podróży, która odbywa się w tobie”. W trakcie tej podróży pojawiają się owe wielobarwne zjawiska świetlne,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czy ludzie są z natury religijni?