Subskrybuj
Z wykształcenia ukrainistka i polonistka. Redaktorka, autorka, tłumaczka. Promotorka kultury ukraińskiej. W „Gazecie Wyborczej” producentka i wydawczyni podcastów

Lwów może łączyć

To nie Lwów jest kością niezgody, lecz sposób opowiadania o wspólnej historii polegający na próbie bagatelizowania roli Ukraińców w narracji polskiej bądź Polaków w ukraińskiej. Jednostronne postrzeganie różnych procesów powoduje, że zubażamy znaczenie kulturowe tego miasta.

Pani książka Odwaga i strach rozpoczyna się od daty 18 września 1939 r. Ten moment skupia jak w soczewce kilka ważnych wydarzeń, krzyżuje losy bohaterów i bohaterek oraz miejsca, do których „odwiedzenia” zaprasza Pani czytelników i czytelniczki. Dlaczego ta data jest tak istotna?

Urodziła się wtedy moja mama – to początek mojej prywatnej historii, którą traktuję jako punkt wyjścia do opowiedzenia o lwowskich relacjach. Myślę jednak o tej dacie jak o momencie, w którym na połowie terytorium II Rzeczypospolitej wszystko się zmieniło. Zależało mi na tym, by pokazać skomplikowane losy mieszkańców wschodniej części kraju po wkroczeniu Armii Czerwonej, nie tylko z perspektywy polskiej, prezentowanej np. we Wspomnieniach wojennych Karoliny Lanckorońskiej. Chciałam wyjść poza tradycyjną polską opowieść o Lwowie, o – kolejno – zajęciu miasta przez Armię Czerwoną, aresztowaniach, wywózkach, deportacjach, np. do Kazachstanu… Interesowały mnie losy lwowian, nie tylko Polaków. Dlatego piszę o 18 września 1939 r. m.in. z perspektywy jednej z moich bohaterek – Frydy (Ireny) Lille, pierwszej lwowskiej hematolożki. Jej historia zdaje się niezwykła – pochodziła z biednej żydowskiej rodziny, zdobyła wykształcenie, pozycję w świecie nauki, choć jak wiadomo, lata 30. nie sprzyjały karierze naukowej osób innego pochodzenia niż polskie. Wskutek narastającej fali antysemityzmu Lille musiała zrezygnować z pracy w klinice dziecięcej, utrzymywała się z prywatnego laboratorium analiz. Podobnie jak absolutnie wybitny mikrobiolog i filozof nauki Ludwik Fleck, który także – mimo wielkich osiągnięć – musiał porzucić uniwersytet.

Wykorzystanie tej daty to zabieg skracający dystans między piszącą a czytelnikami i czytelniczkami. Nie otwierałam nią wszystkich rozdziałów, to byłoby zbyt tanim chwytem. Najbardziej zależało mi na tym, by zwrócić uwagę, że wielka historia jest tuż obok nas, na wyciągnięcie ręki. Czasem wystarczy odrobinę zmienić perspektywę, by zobaczyć coś więcej poza własnym bólem i traumą.

W polskiej pamięci dominuje arkadyjski mit przedwojennego Lwowa, na którym budowany jest narodowy sentyment wobec tego miasta (i szerzej pogranicza). Pani przedstawia zupełnie inny typ opowieści o tym czasie i miejscu, który wznosi się ponad łatwe podziały. Odniosłam wrażenie, że jest to rodzaj polemiki czy może weryfikacji stereotypów.

Celem mojego opowiadania o przedwojennym i okupowanym Lwowie absolutnie nie była polemika, lecz przyjrzenie się dokumentom, zestawienie ich z obiegowymi opiniami. Proszę zwrócić uwagę, że np. nie polemizowałam ze wspomnieniami Wszystko, co najważniejsze Oli Watowej, która przypisuje Wandzie Wasilewskiej pomoc przy zwolnieniu z zesłania Stefanii Skwarczyńskiej, wybitnej teoretyczki literatury i polonistki, ani też z autorami, którzy powtarzają za nią tę historię. Po prostu w oparciu o materiały archiwalne wykazałam czarno na białym, że to, co było powtarzanym przez lata pewnikiem, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Zarazem pokazałam też pewien mechanizm uruchamiany przez autorów wspomnień: podążają oni tropem solidarności wynikającej z przynależności narodowej, pomijając wszystkie inne motywacje. Źródła pozwalają to zweryfikować. Aż dziw, że dotychczas nikt tego nie zrobił – oczywiście mam na myśli nie ten konkretny przykład, lecz zestawienie różnych wersji, pewnych sposobów patrzenia na okupację.

W najgłębszym sensie zależało mi na pokazaniu innej wizji dziejów, stworzeniu podstawy do wielowątkowej narracji o Lwowie. W moim przekonaniu narracja narodowa jest szalenie zawężająca, uniemożliwia przyjrzenie się temu, co się działo w wielonarodowym społeczeństwie Rzeczypospolitej. W okresie międzywojennym mniejszości narodowe stanowiły – według różnych obliczeń – od ponad 30% do prawie 40% całej populacji. Nie można tego pomijać.

Co udało się Pani ustalić dzięki takiemu wielowątkowemu oglądowi?

Pokazałam, jak bardzo wątpliwe jest to, co przez lata uznawane było za „oczywistą oczywistość”, np. opinia o powszechnej radości Ukraińców z wkroczenia Niemców do Lwowa. Wszyscy tak mówią. Zadałam sobie pytanie, kim są „wszyscy”. Kiedy zaczęłam zaglądać do dokumentów, a zwłaszcza dzienników, okazało się, że z tego wydarzenia cieszyli się zarówno Polacy, jak i Ukraińcy. Wyjątkiem była społeczność żydowska. Pierwsze kilkadziesiąt godzin, kiedy otwarto więzienia, ujawniło skalę mordów dokonanych przez NKWD w ostatnim momencie przed nadejściem Niemców. Na tym przykładzie widać doskonale, jak Niemcy manipulowali podstawowymi ludzkimi emocjami. Chodziło im o to, by wzmóc nienawiść do bolszewików, utożsamić ich z Żydami, wyłapać agentów i przyspieszyć pochód armii niemieckiej na wschód. W pierwszych numerach wydawanej przez Niemców ukraińskiej gazety współpracę z NKWD przypisywano nie tylko Żydom, ale też Polakom. Okupacyjnym władzom niemieckim, odkrywającym masowe zbrodnie sowieckie czy zbiorowe groby na całym zajmowanym terytorium, nie zależało na uczczeniu pamięci ofiar, po prostu żerowano na ludzkich odruchach, manipulując całymi społecznościami! A społeczność polska i ukraińska dały się na to nabrać, czego przykładem Jedwabne, Lwów, wiele innych miast i miasteczek wschodniej części II Rzeczypospolitej. Szybko jednak owe złudzenia („lepszy sam diabeł niż Sowieci”) prysły. Już w sierpniu co trzeźwiejsi obserwatorzy nie mieli wątpliwości, że nadszedł okres nie mniejszej przemocy.

Przygląda się Pani także splatającym się losom bohaterów i relacjom międzyludzkim przez pryzmat miejsc, np. domu Pani dziadków przy ul. Mącznej, w którym podczas wojny niemiecko-sowieckiej ukrywali się Żydzi. Jak żyje on w Pani rodzinnych wspomnieniach?

Bardzo trudno mi zrekonstruować cechy tego miejsca, ponieważ moja babcia rzadko o nim mówiła. To stanowiło dla niej zbyt dużą traumę, z kolei moja mama niewiele pamiętała. Wiedziała na pewno, że był to mały dom z ogródkiem, w którym nie pozwalano się bawić. Uprawiane tam w czasie wojny warzywa były szansą na przetrwanie. W mieście panował wtedy po prostu głód.

Dziadkowie kupili ten dom tuż przed wybuchem wojny, więc w sumie nie wiązała się z nim rodzinna historia, stanowił raczej miejsce przejęte, zakupione na okoliczność urodzin mojej mamy. Mój dziadek był z zawodu zwykłym urzędnikiem sądowym. Kiedy urodziła się moja mama, miał prawie 60 lat. Zmarł w trakcie okupacji niemieckiej, dlatego myślę, że moja mama mogła go dobrze nie pamiętać. Jednak ten dom stanowił dla niej ważny punkt odniesienia. Była po wojnie we Lwowie tylko dwa razy, za każdym razem szła nie tylko na Cmentarz Łyczakowski na grób ojca, ale i na Mączną.

Miejscem, któremu poświęca Pani bardzo wiele uwagi, jest Instytut Medyczny. To z nim wiąże się jeden z najbardziej wstrząsających momentów w opowieści o międzywojennym Lwowie. Podczas zajęć w pracowni Franciszka Groëra doszło do próby wyproszenia asystentów żydowskiego pochodzenia przez studentów.

Ten epizod unaocznia panującą wtedy atmosferę. Getto ławkowe było rzeczą powszechną, co więcej, dochodziło nie tylko do aktów przemocy symbolicznej, lecz także fizycznej (pobić, a nawet zabójstw). Wśród społeczności żydowskiej, podobnie jak ukraińskiej, panowało przekonanie o całkowitej bezkarności osób, które dopuszczały się przemocy. Notabene, nikt z badaczy nie zadał sobie dotychczas trudu, by zbadać, czy i w jaki sposób przestępstwa te były ścigane. Należy pamiętać, że atmosfera nietolerancji pogłębiała się w latach 30. – można zatem powiedzieć, że mit przedwojennego tolerancyjnego Lwowa jest mocno przesadzony. W okresie po wielkim kryzysie gospodarczym 1929 r. wzmagały się wzajemne animozje, nienawiść rosła, co oczywiście miało podłoże ekonomiczne, ale wynikało także z polityki państwa polskiego wobec mniejszości narodowej, które stworzyło wyraźny podział na obywateli pierwszej (Polacy) i drugiej kategorii (Żydzi, Ukraińcy, Białorusini). Obywatele drugiej kategorii mieli prawa wyborcze, ale do urzędów – a zwłaszcza na wysokie stanowiska – ich nie dopuszczano. Nic więc dziwnego, że ci słabiej wykształceni imali się różnych zajęć. Lepiej wyedukowani pozostawali w wolnych zawodach – byli adwokatami czy lekarzami. Oczywiście w związku z lepszym poziomem wykształcenia zawody te uprawiały przede wszystkim osoby pochodzenia żydowskiego. Ukraińcy zaś swoją energię wkładali w ruch kooperacyjny, którego sukces tak denerwował nie tylko władze, ale i zwykłych polskich obywateli.

Przyjęta przez Panią szeroka perspektywa pomogła dostrzec pewną analogię pomiędzy mordem lwowskich profesorów a aresztowaniem profesorów z Uniwersytetu Jagiellońskiego i Akademii Górniczo-Hutniczej z 6 listopada 1939 r.Sama się dziwię, jak tego mogłam wcześniej nie dostrzec! Eksterminacja polskiej inteligencji była jednym z celów władz okupacyjnych – w ten sposób nie tylko pozbawiano naród potencjalnych przywódców, ale i zastraszano społeczeństwo. Jeśli chodzi o mord profesorów lwowskich, przyjęło się twierdzenie, że współudział w nim mieli ukraińscy nacjonaliści, którzy rzekomo dostarczyli Niemcom adresy profesury czy służyli za przewodników. Rzeczywiście Einsatzgrupy na okupowanych terytoriach posługiwały się wcześniej sporządzanymi przez niemiecką agenturę listami. Wśród agentury zdarzali się także członkowie OUN, ale to nie oni przygotowali listę. Wszystko wskazuje na to, że we Lwowie oparto się na spisie sporządzonym przez doświadczonego agenta Holendra Pietera von Mentena, który znał osobiście większość ze swoich ofiar, a część ich mienia zawłaszczył. Na początku okupacji sowieckiej znalazł się w więzieniu w Stryju, skąd wydostał go jeden z przyjaciół, następnie Menten trafił do Krakowa, pod dowództwo Eberharda Schongarta, szefa policji bezpieczeństwa (SiPo i SD) w Generalnej Guberni, od 3 lipca do 11 sierpnia 1910 r. dowódcy Einsatzgrupy w Galicji Wschodniej. W trakcie pobytu w Krakowie Menten odegrał niechlubną rolę w przejmowaniu pożydowskiego mienia, specjalizując się w dziełach sztuki z antykwariatów. Zawdzięczający mu życie Józef Stieglitz i Franciszek Groër zeznali, że był jedynie niemieckim tłumaczem, choć w rzeczywistości dowodził oddziałem, który wymordował tylko na terenie byłego majątku Mentena kilkaset osób. Dzięki temu fałszywemu świadectwu Menten uniknął odpowiedzialności za popełnione zbrodnie….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Lekcje Baumana