Oko w oko stoję z bólem. Oko w rękę z pustą kartką.
Usiłuję coś napisać. Nie umiem. Tak jak nie potrafię przeczytać żadnej z Twoich książek, odkąd wiem. Co wieczór zaczynam od początku i po kilku stronach zaczynam płakać. Nie ma tam powodów do płaczu, ale jakoś rozłażę się na szwach jak stara sukienka.
Pewnie nie jestem jedyną osobą, która myśli, że odzywała się do Ciebie zbyt rzadko, że to pospieszne rzucone „zdzwonimy się” już nigdy się nie spełni.
Lidko, zła jestem na Ciebie, bo nie o tym, że Ciebie już nie ma, chciałam pisać. Miało być o nokturnach w malarstwie, pewnie nawet chciałam się wymądrzać. Chciałam zacząć od Caravaggia i jego Powołaniu świętego Mateusza z 1599 r. Półmrok, rozświetlony pasmem ukośnego światła – tak to opisują. Miało być o Francisco Goi i jego monumentalnych obrazach, które bez wyjątku są scenami nocnymi. Na przykład te malowane w Domu Głuchego, jego madryckiej posiadłości. Może napisałabym też o Katedrze w Rouen Claude’a Moneta. Albo o którymś z obrazów Whistlera. Pewnie przejrzałabym albumy, poczytała co nieco.
A teraz? Teraz próbuję sobie przypomnieć, jak się poznałyśmy. I nic.
Na pewno ja znałam Cię wcześniej. To z Tobą, dzięki reportażom, wędrowałam taborami, siedziałam przy cygańskim ognisku. To pewnie dzięki Tobie umiałam napisać o Papuszy, łatwiej było ją zrozumieć. Każdy Twój tekst był nagrodą. Nie pamiętam, który przeczytałam jako pierwszy. O Bałutach? Opowieść o Magiku?
Ostatnio Agata Grabowska, autorka wzruszającego reportażu Dzień dziadka. Tadeusz nie mówił od 24 lat, od śmierci żony. Aż poszedł z wnuczką na spacer, napisała na Facebooku do Twojego przyjaciela…