Subskrybuj
Pisarz z Krakowa. Jego powieść Sto dni bez słońca nominowana była do Paszportów „Polityki” 2014; natomiast Fugę nominowano do Nagrody Nike 2013. Ostatnio opublikował Wróżenie z wnętrzności.

W odcinkach: Kostium

Wolę kostium płytki od głębokiego. W kostiumie głębokim o wiele łatwiej utonąć. Widziałem zbyt wiele katastrof, by mu zaufać, choć ciągle mam nadzieję. Płytki bliższy jest nam, a przez to bezpieczniejszy. Tak więc rzadko schodzę głębiej niż w XIX w.

Kostiumy zawsze kroimy na naszą miarę i to świetnie widać w serialach i filmach. Zwłaszcza seriale kostiumowe o wysokich budżetach, pełne scenograficznego przepychu, są areną, na której walczą rozmaite poglądy i przesądy na temat dawnych epok. Oczywiście wszyscy widzowie są ekspertami od historii, świetnie wiedzącymi, jak się w konkretnych czasach ludzie ubierali i wysławiali. Najprostsza strategia realizatorów to przyjąć założenie, że ludzie zawsze są tacy sami, co najwyżej mają inne stroje. Przebiera się więc zadbanych i wydepilowanych aktorów w rekwizyty wybranej epoki i pisze im się dialogi dokładnie takie same, jak gdyby akcja toczyła się dzisiaj. A przecież najbardziej fascynujące to podglądnąć, jak myśleli i rozumieli świat wtedy. To prawda, że emocje były takie same. Ale sposób ich komunikowania już nie. Inne emocje były społecznie dozwolone, inne tłumione, przesuwały się granice wstydu i tego, o czym się nie mówi. Jeśli zatem twórcy serialu zrobią krok dalej i oprócz krawców zatrudnią historyków i antropologów jako konsultantów, może powstać dzieło wybitne. Tu oczywiście zawsze istnieje ryzyko, że wierność wiedzy o danej epoce zerwie więź z widzem: hermetyczna konwencja zachowań, oddana w skali 1:1, może uczynić z bohaterów manekiny. Jak zatem zachować wiarygodność? I co ona tu ma oznaczać? To wąska ścieżka, gdzie z jednej strony dba się o realia epoki – w tym również o różnice antropologiczne i społeczne – ale z drugiej, ciągle gra się ze współczesnością, nawiązuje się dialog z naszym tu i teraz. Historyczność jest zawsze konstrukcją, nieustannym ruchem między minionym a obecnym.

Gdybym miał wskazać serial, w którym tak rozumiana wiarygodność historyczna się udała, to wskazałbym Deadwood. Legenda tego serialu, wedle wielu miłośników kamienia milowego we współczesnej sztuce telewizyjnej opowieści, naznaczona jest niespełnieniem: fabularnie całość jest niedomknięta, realizację przerwano, pozostawiając zarazem niedosyt, jak i przekonanie, że niezrealizowane sezony byłyby największymi osiągnięciami kunsztu serialowego. Ale to, co mamy, pozwala mówić o wielkości. Wymienienie wszystkich zalet Deadwood przekracza ramy objętości tego felietonu. Dlatego muszę uciec w syntezę: bród, smród i Ian McShane jako Al Swearengen. Odkrycie tego aktora, skrytego przez lata w drugich planach i tającego przed widzami charyzmę na miarę Ala Pacino, to wielka zasługa Deadwood. Kiedy McShane wchodzi w kadr, to wszystko inne znika. Wystarczy ruch jego brwi, by scena wokół pustoszała. To rola życia, postać budowana grubymi i cienkimi kreskami przez trzy sezony. Wielki zły i ojciec miasta, alfons i mąż stanu, zwykły rzezimieszek i natchniony kaznodzieja….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Spór o Franciszka