Zeszłoroczny wynik 43. Biennale Malarstwa Bielska Jesień wywołał niemało emocji. Przyznanie głównej nagrody Sebastianowi Krokowi spowodowało lawinę krytyki i pytań o sens oraz znaczenie tak dużych przeglądów malarskich. O ile poprzednia 42. edycja, której laureatką została Martyna Czech, wywołała równie silne emocje, o tyle ta ostatnia przypominała o wymowie popularnego stwierdzenia, że kropla drąży skałę. Co ciekawe, skala krytyki skierowana wobec malarstwa od kilku lat przybierała na sile. Zarzucano mu nieprzystosowanie do języka współczesnej sztuki, sprzyjanie mieszczańskim gustom, a jego estetykę (bądź jej brak) uznawano za wbicie ostatniego gwoździa do trumny. Zdaje się, że po wielu latach oczekiwania na nowego Sasnala malarstwo skazano na powolną śmierć. Paradoksalnie, mimo tych negujących głosów młodzi wcale nie uciekają od malarstwa, a nawet można zaryzykować stwierdzenie, że kiełkuje kolejna generacja zajmująca się tą wiekową i pozornie wyświechtaną dziedziną.
We współczesnej historii polskiej sztuki możemy wskazać kilka wyraźnych mód i tendencji, wokół których ogniskowało się malarstwo. Wystarczy tu wspomnieć nową ekspresję lat 80. XX w., wielki sukces Grupy Ładnie (i oczywiście najpopularniejszego artystę tej formacji – Wilhelma Sasnala), która stanowiła współczesne wcielenie krakowskiej bohemy, bawiącej się, komentującej rzeczywistość w początkach nowego stulecia. Ładniowcy i towarzyszący im twórcy magazynu „Raster”: Łukasz Gorczyca i Michał Kaczyński, doskonale zdawali sobie sprawę, że każde pokolenie potrzebuje swoich nowych, indywidualnych mitów. Ich mitologie budowali właśnie Wilhelm Sansal, Marcin Maciejowski, Rafał Bujnowski, ale także Agata Bogacka, Bartek Materka, Paweł Susid, Anna Okrasko oraz Zbigniew Rogalski. Właśnie to pokolenie twórców wprowadziło do języka malarstwa słowo, ironię, dowcip, ale także życie codzienne. Tworzyło sztukę o życiu swoich sąsiadów, malowało zwykłą banalność raczkujących i wciąż aspirujących „warszawki” i „krakówka”. Mówiło o tematach osobistych: fałszywych przyjaźniach, wzlotach i upadkach, imprezach, ale także wychowywaniu dzieci i powolnym wchodzeniu w dorosłość. Nie bez powodu komiks Sasnala miał tytuł Życie codzienne w Polsce w latach 1990–2001. Z perspektywy lat można zauważyć, tak jak zrobił to Jakub Banasiak w tekście Cóż po artyście w czasie marnym w magazynie „Szum”, że pokolenie to charakteryzowała zwykłość. Artyści nie byli demiurgami stwarzającymi przyszłość ludzkości pomiędzy jajecznicą a kotletem, żyli zwykłym życiem jak tysiące ich rówieśników. „Czasem sztukę trzeba wymyślić od nowa, od samego początku. Od rozglądania się dookoła, rozmawiania ze znajomymi i słuchania muzyki” – pisał wówczas „Raster”. Właśnie to pokolenie artystów doczekało się swojej nazwy – Młoda Sztuka z Polski, które ukuł Paweł Leszkowicz w 2005 r., trochę w nawiązaniu do Young British Artist. Dziennikarzom włosy stawały dęba na wieści o ich sukcesach, tak działo się szczególnie w przypadku Sasnala, gdy ten w 2006 r. znalazł się na pierwszym miejscu listy 100 najważniejszych młodych artystów według magazynu „Flash Art”, ale także dostał prestiżową nagrodę The Vincent Award, przyznawaną przez Stedelijk Museum w Amsterdamie. Ta symboliczna chwila była znamienna dla historii polskiej sztuki współczesnej. Sukces Sasnala, który już w 1999 r. został laureatem wspomnianej Bielskiej Jesieni, przewartościował peryferyjne pole polskiej sztuki. W tym czasie przestrzeń instytucjonalna zaczęła się profesjonalizować, pojawiały się prywatne galerie sztuki, nowe pokolenie kolekcjonerów, na znaczeniu zyskiwały także nieznane dotąd kanały dystrybucji informacji.
Przeczytaj też:
Tekst Marty Lisok o młodych śląskich artystach
Rozmowę Marty Lisok z Natalią Bażowską
Kolejną istotną formacją dla kształtowania języka współczesnego malarstwa byli „zmęczeni rzeczywistością”. Fraza ta od samego początku wzbudzała zainteresowanie. Chwytliwa, zgodna z myślą Augusto Monterroso, że wystarczy kilka wyrazów, by przykuć uwagę czytelnika. Kim byli, kim są owi „zmęczeni rzeczywistością” – już sama nazwa odsyła nas w grząskie rejony wyobraźni, poetyki horroru i snu, ale także czucia, przeżycia i innych romantycznych paradygmatów. Odczytując samą tę nazwę, możemy odnieść wrażenie, że właśnie przekroczyliśmy granicę naszego świata i wyruszyliśmy w stronę nieznanego. „Zmęczeni rzeczywistością” to malarze sięgający po – wydawało się – nieobecną w polskiej sztuce manierę surrealizmu. To artyści „czucia i wiary”, lokujący się na przeciwnym do znanego wcześniej bieguna sztuki obszarze. Nie byli zainteresowani codziennością, nie chcieli komentować otaczającego ich świata. Jakuba Ziółkowskiego, Tomka Kowalskiego, Tymka Borowskiego, Piotra Janasa bardziej intrygowały wyprawy do często ciemnych obszarów wyobraźni. Wydeptane przez nich ścieżki pachniały szlamem, krwią, pełno w nich było pęknięć, ran, strupów, spotykanych po drodze mrowisk tajemniczych postaci i wręcz abiektalnej cielesności. Uwagę w tym malarstwie przykuwał bez wątpienia duży potencjał dziwności, fantastyczności, opowieści ukrytych niczym w opowiadaniu Chiny Miéville’a Szczeliny w szparach pozornie spokojnego świata. Po ponad 20 latach wysiłku modernizacyjnego do głosu powróciły „strachy z szafy”. Obecność tego fantazyjnego imaginarium stała się formą powrotu do retoryki skrajnego indywidualizmu, szaleństwa i baśniowości w wydaniu braci Grimm. Tym samym malarstwo dla artystów „zmęczonych rzeczywistością” przestało być przestrzenią zapisu codzienności, która nie była dla nich atrakcyjna. Malarstwo stało się dla nich metaforą pokolenia niezdolnego do użycia postulowanych przez Artura Żmijewskiego Stosowanych sztuk społecznych, ale czerpiącego przyjemność z okopania się w swoich światach. I może także rozczarowania współczesnym życiem.
Kulturalna pustynia
Mówiąc o rozczarowaniach polskiej rzeczywistości, trudno nie wspomnieć o Górnym Śląsku. To właśnie tutaj przez wiele lat mieliśmy do czynienia z ekonomiczną i, wynikającą z niej, społeczną zapaścią. Zanim w 2016 r. władze Katowic podjęły się starań o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, w szerszej świadomości Polaków pokutowało przekonanie o kulturalnej pustyni w tym regionie. Jednak wystarczyło odrobinę poszukać, by natrafić na ciekawe i dość mocno undergroundowe postawy artystyczne, które przez wiele lat kształtowały to miejsce. Już rok po śmierci Stalina zawiązuje się tu awangardowa formacja artystyczna St-53. Jej inspiracje ogniskowały się wokół Juliana Przybosia i Władysława Strzemińskiego. Jednak, jak to zwykle bywa z tego typu grupami, w pewnym momencie musiało dojść do rozłamu. Wówczas to ikoniczne postaci dla śląskiej sztuki nowoczesnej – Urszula Broll i Andrzej Urbanowicz – zainicjowały własną działalność artystyczną. Będąca przez wiele lat ich siedzibą pracownia Urbanowicza przy ul. Piastowskiej 1 w Katowicach stała się na długi okres mekką śląskiego (i nie tylko) środowiska artystycznego. Tutaj spotkali się Zdzisław Beksiński, Jerzy Lewczyński, Anna Keyha czy Allen Ginsberg. Artyści skupieni wokół Urbanowicza i Broll przyjęli nazwę Oneiron i w przeciwieństwie do kolegów z St-53, wyruszyli w podróż w bardziej oniryczne i mistyczne krainy.
Z perspektywy czasu ta fascynacja nieznanym, mrocznym, ezoterycznym i tajemniczym wydaje się znacznie bliższa kulturowemu dziedzictwu Górnego Śląska niż pozytywistyczne przekonanie o XIX-wiecznym cudzie węgla i kopalń.
Trzeba pamiętać, że fenomen gospodarczy Śląska – boom na nowe kopalnie, fabryki, przemysł ciężki zbiega się z dość intrygującym czasem przemian w świadomości. XIX w. to ostatni moment, który poetycko można by nazwać okresem, gdzie wciąż było miejsce dla magii i zjaw. Wystarczy tu wspomnieć historię o Karolu Goduli, magnacie przemysłowym, który swój majątek podobno zawdzięczał kontaktom z diabłem, wcześniejszych śląskich mistykach – Jakubie Böhmie, Angelusie Silesiusie, Danielu Czepko, czy współczesnej Grupie Janowskiej, których można śmiało nazwać górniczymi mistykami. To właśnie oni za sprawą fascynacji Teofila Ociepki włączali do swoich obrazów niezwykłe, nierealne elementy. Doskonale widać to na przykładzie Erwina Sówki, który łączył z zadziwiającą łatwością śląski folklor z hinduizmem czy ezoteryką.
Konglomerat pozornych sprzeczności: fascynacji awangardą, mistyką oraz piętnem i bolączkami transformacji 1989 r. zaowocował, jak zauważył Piotr Policht na łamach Culture.pl, „bodaj najciekawszym ośrodkiem, jeśli idzie o współczesne malarstwo”.
Czy w tym przypadku, podobnie jak Grupy Ładnie, możemy mówić o pokoleniu młodych malarzy? Większość z najbardziej aktywnych przedstawicieli tej grupy urodziła się w poł. lat 80. i na początku 90. XX w. Okres ich dorastania przypada na moment ambiwalencji polskiej kultury. Jeśli wierzyć socjologom, jest to ostatnie analogowe pokolenie, które Internetu musiało się dopiero nauczyć. Ich rodzice często pracowali jeszcze w niezamkniętych kopalniach, gdzie wcześniej byli zatrudnieni ich ojcowie i ojcowie ich ojców. Ich sposób myślenia kształtowała też kultura masowa, niby biegali po zarastających z każdym rokiem coraz bardziej torach kolejowych, ale w zaciszu domu wzdychali do gwiazd popkultury. W cieniu fascynacji lokalnością na Górnym Śląsku warto wymienić tu kilka postaci w kontekście rozwoju młodego malarstwa: Andrzeja Tobisa, Szymona Kobylarza, Dominikę Kowynię, Grzegorza Hańderka, i osoby związane z instytucjami sztuki: Martę Lisok, Adriana Chorębałę, Stacha Rukszę, Sebastiana Cichockiego. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że miały one znaczący wpływ na kształtowanie się sukcesu śląskiej sztuki współczesnej.
Alfabet śląskiego malarstwa
Andrzej Tobis to artysta, który przez wiele lat realizuje swój monumentalny projekt „A-Z Gabloty edukacyjne”. Działanie Tobisa polega na tworzeniu gigantycznego zbioru fotografii, które ilustrują dość mocno złożone hasła wydanego w NRD w latach 50. słownika niemiecko-polskiego. Właśnie z jego pracowni, gdzie asystenturę pełni wspomniana tu także Dominika Kowynia, wyszły najbardziej znane „Dzikusy”. Termin ten zastosowała w odniesieniu do młodej śląskiej sztuki kuratorka Marta Lisok, związana z katowickim BWA. To właśnie tam, głównie w tzw. Małej Przestrzeni, swoje instytucjonalne szlify zdobywali: Bartek Buczek, Szymon Szewczyk, Natalia Bażowska, Paweł Szeibel czy Daria Malicka, Kinga Bela, Alicja Boncel. Nie można tu także pominąć wkładu Adriana Chorębały i animowanego przez niego Ronda Sztuki, galerii katowickiej ASP usytuowanej naprzeciwko ikonicznego Spodka. Dzięki działaniom Grzegorza Hańderka wielu studentów jeszcze w okresie nauki na ASP zaistniało ze swoją twórczością poza murami uczelni. I oczywiście nie można tu pominąć Szymona Kobylarza – jednego z pierwszych absolwentów katowickiej uczelni, który niejako przetarł szlak swoim młodszym kolegom i obecnie pracuje w macierzystej ASP. Z kolei Sebastian Cichocki, Stach Ruksza, ale także Roman Lewandowski to kuratorzy, których dyrektura w bytomskiej Kronice przyczyniła się bez wątpienia do zaistnienia w szerszym kontekście i świadomości Górnego Śląska jako obszaru intrygującego, także pod względem sztuk wizualnych.
Artystyczny ferment zaczyna się od powołania do życia grupy. Czymś takim na Górnym Śląsku w ostatnich latach bez wątpienia była Ośmiornica. W skład tego tajemniczego kolektywu wchodzili: Bartek Buczek, Szymon Kobylarz, Maciej Nawrot, Michał Smandek, Michał Gayer i Marta Lisok. Grupa wytworzyła aurę niejasności – nie wiadomo tak do końca, co ich łączyło, jakie mieli postulaty i czy w ogóle takowe posiadali. Podobno każdy z członków miał wytatuowany na ciele symbol – ośmiornicę. „Po roku grupa, z powodu następnych napięć, się rozpadła (dając początek nowym plemionom)” – wspomina po latach Bartek Buczek. Trudno jednoznacznie zakwalifikować twórczość tego artysty. To po trosze performer, rzeźbiarz, malarz. Bez wątpienia Buczka pociąga niebezpieczeństwo – jedna z wystaw, w której brał udział z Radkiem Szlagą, miała tytuł Prawie pożarł mnie tygrys, co doskonale odzwierciedla jego fascynacje. Sam wielokrotnie podkreślał, że nie interesują go postaci superbohaterów, woli łotrów, złoczyńców, tricksterów i szubrawców. W skonstruowanym artystycznym uniwersum wciela się w postać tajemniczego chłopaka w kapturze. To właśnie on staje się jednym z bohaterów jego prac, chowa do plecaka kartę USB…