Osobiście uważam, że słuszność jest po pani stronie: przemoc to obrzydlistwo.
Swidrygajłow do Duni Raskolnikow
Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara (1866)
Skupiając się na naszej misji i dostarczając wspaniałych usług, wierzymy, że długoterminowo wytwarzamy największą wartość dla naszych udziałowców i partnerów
Mark Zuckerberg, twórca i CEO Facebooka (2012)
Kto wie, czy największy przełom w rozumieniu zjawiska przemocy nie nastąpił za sprawą niemieckiego socjologa Maksa Webera, który w pracy Polityka jako zawód i powołanie zdefiniował państwo jako monopolistę w dziedzinie przemocy fizycznej. „Państwo jest taką wspólnotą ludzką, która w obrębie określonego terytorium (…) rości sobie (z powodzeniem) prawo monopolu na wywieranie prawomocnej przemocy fizycznej”[1]. W świecie nowoczesnym jednostka nie ma już prawa stosować przemocy i dlatego nowoczesność jest także źródłem rozszczepienia, którego nie znał świat przednowoczesny. Od Homera do Schillera znany z literatury samotny mściciel łatwo znajdował swój odpowiednik w życiu codziennym, ale nowoczesna dominacja państwa, posiadającego wyłączny przywilej stosowania przemocy, dokonała w wieku XIX odseparowania rzeczywistości, w której jednostka pod żadnym pozorem nie może używać przemocy wobec innej jednostki, od marzenia, w którym samotny rewanżysta dokonuje naprawy zaburzonego ładu tam, gdzie państwo zawodzi[2]. Klasyczny western np. należy do epoki wczesnonowoczesnej wyobraźni, albowiem nie ma w nim nadrzędnej państwowej struktury politycznej, która wzorowo wywiązywałaby się z dyscyplinowania przestępczości, i dlatego potrzebny jest dodatkowy element – nieustraszona jednostka, której moralna wyższość pozwala stać ponad prawem i to prawo jednocześnie reprezentować. Tak rozumiany western ma się znakomicie do dziś i stanowi główne paliwo fantazji hollywoodzkich, których głównym celem jest podtrzymywanie złudnego przekonania, że jednostka w świecie dzisiejszym może więcej niż bezosobowa władza.
Rambo ze Stallone, Szklana pułapka z Willisem oraz Uprowadzona z Neesonem (by pozostać tylko przy trzech różnych wersjach tego samego scenariusza z różnych dekad) pokazują dobitnie w kolejnych odcinkach, że figura samotnego mściciela, głęboko zakorzeniona w kulturze archaicznej, przechodzi na służbę ideologii w świecie, w którym przemoc indywidualna została całkowicie wyjęta spod prawa przez państwo.
Im głębsza wiara w samotnego rewanżystę, który reprezentuje wszystkie pokrzywdzone jednostki w krainie fantazji, tym mocniejsza jest dominacja scentralizowanego aparatu władzy w rzeczywistości. Filmowa fantazja obiecuje to, czego nie może dać rzeczywistość, podtrzymując jednocześnie nieusuwalną różnicę między obydwoma sferami życia.
Usankcjonowane politycznie rozdzielenie fantazji i rzeczywistości (w fantazji można robić to, czego nie można robić w rzeczywistości) przeniosło przemoc jednostkową w świat wyobrażeń, za pomocą których naprawiamy deficyt przemocy w życiu publicznym. Jeżeli wyłącznie państwo ma monopol na przemoc, jak twierdzą za Weberem wszyscy ministrowie spraw wewnętrznych[3], to tym samym wybór, przed którym stoi jednostka zafascynowana przemocą, jest następujący: albo stanie się realnym przestępcą, który łamie zakaz nałożony przez państwo (w sferze publicznej), albo odda się władzy fantazji (w sferze prywatnej). Tak czy owak, podział na sferę publiczną i sferę prywatną zostanie podtrzymany, a podział ten sam w sobie, wynaleziony i umacniany wraz z rozwojem cywilizacji mieszczańskiej (jak zwykło się przyjmować za Habermasem)[4], jest jednym z ważniejszych powodów znerwicowania kultury nowoczesnej[5]. Władza nowoczesna, uznająca i uzasadniająca tylko własną przemoc, albo penalizuje każde inne użycie przemocy, albo pozwala jej się schronić w prywatnych fantazjach, do których z zasady nie zagląda.
Fantazja: psychozy i nerwice
Według jednego, najbardziej rozpowszechnionego, rozumienia fantazja jest filtrem ochronnym przed rzeczywistością, która jest zbyt brutalna, by można ją było znieść. Jednostka chętnie lgnie do świata fantastycznego, gdyż nie za dobrze odnajduje się w świecie realnym, gdzie dominuje brak satysfakcji lub realna groźba fizyczna. Fantazja znakomicie rekompensuje brak zadomowienia w codziennej egzystencji lub niski poziom społecznego uznania i obłaskawia momenty symbolicznej pustki. Tak rozumiana fantazja oddziela starannie porządek wyobrażenia i porządek rzeczywistości: to, co się dzieje w fantazji, nie ma żadnego związku z tym, co się dzieje w świecie aktualnym i dzieje się właśnie dlatego, że związki między tymi dwoma porządkami są kompletnie zerwane. Jeśli fantazja jest zamiast rzeczywistości, to widowisko przemocy, w którym bierze się udział w wyobraźni (lub na porozstawianych wszędzie ekranach), odgrywa się dlatego właśnie w świecie zmyślonym, że nie może się odegrać realnie. Tak pojętą fantazję nazwiemy psychotyczną, zgodnie z intuicją Freuda[6], który psychozy charakteryzował jako zakłócenie relacji między „ja” i rzeczywistością, zakłócenie, które pod wpływem jakiejś traumy (a traumą jest zawsze nadwyżka negatywnych bodźców zewnętrznych, których psychika nie umie przerobić na znaczenie) powoduje stworzenie rzeczywistości alternatywnej, gdzie „ja” bezpiecznie się odnajduje, kreując liczne mechanizmy zabezpieczające przed wtargnięciem świata realnego. Przyjmuje się, że w fantazji psychotycznej, jako że nie ma do niej dostępu rzeczywistość, rozkoszowanie się przemocą jest niegroźne dla otoczenia, choć oczywiście fatalne dla jednostki, która traci zaczepienie w świecie realnym i pogrąża się w otchłani niekomunikacji, jak wszyscy uzależnieni od pornograficznej i wojennej przemocy, lejącej się nieprzerwanymi strumieniami z ekranów telewizorów i komputerów.
Tak rozumianej fantazji psychotycznej można przeciwstawić, znów dzięki Freudowi, fantazję nerwicową. Nerwice Freud charakteryzował jako napięcie między „ja”, czyli rozumną częścią naszej psyche, i namiętnościami, które starają się wedrzeć do „ja” i je zdominować. „Ja” na takie wtargnięcie nie pozwala, wobec czego niebezpieczne namiętności – jak fascynacja przemocą np., która jest tym intensywniejsza, im radykalniej jest potępiana w sferze publicznej zostają ze świadomości wyparte i tylko czekają w utajeniu, by ze zdwojoną energią zaatakować świadomość. Znerwicowana jednostka nie usuwa się biernie ze świata (jak jednostka psychotyczna), ale walczy sama ze sobą, ze swoimi namiętnościami i popędami i stara się za wszelką cenę przed swoimi namiętnościami uciec. Niestety, z rzadka się to jej udaje i życie tego nieudanego uciekiniera z własnej rzeczywistości jest ciągłą walką z tym, czego uznać nie chce. Nerwicowa fantazja nie chce uznać, że fascynacja przemocą jest najgłębszym pragnieniem jednostki, i udaje, że problem w ogóle jej nie dotyczy. Tym samym staje się łatwo jej ofiarą, gdyż namiętności wyparte wracają, jak wiemy, ze wzmożoną siłą i w pewnym momencie stają się nieodpartym motorem działania.
Psychotyk nie jest groźny dla otoczenia, gdyż zdecydował się zamieszkać w osobnej rzeczywistości, z której przejścia do świata nie ma. Jego szanse powrotu do rzeczywistości zamieszkanej przez innych są minimalne i zwiększenie produkcji filmowej przemocy musi powodować intensywną psychotyzację społeczeństwa, która – jak sugerowałem wcześniej – poprzez trzymanie pragnień jednostki z dala od życia publicznego jest gwarantem trwania politycznego status quo.
Co innego z fantazją nerwicową. Tu toczy się ciągła walka o uznanie wewnątrz „ja”, które albo z własnej woli, albo pod wpływem otoczenia (trudno jedno od drugiego odróżnić) nie chce się przyznać przed sobą do fascynacji przemocą. W ten sposób pozornie bezbronne fantazjowanie o przemocy staje się możliwym scenariuszem przyszłego działania, gdy namiętności, nazbyt długo trzymane w resentymentowym szachu, zastępują racjonalną ocenę rzeczywistości. To właśnie fantazje nerwicowe produkują mass shooters, którzy „ni stąd, ni zowąd” (według oceny najbliższych i sąsiadów) pakują do torby cały arsenał broni maszynowej i jadą do szkoły, kina, kościoła albo na koncert dać upust długo wypieranej namiętności. Tak jak psychotyczne fantazje prowadzą do rosnącej liczby samobójstw, czyli obrócenia sił destrukcji przeciwko zaszpuntowanej w sobie jednostce[7], tak fantazje nerwicowe szukają ujścia przemocy na zewnątrz i znajdują ją łatwo w aktach społecznej agresji.
Projekcja destrukcji
No dobrze, skąd jednak w ogóle fascynacja przemocą się bierze? Stąd, że przemoc jest obietnicą bezpośredniej, a przez to skutecznej, interwencji w wadliwym – niebezpiecznym, niezrozumiałym, niewygodnym – porządku świata. Mąż bije żonę, bo zupa była za słona. Matka bije dziecko, bo nie daje jej spokoju i ciągle płacze. Dziecko bije inne dziecko, bo wygląda inaczej, albo torturuje psa, bo tak mu się podoba. Biały bije (albo zabija) czarnego, nazista Żyda, Serb bośniackiego Muzułmanina, bo ten drugi stoi od pierwszego niżej w hierarchii stworzenia i jest błędem do wyeliminowania w wadliwie skonstruowanej rzeczywistości. Ten drugi – bity, maltretowany, torturowany, zabijany – zawsze przeszkadza w przyjętym rozumieniu świata, bo jest obcym wtrętem, podczłowiekiem, ohydnym zwierzęciem. Purytańscy misjonarze widzieli w czarnoskórych niewolnikach dzikie bestie, które należy traktować jak zwierzęta. Raskolnikow rozbija siekierą głowę starej lichwiarki, bo była dla niego pasożytem („Przecież zabiłem tylko wesz, Soniu”), naziści postanowili wytępić Żydów, bo byli dla nich groźną bakterią, Hutu wymordowali setki tysięcy Tutsi, bo widzieli w nich karaluchy. Wytępienie nieludzkiego elementu uzasadnia przemoc, jaką ludzie stosują wobec innych ludzi[8].
W porządku, ale dlaczego? Na to pytanie próbował odpowiedzieć Freud i warto się jego rozumowaniu przyjrzeć, szczególnie dlatego że na tym obszarze panuje wiele nieporozumień[9]. Freud wychodzi od energetycznego rozumienia psychiki. Nasza psyche to suma niestałych energii, czemu przyświadczy każdy, kto raz w życiu cierpiał na wahania nastrojów. Nie przypadkiem „wybuchamy”, kiedy dla energii tej brakuje już miejsca w naszym organizmie, i nie przypadkiem jesteśmy „w depresji”, gdy ta energia się wyczerpuje. Dla energii tej Freud rezerwuje miano popędu i odróżnia dwie grupy popędów. Jedna z tych grup związana jest naszymi namiętnościami, które nieustannie podtrzymują nas przy życiu i chcą, żeby nasze życie nie ustawało. Jasne jest, że popęd seksualny jest głównym popędem w tej grupie, albowiem życie seksualne, które jest środkiem reprodukcji, zmierza do podtrzymania gatunku, który reprezentujemy. Popęd seksualny nie jest „nasz”, ale wspólny i dlatego podtrzymanie życia dzięki niemu obrócić się musi jakoś przeciwko „ja”. Eros, sugeruje Freud, jest wspaniały, ale nie wspaniałomyślny. Ocala gatunek, ale niszczy jednostkę, z czym zaciekle walczył już Schopenhauer. Z tego powodu druga grupa popędów stara się zachować „ja” kosztem gatunkowego przeżycia. „Ja”, instancja rozumna i zrównoważona, jest przeciwko swoim namiętnościom, albowiem te znajdują się na służbie tego, co wykracza poza granice „ja”, które stara się za wszelką cenę tych granic bronić. Nic więc dziwnego, że choć „ja” kieruje się „zasadą rozkoszy”, to jego celem jest śmierć. Brzmi to dziwnie, lecz oparte jest na prostym, logicznym rozumowaniu. Jeżeli nasza energia seksualna – eros – troszczy się o nasze życie na poziomie gatunku, nie zaś na poziomie jednostkowym, zaś tym, co walczy z nią, jest „ja”, któremu zależy na nim samym głównie, to jasne jest, że „ja” nie może kierować się imperatywem życia. Czym więc? Imperatywem homeostazy, czyli ustalenia stałego, niższego poziomu energii, z którego wszelkie „wyskokowe” wydatki energii zostaną wykluczone, w związku z czym „ja” upodobni się do materii nieożywionej. Mówiąc najprościej, Freud uważał, że „ja”, czyli rozumna część ludzkiej psychiki, dąży do zamrożenia swej seksualnej aktywności, gdyż ta robi za dużo niepotrzebnego hałasu. Ideałem „ja” jest życie uspokojone, bez ekscesów, bo tylko ono zapewnia „ja” rozkosz, którą Freud definiuje, wbrew potocznej opinii, nie jako mnożenie bodźców, lecz jako ich brak. „Dążenie do rozkoszy to dążenie do braku podniet”, te bowiem prowadzą nas poza nas i stawiają naszą rozumność w stanie permanentnego zagrożenia. Dlatego „ja” stara się za wszelką cenę przerobić naddatki energii, które dostaje od erosa, na inne cele i w ten sposób dokonuje sublimacji. Energia seksualna zostaje „pohamowana” wewnątrz samego „ja”, które przekierowuje ją w inną stronę. Sublimacja jest deseksualizacją erosa, mówi Freud, a my wszyscy rozumiemy to tak, że wstrzemięźliwość seksualna rekompensowana jest w sztuce, dzięki czemu jedni sztukę wynoszą ponad wir życiowych trosk, drudzy zaś wyzywają artystów od impotentów.
Według Freuda w nas samych, w naszym „ja” – jak w najprostszej komórce życia organicznego – toczy się ostra walka. Energia seksualna jest po stronie życia i parcia naprzód, czemu sprzeciwia się egotyczna „zasada rozkoszy”, czyli hamowania bodźców. Libido, czyli energia seksualna, stara się za wszelką cenę pozbyć popędów destrukcyjnych (ujawnianej przez „ja” tendencji do wyciszania życia) i gdy zyskuje przewagę, udaje się mu popęd do zaniku biologicznej aktywności wyprowadzić na zewnątrz organizmu. Tu właśnie według Freuda rodzi się przemoc i trzeba ten moment precyzyjnie zinterpretować, bo sam Freud miał tu wiele wątpliwości i zastrzeżeń, gdyż wnioski, jakie się narzucają, są ryzykowne.
Przemoc w tej perspektywie wynika z odprowadzenia popędu destruktywnego przez libido. Jest więc, po pierwsze, środkiem ochrony życia gatunkowego przed samozachowawczym instynktem „ja”, które jest samolubne i chce przede wszystkim, żeby nikt mu nie przeszkadzał w błogim istnieniu. Jeśli więc celem libido jest przezwyciężenie samolubnych, autodestrukcyjnych popędów „ja” i obrona życia przeciwko śmierci, to powinniśmy być wdzięczni naszemu libido, naszej energii seksualnej, za trzymanie nas z dala od naszego „ja”. Ale „ja” trudno oddzielić od libido, bo biologia według Freuda nie jest odseparowana od rozumności. Jeśli więc „normalna” eksterioryzacja naszej biologii szkód w świecie nie powoduje, a wręcz przeciwnie, poza przyjemnością daje nam szansę przetrwania dzięki transmisji genów, to przepuszczenie jej przez filtry „ja” „zaraża” ją popędem śmierci, który wyprowadzony na zewnątrz, staje się agresją wobec innych. Wniosek, jaki się tu nasuwa, brzmi trywialnie prosto: życie seksualne broni nas przed śmiercią. Ale w przełożeniu na dyskurs o przemocy hipotezy Freuda nabierają innego, znacznie bardziej złożonego znaczenia. Otóż przemoc nie jest, jak się najczęściej uważa, ślepa, ślepe są raczej nasze seksualne popędy, bo wynikają z biologicznej potrzeby gatunku. Przemoc nie pochodzi z naszych „niskich”, zwierzęcych popędów, ale z ich przepuszczenia przez egotyczne filtry naszej psychiki. Dlatego badacze są zgodni co do tego, że zwierzęta nie używają przemocy, człowiek zaś jest najniebezpieczniejszym zwierzęciem[10] nie dlatego, że ma w sobie animalistyczną przeszłość, ale dlatego, że się tej przeszłości za bardzo chce wyprzeć. To właśnie to wyparcie każe mu, na zasadzie odwróconej projekcji, dehumanizować innych i zmieniać w karaluchy, wszy, psy, tworzące przeszkodę w prostej wizji świata, opartej na niezakłóconej dominacji ego, które bojąc się własnej śmierci, chce doprowadzić do śmierci innych.
Uwewnętrznienie teatru wojny
A jednak główne teorie rozwoju cywilizacyjnego poszły za całkowicie odmienną i – mam wrażenie – uproszczoną interpretacją Freuda. Najlepszym przykładem jest często w wieku XX formułowana teza, według której cywilizacja to nic innego jak udana represja namiętności. Najwyraźniej, i w sposób najbardziej wpływowy, stanowisko takie sformułował niemiecki socjolog Norbert Elias, którego dzieło O procesie cywilizacji z roku 1939 położyło podstawy pod rozumienie cywilizacji jako zbawiennej represji[11].
Rozwój cywilizacyjny według Eliasa polega na tym, że człowiek stopniowo zaczyna panować nad swoimi namiętnościami dzięki temu, że wchodzi w system złożonych interakcji z innymi ludźmi, zwanych społecznymi konwencjami. Im więcej konwencji, mówi Elias, tym mniej przemocy, im więcej grzeczności, tym mniej agresji.
Dzięki temu życie staje się „bardziej bezpieczne, ale zarazem też mniej afektywne, mniej dostarcza okazji do bezpośredniego wyładowania namiętności” (507). Postęp nowoczesnej cywilizacji polega więc na zawieszaniu sieci złożonych zapośredniczeń, w które schwytana jest jednostkowa gra namiętności. „Życie w ośrodkach tej sieci powiązań – pisze Elias – wymaga większego samoopanowania, ustawicznego tłumienia afektów i regulacji popędów” (512). Bez wątpienia mówimy tu o nowoczesnym społeczeństwie dyscyplinującym, w obrębie którego surowo karane jest spontaniczne dawanie ujścia namiętnościom. Od niewinnego z pozoru „zakłócania porządku publicznego” po akty niekontrolowanej agresji rozciąga się skala afektywnych zachowań surowo karanych przez społeczeństwo nowoczesne. Co jest w takim razie ważniejsze: wolność czy bezpieczeństwo? Z afektywnego punktu widzenia sprawa jest rozstrzygnięta. Poczucie bezpieczeństwa jest tak cenną zdobyczą cywilizacyjną, że trzyma ona w szachu imperatyw wolnej ekspresji jednostki. Dowodzi tego w oczywisty sposób tzw. sprawa Snowdena[12]. Jak wszyscy pamiętają, Edward Snowden to pracownik Narodowej Agencji Bezpieczeństwa (NSA), który w 2013 r. ujawnił tajne metody nadzoru obywateli stosowane przez tę rządową agencję amerykańską. Z puntu widzenia państwa Snowden jest przestępcą, albowiem państwo ma obowiązek zawiesić swobody obywatelskie (do których należy w Ameryce wolność od interwencji państwa w życie prywatne), gdy w grę wchodzi niebezpieczeństwo spowodowane terroryzmem. Jeśli przyjmiemy, że przemoc przejawia się nie tylko w biciu czy zabijaniu, lecz także w „przejęciu kontroli nad innym człowiekiem bez jego zgody” (takie rozumienie przemocy pozwala poszerzyć jej zakres poza fizyczne użycie siły), to inwigilacja prywatnej komunikacji Amerykanów bez ich pozwolenia jest niewątpliwie przejawem przemocy państwa nad jego obywatelami. Przemocy, dodajmy, uzasadnionej, albowiem, jak wiemy, państwo rezerwuje dla siebie wyłączny przywilej stosowania przemocy, gdy w grę wchodzi zagrożenie jego istnienia. Cywilizacja ceni bezpieczeństwo swoich podmiotów nade wszystko, nawet bardziej niż prawdę, o którą dopominają się zwolennicy Snowdena, zapominający o tym, że ujawnianie prawdy (casus WikiLeaks) idzie często w parze z wydawaniem zdekonspirowanych agentów na łatwy łup politycznych wrogów. Z tego punktu widzenia rację mieliby ci, którzy w przedkładaniu prawdy nad bezpieczeństwo upatrują gestu obróconego przeciwko cywilizacji.
W epoce nowoczesnej siatka zależności społecznych stała się tak gęsta, że bezpośrednie odprowadzenie jednostkowych emocji nie jest już ani możliwe, ani tolerowane. W efekcie – i tu pojawia się psychologiczne podłoże teorii o cywilizacyjnym postępie – „teatr wojny zostaje w pewnym sensie zinterioryzowany” (507–508). Oznacza to, że cywilizacja z jednej strony obezwładnia chęć wyładowania emocji, dzięki czemu przestrzeń publiczna wolna jest od jednostkowej przemocy, z drugiej jednak – powoduje ich zakleszczenie w kipiącym od ich nadmiaru człowieku. Jeśli wziąć pod uwagę to, że życie nowoczesne, zwłaszcza pod wpływem postępującej urbanizacji, nie eliminuje emocji, lecz je potęguje[13], musimy dojść do wniosku, że rozwój cywilizacyjny redukuje wprawdzie przemoc zewnętrzną, lecz jednocześnie zwiększa, by tak rzec, przemoc wewnętrzną, czego dowodem jest systematycznie wzrastająca ilość zachorowań na nerwice. Jeśli, jak podaje National Alliance on Mental Illness, jedna na pięć osób w Ameryce cierpi na jakąś formę zaburzeń psychicznych[14] (co daje populację większą niż cała Polska), jasne jest, że w tak zaawansowanym cywilizacyjnie kraju represja przemocy musi przysparzać wielu niewygód, których poluzowanie kończy się od czasu do czasu masakrą w wielkim stylu.
W stronę aniołów?
Mimo sporadycznych zgrzytów w dobrze naoliwionej maszynie cywilizacja idzie naprzód, a postęp, wbrew powszechnemu malkontenctwu, istnieje i daje się zmierzyć. Z każdym rokiem ubywa na świecie analfabetów (jest ich już tylko na świecie 15% całej populacji, choć pół wieku temu stanowili oni większość ludzi na Ziemi), mniej ludzi żyje w skrajnym ubóstwie (czyli za mniej niż dwa dolary dziennie), każdego dnia 325 tys. ludzi więcej ma dostęp do prądu, a 300 tys. do pitnej wody. Od 1990 r. 100 mln dzieci zostało uratowanych dzięki rozmaitym szczepionkom i profilaktyce, a średnia długość życia w takim państwie jak Etiopia wzrosła przez ostatnie pół wieku o 100% od 33 lat do 65[15]. I wreszcie, co najważniejsze, „mniej jest na świecie przemocy”.
Tak brzmi główna teza bestsellerowej książki psychologa z Harvardu Stevena Pinkera, a jej tytuł – Zmierzch przemocy. Lepsza strona naszej natury (The Better Angels of Our Nature: Why Violence Has Declined)[16]– sugeruje, w którą stronę zmierza zachodnia cywilizacja. Cóż takiego sprawiło, że ewolucja naszego gatunku biegnie po trajektorii zmniejszającej ilość przemocy stosowanej wobec człowieka przez człowieka? Pinker wyróżnia sześć głównych tendencji. Po pierwsze, było to przejście od anarchicznego społeczeństwa łowiecko-zbierackiego do osiadłego społeczeństwa rolniczego zdolnego do zakładania miast, prowadzenia handlu między poszczególnymi grupami i zagwarantowania bezpieczeństwa mieszkańcom przed wrogimi najazdami. Po drugie – tu Pinker idzie drogą wyznaczoną przez Eliasa – jest to spadek ilości zabójstw między późnym średniowieczem i wiekiem XX, powiązany z centralizacją władzy i eliminacją politycznego rozdrobnienia (a więc także z ujednoliceniem regulacji prawnych powstrzymujących przed użyciem przemocy). Po trzecie, Pinker uwzględnia stopniowe pojawianie się i umacnianie ruchów walczących z rozmaitymi formami przemocy, od abolicjonizmu do kampanii na rzecz zniesienia walk byków. Po czwarte, istotna jest eliminacja po II wojnie światowej konfliktów między wielkimi mocarstwami. Po piąte, Pinker podkreśla spadek po zakończeniu zimnej wojny (1989) ilości wszelkich zorganizowanych konfliktów na świecie (w co trudno uwierzyć, ale statystyki nie kłamią). Po szóste wreszcie, nie bez znaczenia jest rozwój ruchów walczących o prawa kobiet, dzieci, mniejszości seksualnych…