Trzy lata temu, w 2015 r., Liz Stanley, jedna z najważniejszych anglojęzycznych badaczek epistolografii, napisała niedługi artykuł pod złowieszczo brzmiącym tytułem Śmierć listu? Literaturoznawcy i literaturoznawczynie przyzwyczajeni do raz po raz ogłaszanych „śmierci” – co rusz to autora, powieści, wielkich narracji, autobiografii – domyślają się, że stwierdzenie opatrzone znakiem zapytania to nie tylko zapowiedź smutnej diagnozy, lecz także, a może przede wszystkim, zaproszenie do dyskusji teoretycznej, antropologicznej, kulturoznawczej. Czytelnicy i czytelniczki (zaangażowani, choć bez naukowych inklinacji) raz po raz wydawanych zbiorów korespondencji mogą poczuć się zaniepokojeni. Zdają sobie bowiem sprawę, że w tym efektownym chwycie retorycznym kryje się ziarnko prawdy. Inaczej mówiąc, zarówno „specjaliści” od literatury epistolarnej (taki termin doskonale oddaje złożoną naturę listów), jak i jej wierni sympatycy (co ważne, raczej czytający listy wydane niż sami piszący) od kilkudziesięciu lat z rosnącą nostalgią, ale i pewnym niepokojem sekundują powolnemu zanikaniu korespondencji kojarzonej z piszącą ręką, kopertą, niecierpliwym, pełnym radosnego podniecenia, a niekiedy strachu czy też dojmującego lęku oczekiwaniem na listonosza.
Należeć do życia
Kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt zdań, cyzelowanych lub płynących w pośpiechu, nierzadko stawało się katalizatorem zdarzeń. Reorientacje w rzeczywistości nie raz i nie dwa dokonywały się właśnie za sprawą listów. Jak żaden inny gatunek są one przecież nierozerwalnie związane z życiem. Stefania Skwarczyńska w opublikowanej w 1937 r. Teorii listu (jedynej do tej pory monografii dyskursu epistolarnego w rodzimym literaturoznawstwie, nota bene miejscami nadal zaskakująco aktualnej) słusznie podkreślała: „Wszak list należy do życia, do życia dąży, życie codzienne go stwarza”[1]. Jednocześnie przypominała, że zbiory korespondencji (ułożone tematycznie, chronologicznie, adresatami – wszystko zależy od decyzji edytorów i zachowanych materiałów) powinny być traktowane jak literatura sensu stricto, tj. nie tylko można, lecz wręcz trzeba czytać je, biorąc również pod uwagę szeroko pojętą poetykę i estetykę tekstu. Zatem, pomimo że: „Względy literackie są w zasadzie obce listowi”[2], to jednak nie można zapominać, iż: „Każdy jest wyrazem aktu twórczego, bo, kształtując tworzywo pewnej rzeczywistości za pomocą rozczynu własnego »ja«, stwarza nową rzeczywistość. Autor listu posługuje się tworzywem sztuki jak każdy artysta”[3].
Rzeczywiście, listy pisane ręcznie (wiecznym piórem, długopisem, ołówkiem, cienkopisem, a czasami kredką) np. na kartce wyrwanej z zeszytu lub notatnika – w kratkę, linię, czystej, albo na papierze kancelaryjnym, pieczołowicie składanym w coraz mniejsze prostokąty, by zmieścił się do koperty, cierpliwie kreślone na specjalnym papierze listowym lub ozdobnej papeterii – nieubłaganie odchodzą do lamusa, co stało się już udziałem telegramu (w Polsce w roku 2002 poczta przestała dostarczać telegramy, w Indiach ich era skończyła się w 2015, a w Belgii w 2017). Jeśli ktoś dziś pisze do kogoś „prawdziwe” listy (celowo pomijam korespondencję zawodową czy urzędową – ta ma się dobrze i na pewno nic nie zapowiada jej rychłego końca), dbając o wyraźny charakter pisma, potem idąc na pocztę, dobierając znaczek, najlepiej priorytetowy, by list dotarł możliwe jak najszybciej (obietnica doręczenia korespondencji „już następnego dnia” jest kusząca, choć często bywa niedotrzymywana), znaczy to, nie mniej, nie więcej (przynajmniej w większości przypadków), że traktuje adresata / adresatkę jako osobę wyjątkową. Chce ją nie tylko poinformować o tym i owym, lecz przede wszystkim stara się to uczynić w sposób podkreślający nadzwyczajność relacji, jej swoistą intymność. Intymność, czyli chęć bycia z kimś bez świadków, jest immanentną cechą listu, łączonego z tajemnicą, ekskluzywnością – zakładającą wyłączność relacji pomiędzy „ja” i „ty”.
Zanikanie
Wracam na chwilę do wzmiankowanego tekstu Liz Stanley. Socjolożka, akcentując niezbywalną społeczną potrzebę kontaktowania się ze sobą, zastanawia się, co spowodowało, że właśnie jedno z jej najefektywniejszych narzędzi stopniowo zanika, przestaje istnieć lub wręcz już nie istnieje, jedynie symulując trwanie. Wymienia trzy, według niej, zasadnicze powody. Po pierwsze: „zwyczajny list” potrzebuje czasu, by dotrzeć do adresata, współczesna konieczność natychmiastowej reakcji zatem mu nie sprzyja. Po drugie: SMS‐y, e-maile, wiadomości wysyłane przez rozmaite komunikatory internetowe (zaspokajające, przynajmniej teoretycznie, pragnienie błyskawicznej odpowiedzi), aplikacje w smartfonach na ogół bywają zwięzłe, zatem ich napisanie trwa krótko, inaczej niż obszerniejszego listu, dzięki czemu można zaoszczędzić cenne minuty / godziny. Nadto jednym z podstawowych warunków, by list mógł zaistnieć, jest przedłużająca się nieobecność adresata – dziś (mimowolnie) skracamy ją, niemalże nie dostrzegając tego, markując czyjeś „bycie tu oto” szybką wymianą wiadomości. Nie staramy się jednak, lub robimy to znacznie rzadziej niż kiedyś, o kontakt twarzą w twarz, co wielokrotnie czynił za nas list. Z przytoczonych dwóch przyczyn „śmierci listu” wyłania się trzecia – możliwość błyskawicznego skontaktowania się z kimś, będąca dosłownie i w przenośni, na wyciągnięcie ręki powoduje, że list jako tekst rządzący się konkretnymi regułami, o sobie tylko właściwej, co prawda, płynnej, natychmiast rozpoznawalnej, poetyce, jest wypierany przez „listopodobne” wiadomości. Rozbudowane bądź stenograficzne, wzbogacane obrazkami, gifami, emotikonami, krótkimi nagraniami głosowymi, udają fragmenty rozmowy, która choć ma początek, zdaje się nie mieć wyraźnego końca. Szybko pokonujące czas i przestrzeń[4] „listoidy” – neologizm na wzór „strofoid”, udających strofy w nowoczesnych wierszach – przypominają o tym, że choć tradycyjna epistolografia nieuchronnie staje się coraz większą rzadkością, jednakże sama istota korespondencji polegająca na tak pożądanym kontakcie „ja” z „ty” utrzymuje się nadal. W podsumowaniu rozmowy Liz Stanley z Margarettą Jolly słuchacze zgodnie zawołali: „(…) long live epistolarity”[5]. „Niech żyje epistolarność / listowość” – w tłumaczeniu brzmi mało zręcznie, ale uzmysławia, że przecież codziennie korzystamy z jej dobrodziejstw – SMS-y, wiadomości słane przez Messenger, Twitter, WhatsApp, nagrywane na WeChat to nic innego jak drobne elementy przestrzeni epistolarnej (istniejącej na zasadzie społecznej umowy, zakładającej, że komunikowanie zachowuje w sobie choćby delikatny ślad dawnego listowania opartego na ciągu: list – odpowiedź – kolejny list – następna odpowiedź itd.), ciągle budowanej, rozrastającej się za pomocą nieco innych środków niż dotychczas.
Niesłabnąca siła
Pamiętając o, z jednej strony, faktycznej, z drugiej, w znacznej mierze metaforycznej śmierci listu, chcę, byśmy roboczo założyli, że ten wyjątkowy gatunek, przynależący zarówno do literatury stosowanej, jak i pięknej, swobodnie dryfujący między powieścią w odcinkach, fragmentami autobiografii, okruchami esejów, mimo oczywistych niedogodności trwał, trwa i przetrwa. Jego tradycja jest bowiem wyjątkowo długa, związana z elementarną potrzebą wymiany informacji, niezwykle silnie uzależniona od przekształcających się wraz z rozwojem kultury, literatury, mediów sposobów kształtowania sfery międzyludzkiej. Listy stale są ciekawym materiałem dla historyków, literaturoznawców, antropologów, socjologów. Sięgając po metaforę śmierci listu, kulturoznawczyni Elżbieta Rybicka powtórzyła dwa razy, że jest ona przewrotnym dowodem na niespożytą energię tkwiącą w korespondencji, przyciągającą uwagę badaczy z niesłabnącą siłą. Rybicka przypomniała, że we Francji działają ośrodki naukowe (dwa najważniejsze założono w roku 1980 i 1987) skoncentrowane jedynie wokół listów – głównie XIX-wiecznych i XX-wiecznych; są one nie tylko wyszukiwane, opisywane i katalogowane, ale też wydawane. Czyje listy są brane pod uwagę? Mówiąc krótko – wszystkich. Z równą pieczołowitością opracowywane są listy rozmaitych artystów, jak i tzw. zwykłych obywateli i obywatelek opowiadających np. o wydarzeniach wojennych, podróżach, romansach[6]. Atrakcyjny jest nie tylko faktografizm powstających w nich historii, przyciągają również, a może przede wszystkim, zawarte w nich emocje, intymność, próby zapisania delikatnych drgnięć wewnętrznych sejsmografów uczuć. Listy nierzadko bywają, mówiąc nieco górnolotnie, ale i zupełnie poważnie, „obrazami duszy”, o czym np. często wspominała Virginia Woolf, pisząc do bliskich jej osób: „Jestem bardzo zadowolona i nie bardzo zadowolona. Czy lubisz, kiedy takie stany duszy mają w listach pierwszeństwo przed wszystkim innym?”[7] – kartka papieru zamieniała się więc w całkiem pojemny tygielek na emocje, nierzadko kontradykcyjne. Nota bene, w perspektywie literaturoznawczego zwrotu emocjonalnego listy jawią się jako wręcz idealne obiekty badań, odbijają się w nich uwarunkowania kulturowe mające niebagatelny wpływ na sposoby ekspresji[8].
Co ważne, właśnie ładunek uczuciowy w znacznej mierze decyduje o tym, że korespondencja jest stale atrakcyjna dla czytających. Zawierają się w niej bowiem historie czyichś związków, rozstań, pokonywania trudności – a te zawsze nęcą czytających.
Dlatego też nie dziwi popularność swoistego święta listów – brytyjskiego festiwalu Letters Live, który po raz pierwszy odbył się w grudniu 2013 r. i co roku gromadzi równie liczną, jeśli nie coraz liczniejszą, publiczność. Każda edycja przyciąga nie tylko siłą historii zawartych w listach pisanych przez rozmaitych artystów, prozaików, poetów, jak również osoby prywatne (by wymienić choćby kilka postaci – David Bowie, Elvis Presley, Charlotte Brontë, Kurt Vonnegut), ale także sposobem ich czytania czy raczej inscenizowania przez zaproszonych aktorów i aktorki (organizatorzy dbają, by nazwiska wykonawców jak najdłużej pozostały tajemnicą – do tej pory na festiwalu wystąpili np. Benedict Cumberbatch, Tom Hiddlestone, Jude Law, Stephen Fry). Londyńskie celebrowanie korespondencji udowadnia, że sekundarna wobec ich pierwotnej…