„Bardzo chciałbym wiedzieć, jak by to było, gdyby cała Europa stała się kiedyś prawdziwie arcykatolicka, gdyby nie było w niej protestantów, podśmiechujących się ukradkiem i pobudzających roztropne głowy do myślenia, i gdyby żaden klecha nie musiał się już niczego wstydzić. Gdyby wszystko dalej szło takim trybem jak przed paroma wiekami, to papież otaczany byłby czcią boską, a jego odchody odważano by i sprzedawano na karaty, Biblię zaś zaczynano by od słów: Na początku papież stworzył niebo i ziemię
Georg Christoph Lichtenberg, Bruliony
Ciekawą wystawę przygotowało z okazji jubileuszu gdańskie Muzeum Narodowe w Zielonej Bramie: „Gdańsk protestancki w epoce nowożytnej”. Wystawy takie jak ta to zwykle „imprezy okolicznościowe”, deklarujące przychylne zainteresowanie jakimś wydarzeniem, widz zaś rzadko kiedy jest w stanie przyswoić sobie przekazywaną przez nie wiedzę. Ale przecież gdy spojrzy na oryginalny podpis Marcina Lutra pod listem skierowanym w 1532 r. do gdańskiej rady miejskiej, poczuje na karku powiew Historii. To są chwile, kiedy nawet ktoś tak odległy od wszelkiej religii i kościelności jak piszący te słowa z powagą zaczyna się odnosić do często obśmiewanego – i notabene właśnie przez reformację zarzuconego – kultu relikwii: jest coś głęboko ludzkiego i wcale nie tylko „katolickiego” w potrzebie fizycznej bliskości Bohaterów Historii, obecnych choćby jeszcze tylko szczątkowo, ale przecież nie tylko „symbolicznie” w kropli krwi, skrawku szaty czy autografii. To po prostu ich własne, cielesne, materialne ślady na tym padole, których nie zastąpi żadna najuczeńsza nawet rozprawa naukowa.
Prorok i buntownik
Takimi rozprawami też zresztą sypnęło z okazji jubileuszu nad wyraz obficie. Ukazały się co ajmniej dwie nowe duże biografie Reformatora: bardzo dobrze swego czasu przyjęta w Niemczech praca Heinza Schillinga Marcin Luter. Buntownik w czasach przełomu, oraz Marcin Luter. Prorok i buntownik Lyndal Roper. Nieco bliżej przyjrzymy się tu tej drugiej.
Jej czytelnikowi wypada przede wszystkim doradzić, by nie zraził się przedmową australijskiej autorki, profesor historii na Uniwersytecie Oksfordzkim. Ta bowiem deklaruje, że jej celem będzie „zrozumieć Lutra jako człowieka” i dodaje: „Korzystanie z dorobku psychoanalizy może (…) rzucić światło nie tylko na samego Lutra jako człowieka, ale także na rewolucyjne zasady religijne, którym poświęcił życie” (s. 23). Autorka nie omieszkała też podkreślić, że jako historyk religii została ukształtowana „zwłaszcza przez ruch feministyczny” (s. 25). Brzmi to niepokojąco, ale na szczęście zupy nie jada się w tej samej temperaturze, w której się ją gotowało. Mimo tych pogróżek przecież – by zacytować Fausta Goethego – „von Freud ist nicht die Rede” („o Freudzie nie ma mowy”). A przynajmniej jest jej bardzo niewiele. Od czasu do czasu Roper przypomina sobie o tych obietnicach i coś tam napomyka o relacjach Lutra z ojcem (s. 74) albo próbuje psychologizować, wywodząc lęk Lutra przed boską wszechmocą z doświadczeń górników w Mansfeld (s. 43), ale to marginalia bez wielkich następstw dla całości. A za tą całością wyczuwa się wielką pracę cierpliwej badaczki archiwów, doskonale przy tym wiedzącej, co w tych archiwach naprawdę ważne. Roper wprowadza czytelnika nie tylko w bieg wydarzeń, znany i wielokrotnie opisywany, ale i w klimat duchowy, mentalność późnego średniowiecza. Sporo uwagi poświęca specyficznemu językowi epoki, który tak razi nieprzygotowanego odbiorcę u Reformatora. Tymczasem nie był ów język – niekiedy zdumiewająco naturalistyczny – niczym nadzwyczajnym. Dowodzą tego choćby pisma jednego z mistrzów i protektorów brata Marcina, Johanna von Staupitza, który z lubością „posługiwał się metaforą aktu seksualnego dla oddania idei unii mistycznej wiernego z Chrystusem”. Poszczególne „stadia” tej unii to etapy „młodych panien w wierze”, „konkubin”, wreszcie „królowych”, które „są nagie i spółkują z nagim (Chrystusem)”, krzyż zaś jest „małym łożem uciech” (s. 85).
Czy to tu miało swe źródło konstatowane przez nią wielokrotnie „otwarte podejście [Lutra] do seksu, wynikające z akceptacji fizyczności” (s. 175), tak zdawałoby się „niekompatybilne” ze współczesnymi wyobrażeniami o duchu tamtej epoki? Zdaniem Roper wynikało ono także „z jego radykalnego augustynizmu”, bo przecież „skoro nie możemy czynić żadnego dobra, ponieważ wszystkie ludzkie uczynki są grzeszne, zatem akty seksualne nie są gorsze od innych rodzajów grzechu”. Byłoby rzeczywiście zdumiewającym splotem dziwnych przypadków i tradycji myślowych, gdyby to właśnie „ponura antropologia” augustyńska wyzwoliła Lutra z katolickiej obsesji „grzechu cielesnego” (s. 299).
Reformacja rodzi się wśród dysput teologicznych. Roper opisuje specyficzną aurę takich debat: „Dyskusja rozpoczęła się od wymiany zdań między Eckiem i Karlstadtem na temat wolnej woli (…). Kwestię tę drążono przez tydzień. Eck twierdził czasem, że pewna część woli może współdziałać z łaską, innym razem znów przyznawał, że dobre uczynki zależą całkowicie od łaski. Karlstatdt trzymał się swej tezy, że ludzka wola jest do cna zła, ale nie potrafił wypunktować Eckowi sprzeczności w jego argumentacji. Zagadnienie to, na pozór błahe, stanowiło w istocie główny filar nowej teologii. Ewangelicy twierdzili, że istoty ludzkie nie mają wolnej woli, nie są bowiem zdolne do wybrania dobra i muszą polegać na łasce Boga” (s. 148). Niektórzy spośród słuchaczy podczas tych wielogodzinnych debat „smacznie spali”, a współczesny czytelnik pewnie przyjmie to ze zrozumieniem. Ale jeśli wczytać się uważniej w tematykę tej dyskusji, okaże się, że jedynym językiem, jakim w tamtych czasach można było takie kwestie roztrząsać: językiem teologii, rozważano wówczas w Lipsku jeden z najbardziej frapujących i najbardziej uniwersalnych problemów kondycji ludzkiej: pytanie, czy decyzje i zachowania człowieka są zdeterminowane czy nie. To pytanie intryguje prawników, moralistów i fizjologów do dziś, choć odpowiada się na nie językiem zupełnie innych pojęć.
Roper pokazuje swojego bohatera takim, jaki był: spory rozdział poświęci szokującemu antysemityzmowi Reformatora i nawet nie próbuje tłumaczyć go duchem epoki. Wręcz przeciwnie: wykazuje, że Luter w swej nienawiści do Żydów posuwał się nawet dalej niż jego współcześni, dążąc do ich „całkowitej kulturowej eliminacji” (s. 422). Ale przypomina też jego wczesną broszurę zatytułowaną O tym, że Jezus Chrystus jest rodowitym Żydem. Zaraz jednak dodaje: „Agresja Lutra raziła nawet współczesnych (s. 422). Była przy tym, zauważa, zjawiskiem nowym, zapowiadającym antysemityzm XIX- i XX-wieczny: „Poglądy Lutra nie były (…) średniowiecznym reliktem, ale jego ewolucją. Co bardziej niepokojące, nie były one incydentalne dla jego teologii, nie stanowiły też godnego pożałowania przesądu przejętego od współczesnych. Tworzyły integralną część jego myśli” (s. 424).
Prorok i buntownik to przy tym książka po prostu dobrze napisana. Wyczuwa się w niej znamienne dla anglosaskiej produkcji naukowej dążenie do komunikatywności wywodu, tak obce rodzimej nauce, przywiązanej do tradycyjnej „ględźby uniwersyteckiej”, dumnej ze swej nieprzystępności, bo jeśli rozprawa akademicka „czyta się” zbyt gładko, rodzi to podejrzenie o jej „nienaukowość” i „eseistyczność”, dyskwalifikującą autora jako człowieka nauki. Roper dowodzi, że dobry styl, błyskotliwość, miejscami lekka ironia wcale nie muszą się kłócić z wartością poznawczą pracy humanistycznej. Dobrze spisali się także tłumacze, sprawnie oddając tę anglosaską potoczystość.
Sieć czasów reformy
Lyndal Roper dostarcza wielowarstwowego obrazu reformacji, ale właśnie ta wielowarstwowość – czasem wręcz paradoksalność – jej opowieści sprawia, że ostateczny olśniewający sukces ruchu, zrodzonego w prowincjonalnej Wittenberdze, zdaje się nieledwie cudem, ciągiem zbiegów okoliczności, zachodzących wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu. Reformatorzy nie mieli w gruncie rzeczy prawa liczyć na szeroką akceptację społeczeństwa. Odpusty dawały swoiste poczucie bezpieczeństwa i nadziei: sam Luter w Rzymie stara się o odpust dla dziadka i trochę mu żal, że żyją jeszcze rodzicie, bo mógłby się wystarać o odpusty i dla nich. Na ich sprzedaży zarabiają także bankierzy, a wiadomo, że z nimi lepiej nie zadzierać. Reformacja zmiecie i kult relikwii – tymczasem protektor Lutra, Fryderyk Mądry, bez którego wsparcia reformację zduszono by z całą pewnością w zarodku, jest właścicielem jednego z największych w Europie ich zbioru, przynoszącego mu zresztą spore dochody. A jednak się udało!
Racjonalnie próbuje ów cud wyjaśnić Andrew Pettegree w obszernym eseju, zatytułowanym bardzo współcześnie Marka Luter. O tym, że wynalazek druku okazał się bardzo pomocny w upowszechnieniu idei reformacji, wiadomo od dawna. Pettegree wnika w szczegóły tego fenomenu. Wsparcie drukarzy dla nowego ruchu wcale nie było bowiem oczywiste. Ci bowiem również świetnie zarabiali na produkcji certyfikatów odpustowych: „zamach na odpusty” zagrażał także ich rzemiosłu (s. 73). Bardzo szybko jednak odkryli w Lutrze autora bestsellerów, który mógł im przynieść większe dochody niż literatura ortodoksyjna i druki odpustowe. Luter prawie od początku pisał również po niemiecku, tak by dotrzeć do szerszej publiczności, co w pełni mu się udało.
Już dwa lata po wyjściu z cienia był człowiekiem sławnym w całych Niemczech. I ulubieńcem tłumów, co być może uchroniło go przed śmiercią. A jego wjazd do Wormacji w 1521 r. przypominał ewangeliczny opis Niedzieli Palmowej.
Ta popularność była związana zapewne i z tym, że papiestwo dopuściło się wobec swych wiernych, którzy nabyli jego główny towar eksportowy, wyjątkowo ordynarnego oszustwa. W pewnym momencie popyt na odpusty zaczął spadać, bo w ciągu 30 lat od ich wprowadzenia na rynek „większość pobożnych dusz zdążyła się już zaopatrzyć w cenne certyfikaty i nie miała w związku z tym ochoty znowu sięgać do sakiewek”. Chcąc pobudzić koniunkturę, kuria papieska wydała bulwersujące zarządzenie, na mocy którego „wraz z ogłoszeniem nowego odpustu poprzednie nadania zawieszano, więc nabyte wcześniej odpusty okresowo traciły swą moc” (s. 86). Innymi słowy, Rzym potraktował swych klientów gorzej niż Microsoft użytkowników systemu Windows. Głosy krytyczne wobec handlu zbawieniem wiecznym mogły odtąd liczyć na życzliwy posłuch. Co więcej, sprzedaż odpustów powodowała poważny odpływ gotówki, której w ówczesnej Europie permanentnie brakowało, zwłaszcza monet drobnych. To zaś niepokoiło możnowładców, dlatego przychylnym okiem śledzili oni poczynania zbuntowanego zakonnika.
Dzieje współpracy Lutra z branżą drukarską to dzieje wzajemnego dostosowywania się do siebie autora i wydawców (bo ówcześni drukarze są zarazem wydawcami). Nowy autor przynosi spore zyski także dlatego, że pisze inaczej niż współcześni mu teologowie: zwięźle i krótko, a wydawanie niewielkich broszur jest ekonomicznie bezpieczniejsze niż skomplikowana produkcja opasłych traktatów, rzadko cieszących się szerszym zainteresowaniem. Lutrowi sprzyja także… zaawansowanie technologiczne metalurgii niemieckiej (w której rozwijaniu uczestniczył, nawiasem mówiąc, jego ojciec), bo dzięki temu drukarze dysponują ogromną liczbą rozmaitego kroju czcionek (s. 134 n.).
Z wolna książka staje się dobrem powszechnym. Ten akurat fenomen Pettegree omawia niestety dość pobieżnie (zob. np. s. 177). Ówcześni drukarze zręcznie wychowują sobie publiczność, dbając coraz bardziej o zewnętrzną szatę druków (ilustracje), a i sam Luter przykłada do niej ogromną wagę i żywo interesuje się wszystkimi etapami produkcji (choć nie otrzymuje najmniejszych nawet honorariów). Ale przecież musiała istnieć już w punkcie wyjścia duża grupa ludzi umiejących czytać i, co ważniejsze, odczuwających potrzebę lektury. Skąd się wzięli? A jest ich w Niemczech więcej niż gdzie indziej: w 1523 r. „niemieckie prasy tłoczyły trzy razy więcej książek niż prasy francuskie i włoskie razem wzięte” (s. 134). Łączny nakład pism Lutra wyniesie do 1530 r. ok. 2 mln egzemplarzy (!). Powstanie swoistego Internetu tamtych czasów, gęstej „sieci” oficyn i czytelników, uczestniczących aktywnie w rozwijaniu nowego ruchu religijnego, tłumaczy poniekąd jego sukces w Niemczech, a później w mieszczańskich Niderlandach. Oraz klęskę w krajach, których ludność stanowili w większości analfabeci. Każe też wyciągnąć dość niepokojące w naszych warunkach wnioski na temat związków między poziomem czytelnictwa a gotowością do świadomego współudziału w kształtowaniu życia społecznego, politycznego, i religijnego – a „świadomego” znaczy przecież: nie zawsze zgodnego z oczekiwaniami aktualnej władzy świeckiej czy duchownej.
Zdumiewające, ile nowego może wnieść to medioznawcze spojrzenie. Okazuje się np., że analizując układ graficzny wielkoformatowych przedruków 95 tez, dokonanych w Norymberdze i Bazylei, da się rozstrzygnąć budzącą sporo emocji kwestię: „tezy niemal na pewno umieszczono na drzwiach kościoła zamkowego” (s. 95). Skład owych przedruków powtarzał bowiem model składu charakterystyczny dla działającej w Wittenberdze drukarni Johanna Rhaua-Grunenberga. A to dowodzi, że taki wielkoformatowy druk (w kilku najwyżej egzemplarzach) wytworzono i tam. Zapewne w celu wywieszenia go na uniwersyteckiej tablicy ogłoszeń, czyli na drzwiach kościoła.
Luter naszych czasów, czyli ciemna strona ortodoksji
Trzeba tu wspomnieć o jeszcze jednej publikacji poświęconej reformatorowi: Luter. Ciemna strona rewolucji Pawła Lisickiego. Niewiele się z niej wprawdzie dowiemy o tytułowym bohaterze, za to całkiem sporo o Pawle Lisickim. A styl myślenia tego – skądinąd zdumiewająco płodnego – autora wydaje się dość reprezentatywny dla środowisk, z których wywodzą się ludzie rządzący dziś nami wskutek fatalnego zbiegu różnych okoliczności albo obsługujący aparat partyjno-rządowej propagandy. A ponieważ porządzić mogą jeszcze jakiś czas, wiedza o ich postrzeganiu świata warta jest choćby przekartkowania tej ponad 300-stronicowej książki.
Lektura Ciemnej strony… wymaga jednak niemałego samozaparcia i cierpliwości, bo dzieło to rozwlekłe, pisane miejscami dość niechlujnie[1] i wypełnione w sporej części pohukiwaniami Lisickiego pod adresem rozmaitych „heretyków”, z których dwaj najwięksi to papież Franciszek i jego nadworny teolog Walter Kasper. Papież naraził się Lisickiemu, bo w towarzystwie „arcybiskupki Jackelén” wziął udział w szwedzkich obchodach 500-lecia reformacji, słabo bronił sprawy katolicyzmu i dobrze się wyrażał o Marcinie Lutrze, a jakby tego było mało, poczta watykańska wydała znaczek z Reformatorem. Lisicki o tym ostatnim pisze z kolei tak, jak gdyby brat Marcin nie przybił swoich tez 500 lat temu na podwojach kościoła w Wittenberdze, lecz przykleił je przed paru miesiącami jakimś trudno zmywalnym lepiszczem na drzwiach redakcji „Do Rzeczy”, jak czynią to niekiedy na klatkach schodowych złośliwi roznosiciele reklam. Pisze z pasją i złością, odnotowuje skwapliwie labilność emocjonalną swego antybohatera, a nawet jego nadmierną potliwość (s. 74 nn.) i z nieskrywaną satysfakcją przypomina (s. 56) jego pierwotne nazwisko, Luder, „którego się później wstydził (dosłownie padlina, łajdak, lafirynda)”[2]. Luter uważa się za „proroka i wysłańca Nieba” (s. 219), ale w rzeczywistości jest „pierwszym nowożytnym populistą” (s. 153), który do perfekcji opanował użycie „środków masowej propagandy”, dzięki czemu udało mu się wbić „masom w głowę negatywny obraz przeciwnika” (s. 158). Rzymskie bezbronne owce tymczasem jak „sparaliżowane” (s. 160) przyglądają się biernie i bezradnie poczynaniom wittenberskiego wilka, aż „podburzona przez sprawną akcję propagandową opinia publiczna” opowiada się „w zupełności po stronie Lutra” (s. 165). Taka pasja to zresztą nic złego, czasem przydaje wręcz prozie eseistycznej uroku i napięcia, ale nie w przypadku Lisickiego: próżno u niego szukać choćby krzty polotu, ironii, a niechby i złośliwości, byle doprawionej odrobiną „soli attyckiej”. Nic z tych rzeczy. Jest tylko jedno: prawowierność – nieskalana, niezłomna, wolna od wszelkich wątpliwości, ciężka jak ołów i pryncypialna do bólu zębów.
Z tej to prawowierności, to znaczy z gotowości podporządkowania się „autorytetowi” Kościoła, Lisicki rozlicza dawnych i współczesnych. Reforma? Bardzo proszę, byle „katolicka”: „W katolickim rozumieniu bowiem reforma zawsze oznaczała troskę o uczynienie Kościoła mniej zeświecczonym, bardziej skupionym na tym, co najważniejsze: na posłuszeństwie i nauczaniu Objawienia” (s. 23, podkr. T.Z.). Hasło „posłuszeństwa” – nie przypadkiem chyba poprzedzające nawet „Objawienie” – to zwornik rozważań Lisickiego o historii i współczesności. Powraca niczym refren (zob. np. s. 25, 308, 309, 311), bo „posłuszeństwo” to „katolicka zasada wiary”.
Zaskakujące, jak wiele Lisickiego i Lutra łączy. Obaj przecież przeciwstawili się papieżowi, choć każdy z innych powodów: Luter z wierności wobec własnego sumienia, Lisicki z wierności Kościołowi, zdradzonemu przez samego biskupa Rzymu.
Inna oczywiście była i jest stawka w tej grze – autor Ciemnej strony… nie musi się już na szczęście obawiać stosu ani nawet trzewików hiszpańskich,…