Subskrybuj
Prof. dr hab., pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UJ. Anglista i polonista przekwalifikowany na niderlandystę i historyka sztuki. Znawca dawnej kultury holenderskiej, tłumacz literatury niderlandzkiej, zbieracz fajansów, książek i rupieci. Opublikował 25 książek (w tym 10...

Tajemnica błękitnych potworów

Wieść niesie, że w latach 30. XVII w. wybuchła niebezpieczna choroba zwana tulipanową gorączką. Zaślepieni żądzą zysku Holendrzy mieli się wówczas zaangażować w spekulacje przypominające dzisiejsze piramidy finansowe i inwestować setki tysięcy guldenów w cebulki rzadkich okazów. Problem w tym, że tulipanowej gorączki nigdy nie było.

Magdzie Lewandowskiej

 

Ilekroć pokazuję ten przedmiot na wykładzie i proszę studentów, by odgadnęli jego przeznaczenie, za każdym razem słyszę coraz to inną i coraz dziwniejszą odpowiedź (aparat do dojenia krów, holenderska nargila, nocniczek dla wielodzietnej rodziny). Fajansowy dziwoląg jest zaiste niezwykły i składa się z dwóch części. Ta dolna to lekko pękaty, owalny rezerwuar mający po bokach uchwyty w kształcie rogatych smoczych łbów z rozdziawionymi paszczami, osadzonych na długich, pokrytych łuską szyjach. Na nim spoczywa zaś wypukła pokrywa, z której wystaje 10 głów uszatych, wielkookich potworów trzymających w ostrych zębiskach walcowate tulejki. Pośrodku pokrywy gałka do jej podnoszenia. Cacko jest całkiem spore: szerokie na 60, głębokie na dokładnie 45,50 i wysokie na 35 cm. Gdybym to ja był szczęśliwym właścicielem, a nie Muzeum Sztuki i Rzemiosła Artystycznego z Hamburga, zajęłoby mi połowę biurka. Biel fajansu wypełnia błękitna, kobaltowa dekoracja, istny horror vacui. Ornamenty kwiatowe, roślinne wici, kwietne girlandy, uskrzydlone główki puttów i wstęgi, a pośród tego myśliwi polujący z psami na jelenie i sarny. Prawdziwy świat zaczarowany w błękicie.

Gdy ćwierć wieku temu po raz pierwszy pojechałem do Niderlandów, z podróży tej przywiozłem sobie sześć rolek zdjęć, na których po wywołaniu pokazała się niemal wyłącznie biało-niebieska ceramika. Od tego czasu jestem absolutnie pewien: na świecie nie ma i nie będzie nic piękniejszego.

Fajans jest ciężki, ale gdyby naczynie odwrócić do góry dnem, zobaczylibyśmy sygnaturę, inicjały A.K. Znak, że ozdobił je Adrianus Kocx, malarz pracujący w II poł. XVII w. w warsztacie De Grieksche A (czyli Greckie A) w Delft, potem zresztą jego właściciel. Tyle że kolorystyka przedmiotu przywodzi na myśl zdobienia porcelany chińskiej; z Chinami kojarzą się też zębate potwory i występujące w roli uchwytów smoki. Dlaczego? Porcelana z Azji od średniowiecza cieszyła się w Europie ogromną popularnością, sądzono nawet, że wszystkie trucizny natychmiast tracą w niej swą zabójczą moc. Była przy tym tak kosztowna (najzupełniej dosłownie: na wagę złota), że początkowo pozwolić mogli sobie na nią jedynie królowie i książęta. Od XVI w. porcelana zaczęła jednak przybywać w większych ilościach na portugalskich statkach. W 1602 i 1604 r. holenderscy kaprzy, działający pod auspicjami wielkiego akcyjnego towarzystwa handlowego zwanego Kompanią Wschodnioindyjską, przejęli dwa okręty wiozące kruchy ładunek. Łupy sprzedano na aukcjach. Wtedy to w Republice Zjednoczonych Prowincji wybuchła moda na biało-niebieską ceramikę, która stała się synonimem wysokiego statusu społecznego, dobrego smaku i budziła nieustanne pożądanie kolekcjonerów. W efekcie Holendrzy zaczęli importować porcelanę w ogromnych ilościach, a Chińczycy wytwarzać na potrzeby europejskiego rynku wyroby-hybrydy. Widziałem nawet XVII-wieczne czarki i czajniczki zdobione sceną ukrzyżowania – azjatyccy malarze, zupełnie nieznający europejskiego kontekstu, ewidentnie uznali scenę z Ewangelii za atrakcyjny motyw zdobniczy, a na dodatek, żeby było bardziej „autentycznie”, nadali postaciom Jezusa i dwóch Marii chińskie rysy.

Ale nie wszystkich było stać na, wciąż przecież drogie, orientalne wyroby. Warsztaty ceramiczne z Amsterdamu, Utrechtu i Delft niemal natychmiast wprowadziły więc do swej oferty ich tańsze imitacje z fajansu – sekretu wyrobu porcelany nadal bowiem w Europie nie znano. Dalekowschodnie motywy szybko zaczęły się przenikać z dekoracjami typowo europejskimi – dokładnie tak, jak na hamburskim muzealium. Nie, po prostu nie mogę nie przywołać tutaj wdzięcznej książeczki dla dzieci Błękit z Delft, czyli wazon dla księżniczki (Delfts Blauw: een vaas voor de prinses) pióra i pędzla Ingrid i Dietera Schubertów. Mała chińska myszka Lin wybiera się w zamorską podróż, by odwiedzić swego drogiego mysiego przyjaciela Tytusa, mieszkającego wraz z rodziną w najlepszej pracowni garncarskiej w Delft. Podczas powitalnego przyjęcia wydarza się tragedia. W trakcie podstępnego ataku kota zniszczony zostaje przygotowany do wypału wazon, nota bene zamówiony przez samą księżniczkę. Dzielne myszy, chcąc pomóc zrozpaczonemu właścicielowi warsztatu, natychmiast biorą się do roboty. Efektem bratniej współpracy chińsko-holenderskiej jest wspaniałe dzieło, jakiego świat jeszcze nie widział. Tak właśnie narodził się styl chinoiserie.

Do czego jednak służyła waza z potworami? Jeszcze do niedawna odpowiedź na to pytanie była zupełnie oczywista – wciąż zresztą udziela jej strona internetowa muzeum. To Tulpenvase, wazon na tulipany, rośliny tak stereotypowo holenderskie, że aż nie wypada o nich wspominać. Zamknijmy oczy: pośrodku tulipanowych łanów stoi wyniosły wiatrak, a przed nim jasnowłosa dziewczyna na rowerze, w drewnianych sabotach, białym czepeczku i koronkowych podwiązkach (czyżby pracownica seksualna?); popija piwo, przegryza je żółciutkim serem i przepala grubaśnym skrętem. I nie jest to bynajmniej marihuanowa wizja – takie właśnie holenderskie imaginaria znajdziemy bez trudu w Internecie. Ba, w ich subtelniejszych wersjach pojawią się nawet biało-niebieskie fajanse z Delft. Z wyobrażeń tych żarłocznie korzystają biura podróży, a nawet ministerialne agencje ds. promocji i turystyki. Nic przecież nie sprzedaje się tak dobrze, jak kulturowe klisze. Ale prawdziwa historia jest znacznie ciekawsza.

Tulipan to kwiat Wschodu. Do Europy Zachodniej trafił on przez Turcję, z Konstantynopola do Wiednia, gdzie najprawdopodobniej przywiózł go w 1554 r. Ogier Ghiselin de Busbecq, ambasador cesarza Ferdynanda I. De Busbecq opisał też roślinę w swych Listach tureckich i jako pierwszy nazwał ją tulipam, co mogło być wynikiem swoistego qui pro quo. Sądzi się, że ambasador, nieznający języka tureckiego, mógł wskazać palcem i zapytać tłumacza o kwiat, który nad Bosforem wpinano wówczas w turbany. Ten, myśląc, że dyplomata pyta o nakrycie głowy, odpowiedział prawdopodobnie tülbend, nie zaś lale– tulipan. Dwie dekady później w Wiedniu tulipany hodował i badał flamandzki botanik Carolus Clusius (Charles de l’Écluse). Uczony zachwycał się smakiem ich cebulek, które zajadał na deser, usmażywszy je wcześniej w cukrowym syropie. Eksperyment chyba tylko cudem nie zakończył się tragicznie, biorąc pod uwagę trujące właściwości rośliny. Gdy europejskie elity II poł. XVI w. bezgraniczne zakochały się w tulipanach, te stały się znakiem bogactwa, pozycji społecznej i wyrafinowania ich właścicieli. Rosły one zresztą tylko w posiadłościach najbogatszych, choćby w augsburskich ogrodach Fuggerów, bankierów papieży i cesarzy. Do niderlandzkiej Antwerpii pierwsze cebulki dotarły w 1562 r….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Bosko i przykładnie. Seks i religia