Subskrybuj
Dziennikarka, redaktorka, kulturoznawczyni. Autorka reportażu o polskich kulinariach O dobrym jedzeniu, wydanego nakładem Wydawnictwa Czarne. Współtworzyła magazyn „Kukbuk”, szefowała miesięcznikowi „Aktivist”, pisuje do miesięcznika „Vogue” i portalu Weekend.gazeta.pl.

Lokalnie, sezonowo, smacznie

Zaledwie pięć gatunków zbóż – pszenica, ryż, kukurydza, proso i sorgo – dostarcza nam 60% energii, chociaż historia ludzkości zna ich ponad 7 tys. Dlaczego to może stanowić problem?

Kupując żywność, dokonujemy codziennych wyborów. Myliłby się ten, kto by sądził, że to decyzje o nikłym znaczeniu, podyktowane tylko naszym gustem, stanem zdrowia czy sentymentem do określonych produktów. Płacąc w sklepie spożywczym, opowiadamy się nie tylko za konkretnymi markami czy wytwórcami – a więc wspieramy gospodarkę kraju producenckiego – lecz także za sposobami i tempem rozwoju owej gospodarki.

Wydaje się to oczywiste w przypadku zakupów dokonywanych u zaprzyjaźnionych sprzedawców czy w ulubionych sklepach – wspieramy określone osoby, z chęcią przyczyniamy się do tego, że dany ser jest w stałej ofercie osiedlowego spożywczaka. Obraz ten komplikuje się jednak, gdy spojrzymy na nasze wybory w szerszej skali. Gdy oddalając się od naszego miejsca zamieszkania, jak byśmy klikali symbol pomniejszenia przy lupce Google Maps, zechcemy spojrzeć globalnie na to, skąd leci, jedzie i płynie do nas jedzenie, możemy przygotować się na zaskoczenia.

Talerz niespodzianek

Najwięcej z nich czeka nas w przypadku generycznych produktów – nieopatrzonych etykietami, o trudniejszym do ustalenia pochodzeniu. Na przykład chleb, podstawa co najmniej dwóch dziennych posiłków wielu Polaków, na pewno wypiekany jest w mieście, w którym go kupujemy. Czy jednak wiemy, skąd pochodzi mąka, z której go zrobiono? A ziarno użyte do jej produkcji? Znacznie częściej, niż byśmy sądzili – z Ukrainy, a także Czech i Słowacji, które w 2016 r. dostarczyły Polsce odpowiednio 151 tys. t kukurydzy i 577 tys. t pszenicy. A czy wiemy, gdzie i na jakim podłożu rosła sałata, którą dla urozmaicenia diety przykrywamy kromkę chleba? To, czy pomidor, którego plaster wieńczy naszą kanapkę, wyrósł na polskiej czy hiszpańskiej ziemi, zależy w dużej mierze od sezonu, ale już to, gdzie dojrzewało coraz bardziej lubiane awokado, pozostaje pewne: co najmniej 2 tys. km stąd. Dociera do nas od największych eksporterów do Europy – odległych Peru, Chile i Meksyku lub z nieco tylko bliżej położonych Izraela i Hiszpanii. Wędlina na kanapce to już w ogóle wielka niewiadoma – o ile nie kupujemy certyfikowanych, ekologicznych mięs ze znanego źródła, trudno jest mieć pewność, czym tak naprawdę żywiono kurczaka, którego tuszka spoczywa teraz w naszej lodówce, oraz czy rzeczywiście szynka drobiowa składa się w takim stopniu z mięsa indyka (a nie np. MOM-u, czyli mięsa oddzielanego mechanicznie), w jakim deklarują sprzedawca i producent. Śniadanie popijamy kawą – oczywiście z upraw południowoamerykańskich lub afrykańskich. Jeśli lubimy pić ją z mlekiem krowim, najpewniej mamy do czynienia z pasteryzowanym produktem wyprodukowanym w Polsce, jeśli jednak wolimy wersję roślinną, bo leży nam na sercu dobrostan zwierząt (albo na żołądku źle strawiona laktoza), najpewniej znów kupujemy pośrednio którąś z roślin uprawianych na wielkich plantacjach w dalekim świecie: soję, ryż, owies, owoce migdałowca lub palmy kokosowej. Karmiąc się tymi w założeniu zdrowszymi alternatywami dla mleka, często przy okazji pochłaniamy też rozmaite dodatki, takie jak stabilizatory, których obecność wymuszona jest handlową trwałością produktu, i substancje wzbogacające w założeniu mające uzupełnić braki witamin i minerałów w naszej diecie. Najlepiej byłoby jednak dostarczać ich sobie po prostu wraz ze zrównoważonymi posiłkami…

Już samo śniadanie nastręcza wielu pytań, na które trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Bo czy lepiej jeść tylko to, co lokalne i dostępne w danym sezonie, ryzykując braki w substancjach odżywczych, czy może zaryzykować więcej food miles – zwiększoną odległość, którą jedzenie musi pokonać, by do nas dotrzeć – by o każdej porze roku dostarczać sobie zróżnicowanych produktów? Czy da się kupować tylko u sprawdzonych producentów i nie zwariować? Jeść tylko ekologicznie i nie zbankrutować?

Problematyczna rewolucja technologiczna
Dieta współczesnego człowieka, globalnie rzecz ujmując, w 80% składa się z roślin. O dziwo jednak, jak podaje Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), zaledwie pięć gatunków zbóż – pszenica, ryż, kukurydza, proso i sorgo – dostarcza nam 60% energii, chociaż historia ludzkości zna ponad 7 tys. gatunków uprawianych w celach konsumpcyjnych. Nie inaczej jest z innymi źródłami pokarmu – zaledwie 10 gatunków stanowi połowę ryb konsumowanych na świecie, zaś w hodowli przeważa pięć najpopularniejszych odmian zwierząt gospodarskich. Tymczasem dopiero 35 gatunków zapewniłoby nam dietę zróżnicowaną i możliwą do utrzymania na tym samym poziomie w przyszłości (innymi słowy: zrównoważoną).

Utrzymanie naszych dotychczasowych nawyków nie będzie więc wcale łatwe; ba, może się okazać zgoła niemożliwe. Naukowcy przypominają bowiem, że do 2050 r. liczba ludności na świecie ma przekroczyć 9 mld, co oznacza, że globalna produkcja jedzenia musi wzrosnąć o 70%. Od mniej wydajnych regionów rozwijających się będzie to często wymagało podwojenia produkcji, a to nastręcza rozlicznych problemów: w wielu miejscach, takich jak Azja Południowa czy północna Afryka, nie ma praktycznie żadnych nowych terenów, które można by wykorzystać pod uprawy, a produktywność dotychczasowych stale spada. W 2050 r. ma maleć w tempie 1% rocznie. I tak już poważnie wyeksploatowana ziemia będzie musiała rodzić z większą intensywnością, dając wyższe plony – w przeciwnym razie nie będziemy w stanie wyżywić ludzkości, spośród której już dziś co najmniej 815 mln (według ostrożnych szacunków FAO) jest niedożywionych.

Obecny poziom i sposób eksploatacji gleb, zainaugurowany w latach 60. i 70. w celu walki z głodem i biedą właśnie, z początku wydawał się nie mieć wad. Nowe, zuniformizowane odmiany, szczególnie ryżu, kukurydzy i pszenicy, pożeniono z unowocześnieniami technologicznymi, takimi jak nawożenie, zastosowanie pestycydów i nawadnianie. Nawozy i herbicydy zastąpiły znany rolnikom od stuleci płodozmian, zapewniający glebie okresowy odpoczynek i odpowiednie stężenia odżywczych pierwiastków, które rosnące na polu rośliny jednocześnie pobierały i oddawały. Nowy system rzeczywiście dał początek gwałtownemu boomowi krajów rozwijających się, szczególnie w Azji, szalenie zwiększając plony. Dziś wiadomo już jednak, jakimi kosztami był okupiony: degradacją gleb, które jałowieją, ulegają przeazotowaniu lub przesoleniu, kurczeniem się zasobów wód gruntowych, zwiększaniem odporności na pesty- i herbicydy wśród chwastów i szkodników, a także utratą bioróżnorodności gatunków, wypieranych przez monokultury – gigantyczne uprawy oparte wyłącznie na jednej roślinie. Według wyliczeń WWF w ciągu ostatniego półwiecza 26-krotnie wzrosło użycie środków chemicznej ochrony roślin, które z czasem przedostają się także do wód gruntowych i innych zasobów wodnych na świecie, trując organizmy w nich żyjące.

Niepokoje
Wzmożone uprawy jednego tylko gatunku roślin i zaniechanie naturalnej bioróżnorodności mają jeszcze jeden katastrofalny skutek: zwiększoną podatność na choroby. Dotknęła ona już w XX w. niezwykle smaczną, jak głoszą archiwalne zapisy, i dobrze znoszącą transport odmianę bananów: Gros Michel. Przywieziona w XIX w. z Południowej Azji na Martynikę, a stamtąd na Jamajkę odmiana ta rozprzestrzeniła się na całą Amerykę Centralną. Do początków XX w. banany Gros Michel wyparły wszystkie inne kultywary tej rośliny. Kres historii ich sukcesu przyniosła tzw. choroba panamska – grzyb, który świetnie przechowuje się w glebie, praktycznie nie dając się wyplenić. W obliczu utrat całych plantacji farmerzy musieli przestawić się na mniej smaczną i delikatniejszą odmianę Cavendish, którą konsumujemy do dziś, choć i ją od pewnego czasu atakuje inna odmiana Fusarium exysporum, grzyba odpowiedzialnego za chorobę panamską. Gdyby historia miała się powtórzyć, nie bardzo mamy już czym zastąpić Cavendisha. Po pierwsze, w toku krzyżówek, którym bananowiec podlegał przez stulecia, doprowadziliśmy do jego bezpłodności, co oznacza, że wszystkie rośliny są klonami i zachowują przez to bardzo niską odporność na choroby oraz wady genetyczne. Po drugie, badania nad krzyżówkami z dzikimi (płodnymi) odmianami bananowców, które trwają od blisko stulecia, nie przyniosły dotąd zadowalających rezultatów, choć być może ostatecznie rozwiązaniem będzie obniżenie oczekiwań smakowych konsumentów.

Deforestacja, czyli wycinanie naturalnych dzikich terenów zielonych pod tereny pastewne lub uprawy – chociażby bananowca – a także wycinka lasów namorzynowych, chroniących delikatną równowagę terenów przybrzeżnych, pod farmy krewetek, także nie pozostały bez wpływu na ekosystem. W połączeniu ze zwiększoną emisją gazów cieplarnianych, za którą według FAO w 14,5% odpowiada sama przemysłowa hodowla zwierząt, skutkują nasileniem się ekstremalnych zjawisk pogodowych. Z danych analityków grupy ubezpieczeniowej Munich Re i National Centers for Environmental Information wynika, że tajfuny, tsunami, powodzie, trzęsienia ziemi, ekstremalne susze czy pożary w stosunku do lat 80. XX w. występują obecnie trzykrotnie częściej. Na lata 2001–2016 przypada też 16 z 17 najcieplejszych lat, które wystąpiły o początków pomiarów w 1880 r. Nawet w Polsce, gdzie nie obserwujemy zazwyczaj drastycznych zjawisk pogodowych, nietypowe przymrozki wczesną wiosną 2017 r. i duże opady w okresie kwitnienia wiśni spowodowały zauważalnie niskie plony tych owoców minionego lata. Z kolei letni tajfun, który najdotkliwszych strat przysporzył Kaszubom i Pomorzu, uszkodził ponad 30 mln drzew.

Podobnie niepokojące procesy zachodzą w hodowli zwierząt gospodarskich, którym od lat 40. minionego wieku zaczęto podawać antybiotyki – na początku, by opanować szybko rozprzestrzeniające się w dużych stadach choroby, z czasem prewencyjnie. Lata 80. przyniosły pierwsze badania wykazujące, że antybiotyki mogą kumulować się w ciele zwierząt, a co za tym idzie – również w organizmach spożywających je ludzi. Niemniej, jak przypomina zeszłoroczny raport InFuture Hatalska Foresight Institute zatytułowany Future of Food, dopiero 2006 r. przyniósł całkowity zakaz antybiotykowych stymulatorów wzrostu w żywieniu zwierząt w Unii Europejskiej. Oczywiście środki nadal stosuje się w przypadku chorób, o które w ciasno stłoczonych stadach nietrudno. Niehumanitarnemu traktowaniu zwierząt w hodowlach sprzeciwia się np. organizacja Compassion in World Farming. Ma ona również polski oddział, który prowadzi kampanie na rzecz zaprzestania chowu klatkowego w ogóle – podlegają mu kury, świnie hodowane na rozród, króliki, przepiórki czy kaczki i gęsi tuczone dla swoich wątróbek – i poprawy losu ryb hodowlanych. Dość powiedzieć, że zwierzęta hodowlane zajmują teren odpowiadający 30% powierzchni Ziemi, a 33% upraw przeznaczanych jest na pasze – w sytuacji, przypomnijmy, gdy blisko miliard ludzi głoduje lub jest skrajnie niedożywionych.

Koszty ludzkie
Jeśli wydaje nam się, że współczesny sposób produkcji żywności odciska piętno tylko na środowisku naturalnym i faunie, trzeba przeprowadzić smutną korektę: koszty społeczne przemysłowej produkcji jedzenia nie są wcale mniej drastyczne. Wielkiemu zadaniu oddania głosu pozbawionym go masom biedoty poświęcił się argentyński dziennikarz Martín Caparrós. W wydanej w 2015 r. książce Głód we wstrząsający sposób podsumował lata podróży do krajów, gdzie często pielęgnuje się systemowe niedożywienie pewnych społeczności, bo nie ma pomysłu, potrzeby lub siły sprawczej potrzebnych, by diametralnie odmienić ich los.

Większość historii zanotowanych przez Caparrósa jest przejmująca, ale niektóre bardziej niż inne każą czytelnikowi przecierać oczy ze zdumienia. Dlaczego np. mieszkańcy indyjskiego stanu Bihar, kolebki indyjskiej cywilizacji, która liczy sobie wprawdzie 100 mln mieszkańców, ale składa się głównie z żyznych ziem, gdzie świetnie rosną ryż i pszenica, cierpią głód? Dziennikarz odpowiada jednym cierpkim stwierdzeniem: dlatego że kolonialne władze brytyjskie ustanowiły tu system koncentracji ziemi w rękach pojedynczych właścicieli, wywłaszczając małorolnych chłopów, którzy odtąd biedują, najmując się, o ile to możliwe, do drobnych prac w cudzych gospodarstwach. Reforma rolna lat 60. i 70. nie poprawiła ich losów, bo rząd obarczył jej przeprowadzeniem tych samych obszarników, którzy już zarządzali większością upraw. Nic się nie zmieniło, z jednym może wyjątkiem – wzrosła gęstość zaludnienia, wynosząca obecnie w stanie Bihar tysiąc osób na km2. W efekcie połowa zamieszkujących go dzieci jest niedożywiona, a z miejsc takich jak jego stolica Biraul tysiące ludzi w poszukiwaniu lepszego losu wędrują do Bombaju, New Delhi czy Kalkuty, zasilając tamtejsze slumsy.

Co się dzieje z podobnymi im wieśniakami poszukującymi zajęcia w wielkich miastach, opisuje w reportażu z Tajlandii Człowiek w przystępnej cenieUrszula Jabłońska. Naiwni i spragnieni prędkich zarobków, które mogliby szybko odesłać rodzinie na wsi, padają łupem szajek porywających tajskich, ale też birmańskich i kambodżańskich mężczyzn (często przebywających w Tajlandii nielegalnie) na statki poławiające ryby na Morzu Indonezyjskim. Tam zostają przymuszeni do odpracowania fikcyjnych długów – wygenerowanych np. przez koszty operacji przerzucenia nielegalnych pracowników do wymarzonego eldorado – i de facto zamknięci w niewolniczym rybackim kieracie. Dlaczego trzeba uciekać się do takich sposobów, by pozyskać pracowników? Bo już w latach 90. wody przybrzeżne Tajlandii, szczególnie Zatoka Tajlandzka i Morze Andamańskie, zaczęły pustoszeć wskutek przełowienia trawlerami – statkami z wielkimi sieciami ciągniętymi po dnie, zgarniającymi oprócz ryb także dziesiątki innych morskich stworzeń. Dość szybko wyłowiono najbliższe lądowi zasoby, co spowodowało zmianę charakteru zatrudnienia w nadmorskich wioskach – by utrzymać się z połowów, trzeba było wypływać coraz dalej na coraz dłużej. Jedynymi, którym ten proceder nadal się opłaca, okazali się właściciele niewolniczych łódek, które na wiele miesięcy odpływają w głąb morza. Dla nich siła robocza wciąż pozostała bardzo tania. Chciwość i żądza zysku powiązane ze wzrostem zainteresowania określonymi produktami zmieniają też warunki bytowania społeczności,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kochać, uprawiać, chronić