Łąka jest jak nałóg. Nadchodzi taki dzień, że nagle zaczynasz zadawać sobie pytania: jak długo trwa przemiana pąka kwiatowego mniszka pospolitego w nasiona? Ile dokładnie dni kwitnie dzwonek rozpierzchły? I wtedy czujesz, że już przepadłaś, że łąka cię woła. Na tym etapie zaczynasz widzieć, że nie da się jej zrozumieć wyłącznie poprzez wertowanie przewodników do oznaczania gatunków ani czytanie botanicznych ksiąg. Patrząc na łąkę wyłącznie przez pryzmat nauki, bez emocji, nigdy nie poczujesz z nią więzi. A bez miłości nie będziesz jej szanować ani chronić.
Świat łąki można poznawać poprzez bogactwo kształtów, których nawet nie sposób spamiętać. Poprzez obfitość kolorów – przypomina ona bowiem patchwork, każdego dnia dziergany od nowa. Zimą przeważają szarości, brązy i żółcie. Potem zdarza się cud. Nadchodzi czas, kiedy łąka zamienia się w kolorowy kobierzec.
A zapach? Czy wiesz, że całkiem inaczej pachnie łąka o świcie, gdy wyłania się zza ściany mgły, zwilżona rosą, niż w środku dnia, w samo południe, kiedy rośliny omdlewają od gorąca, pochylając się ku ziemi? A zapach łąki po ciepłym deszczu? Całkiem odmienny, jakby ziemny, a jednak tak świeży, że mimowolnie zaczynasz oddychać głębiej. A smak? Czy łąka ma smak? Przejdź obok kwitnących mniszków, strząśnij na palec odrobinę ich złotego pyłku i skosztuj trochę. Podczas wizyty na łące nadstaw też ucha. Gdzieś pomiędzy świergotem skowronka, przeciągłym, tęsknym nawoływaniem żurawi, radosnym brzęczeniem pszczół i innych dzikich zapylaczy spróbujmy usłyszeć, o czym szumią łąkowe rośliny.
Achillesowe ziele i krewka Matki Bożej
Tuż przy skraju drogi wita mnie krwawnik pospolity (Achillea millefolium L.). Zna go chyba każdy, przynajmniej z widzenia. Rośnie niemal wszędzie. Można spotkać go nie tylko na łąkach, ale również na pastwiskach i tzw. nieużytkach. Dorastająca nawet do 80 cm wysokości sztywna łodyga zdobna jest w podwójnie lub potrójnie pierzastosieczne liście przypominające ptasie piórka. Szczyt pędu wieńczą zebrane w płaskie baldachogrono białe lub bladoróżowe koszyczki kwiatowe. Już w samej nazwie rośliny wybrzmiewa podpowiedź, czego można się po niej spodziewać. Świeży krwawnik posiada moc tamowania krwawień. To pierwsza skuteczna pomoc, po którą możesz sięgnąć, jeśli skaleczysz się nieopatrznie podczas wędrówki. Aby powstrzymać sączącą się z rany krew, wystarczy zerwać parę listków, rozetrzeć je lub chwilę przeżuć w ustach, i już masz gotowy opatrunek
Krwawnik niejedno ma imię. W zależności od regionu nazywa się go m.in. tysiąclistem, stolistem, pokrętnikiem, drętwikiem, krowewnikiem, a nawet śmietanką. Ta ostatnia nazwa to pokłosie wiary, że okadzane jego dymem krowy odwdzięczą się mlekiem tłustym i treściwym. Zabieg ten spełniał jeszcze inną funkcję – chronił je przed odebraniem mleka przez czarownice, przed złym spojrzeniem.
Pierwszy człon łacińskiej nazwy – achillea – krwawnik zawdzięcza samemu bohaterowi wojny trojańskiej Achillesowi, który miał go używać do leczenia ran swoich towarzyszy. Natomiast nazwa millefolium, „tysiąc liści”, nawiązuje do drobno rozczłonkowanych liści.
Bogaty w olejki eteryczne krwawnik ma intensywny, korzenny zapach, nie do pomylenia z żadną inną rośliną. I gorzkawy, ale jednak dziwnie przyjemny, smak. Jego młode, skupione w gęstą rozetkę listki, niepewnie wychylające się z ziemi, należą – obok soczystych listków mniszka, pokrzywy i gwiazdnicy – do grona pierwszych dzikich nowalijek. Są doskonałym składnikiem do wiosennej kuracji uzupełniającej wszelkie niedobory witamin i mikroelementów. Drobno posiekane liście krwawnika można dodawać do sałatek, zup, na kanapki lub jeść zerwane prosto z łąki. Świeżych, posiekanych liści nie skąpiono dawniej na wsi gąskom, kaczkom, indykom i kurczakom w pierwszych dniach życia. W pewnych regionach istniało nawet przeświadczenie, że indyki nie wychowają się bez krwawnika. Badania potwierdziły również, że jest on naturalnym środkiem przeciw pasożytom. Jego lecznicze właściwości znano już w starożytności. Pisali o nich m.in. Hipokrates, Dioskurydes, Pliniusz Starszy. Nie omieszkała o nich wspomnieć także św. Hildegarda z Bingen. Z ziela krwawnika sporządzano dawniej napary, macerowano je w winie lub occie. Korzeń palono, a powstały w ten sposób cenny popiół mieszano z wodą i podawano do picia. Jego suszone i zmielone liście zażywano podobnie jak tabakę, co miało przynieść ulgę w bólach głowy. Jeśli pragniesz zebrać krwawnik do ziołowej apteczki, wybierz się po niego w początkach kwitnienia, czyli w lipcu. Możesz zebrać same kwiaty albo ścinać całe ziele. Roślina działa przeciwzapalnie i odkażająco. Stosuje się ją w dolegliwościach układu pokarmowego jako lek żółciotwórczy, żółciopędny, rozkurczający, zwiększający wydzielanie soków trawiennych i zaostrzający apetyt. Po aromatyczny napar z krwawnika warto sięgnąć przy niestrawności, bólach brzucha, skurczach jelit, wzdęciach, braku apetytu. Krwawnik to prawdziwy sprzymierzeniec kobiet. Będzie pomocny przy bolesnych i nieregularnych krwawieniach miesiączkowych. Równie dobrze sprawdzi się przy zapaleniu spojówek, łojotoku, trądziku i czyrakach.
Dwa kroki od krwawnikowej kępy kwitnie gromada dziurawców. Już z daleka widać, że lubią swoje towarzystwo. Rzadko rosną samotnie. Mają mieniące się w słońcu żółte, nakrapiane brunatnymi plamkami (zbiorniczkami hyperycynowymi) kwiaty, złociste tam, gdzie dotyka ich światło. Dziurawiec zwyczajny (Hypericum perforatum L.) to dziecko słońca, uwielbia wygrzewać się w jego ciepłych promieniach. I nie dajcie się zwieść jego nazwie. Wcale taki zwyczajny nie jest. Z mało którą rośliną wiąże się taka obfitość przesądów i opowieści.
Zerwij jeden listek i spójrz na niego pod słońce. Ujrzysz liczne, drobne, prześwitujące kropeczki. To nie dziurki jednak, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Te jasne punkciki to zbiorniki olejku eterycznego. I teraz już wiadomo, skąd wzięła się swojsko brzmiąca nazwa „dziurawiec”. Ta charakterystyczna cecha została ujęta także w określeniu łacińskim. Perforatum to nic innego jak po prostu dziurawy.
Dawniej wierzono, że sam diabeł, kierowany niepozwalającą mu spocząć niechęcią, z godnym pozazdroszczenia uporem wbija szpilki w dziurawcowe liście. Widzi w nim bowiem swojego zapiekłego wroga. To właśnie ta roślina miała moc chronienia ludzi przed czarami, urokami i diabelskimi zakusami. Bukiet dziurawców zawieszony w oknie, miał strzec domostwa przed uderzeniem piorunów, a okadzanie jego dymem stanowiło panaceum na wszelkie nieszczęścia. Nazywano go nawet fuga daemonum, dosłownie: ucieczka demonów. Noszony przez kobiety miał ustrzec je przed gwałtem. Włożony pod poduszkę położnicy, zapewniał bezpieczny poród, a zawieszony na szyi noworodka, chronił przed lichem.
Rośliny w tradycji ludowej mają wiele imion, a dziurawiec może się w tym zakresie pochwalić wyjątkowym bogactwem. Zgłębiając nazwy potoczne i gwarowe roślin, jednocześnie odkrywasz ich sekrety. Bo jeśli słyszysz „krewka Matki Boskiej”, „krew Chrystusa” czy „Boża męka”, zaczynasz drążyć sprawę. I odkrywasz, że gdy tylko rozetrzesz w palcach balsamiczne kwiaty dziurawca, ich żółć wnet zabarwi się czerwienią. Inna nazwa rośliny to „świętojańskie ziele”, „ziele św. Jana”. Nie dość, że właśnie w tym czasie zakwitała, to jeszcze była nieodzownym towarzyszem sobótkowych zabaw. Pleciono z niej wianki, wrzucano je do ognia, a z ilości i intensywności zabarwienia jej czerwonego soku wróżono. Zwana była również krzyżowym zielem, ze względu na moc uśmierzania bólów w krzyżu. I jeszcze postrzelonem, przestrzelonem z racji jej „dziurawych” liści.
Dziurawiec jako lek ma bardzo długi rodowód sięgający starożytności. Ziele ścina się na początku kwitnienia, mniej więcej w połowie jego wysokości, pozostawiając zdrewniałe części. Jeśli pogoda okaże się łaskawa, pod koniec lata można liczyć na jeszcze jeden zbiór. Stosowany w formie naparu, jest doskonałym środkiem żółciopędnym, pobudzającym trawienie, poprawiającym pracę wątroby i trzustki. Jeśli ma przynieść ulgę w stanach niepokoju, nasilonego stresu lub obniżonego nastroju, musisz sięgnąć po nalewkę. W pracowni zielarskiej nie może zabraknąć spirytualiów. Większość substancji czynnych ziół, w tym odpowiedzialne za działanie przeciwdepresyjne dziurawca hyperycyna i hyperforyna, doskonale rozpuszczają się właśnie w alkoholu. Nalewki są mocno skoncentrowaną formą leku roślinnego. Można je przechowywać nawet kilka lat. Bez uszczerbku dla ich leczniczych mocy.
U mojej babci Stanisławy każdego lata na parapecie okna połyskiwały złotem słoiki z olejem dziurawcowym. Przez parę tygodni wygrzewały się leniwie na słońcu niczym koty. Żółte aromatyczne kwiaty oddawały do oleju to, co w nich najcenniejsze. Z każdym dniem olej stawał się coraz bardziej czerwony. Babciny oleum rubrum był lekiem na całe zło. Smarowała nim nasze stłuczone kolana i wszelkie zadrapania – pamiątki podwórkowych przygód. Podczas stosowania dziurawca należy unikać słońca, ponieważ ma właściwości fotouczulające. Z tego powodu w niektórych regionach przylgnęła do niego nawet nazwa „zwierzobój”, gdyż stanowił zagrożenie dla jedzących go zwierząt, szczególnie tych o jasnej sierści.
Ale mój wzrok już przyciągają kusząco duże kwiatostany jastruna właściwego (Leucanthemum vulgare Lam.), zwanego potocznie margaretką. Przez moment walczę z nieodpartą pokusą ścięcia go, związania mocnym źdźbłem trawy w bukiet i zabrania do domu.
Lepiej jednak niech zostanie tu, gdzie jego miejsce. Ku uciesze zapuszczających się na łąki wędrowców. Parę kroków dalej świerzbnica polna (Knautia arvensis [L.] J. M. Coult.), w tradycji ludowej znana pod nazwą „wiatrowe ziele”. Jak odnotowali etnografowie, parzoną z niej herbatkę podawano dzieciom jako remedium na „przelęknienie”. Wokół jej fioletowych kwiatów, niczym w jakimś tańcu, gorączkowo uwijają się motyle i pszczoły. Przyjrzyj się chwilę. Spróbuj zliczyć, ile owadów odwiedziło ją w ciągu kilkunastu minut, a ich liczba i różnorodność z pewnością cię zaskoczą. Poznawanie przyrody wymaga cierpliwości, a jej tajemnice mają szansę zgłębić jedynie ci, którzy potrafią się zatrzymać.
Dać przyrodzie odetchnąć
A jeśliby patrzeć na łąkowe rośliny nie przez pryzmat kształtu, ale koloru, jeśliby pozostać przy fioletach, których liczba odcieni jest wręcz nieprzyzwoicie duża, to bez wątpienia natkniesz się na wykę ptasią (Vicia cracca L.). Prawdziwa z niej czepialska. Ma wiotką, długą, pokładającą się łodygę. Za pomocą licznych wąsów przyczepia się do roślinnych sąsiadów. Jej nieparzysto-pierzaście złożone liście składające się z 6–12 drobniutkich par listków aż proszą, aby obrywać je po kolei. Raz na zawsze zyskując pewność, czy „kocha, lubi, szanuje…”. Przyjrzyj się też urodzie jej kwiatów – starannie nawleczonych na szypułce usadowionej w kącie liścia. To tzw. kwiaty motylkowe, o specyficznej budowie. Jak podają botaniczne księgi, z „koroną niebieskofioletową z plamą na łódeczce i ciemnymi wybarwieniami na skrzydełkach i żagielku”. Chociaż aromat kwiatów jest ledwo uchwytny, bogate są w słodki nektar. Wydobyć go nie jest łatwo, a zadaniu temu mogą sprostać jedynie owady o długim aparacie gębowym i odpowiednich gabarytach – duże, krągłe i puchate trzmiele. Owoce wyki, brązowe strąki o wnętrzu gładkim niczym masa perłowa, pękają, uwalniając czarne trujące nasiona. Opowieść o wyce można by snuć i snuć niczym cierpliwa prządka nić, ale czas ruszać dalej, bo przecież tak naprawdę przyszłam tu, żeby nazbierać koniczynowych kwiatostanów.
Koniczyna łąkowa (Trifolium pratenseL.), nazywana bywa także koniczyną czerwoną, chociaż uparcie będę obstawać przy stanowisku, że jej kształtne główki są różowe. Mój upleciony ze słomy kosz powoli wypełnia się właśnie tym kolorem. Pierwszy punkt tworzenia ziołowych mikstur jest zawsze taki sam: ruszaj do lasu, na łąki, w naturę. I zbieraj. Od tego się zaczyna… A potem w domowym zaciszu pochyl się w skupieniu nad przyniesionymi skarbami. I twórz, przyrządzaj, eksperymentuj, smakuj. Jeśli lubisz odmierzać, siekać, ubijać, ukręcać, ugniatać, mieszać, doprawiać, to niechybny znak, że pokochasz sztukę ziołolecznictwa. Ma ona wiele wspólnego ze sztuką kulinarną. Obie opierają się na podobnych zasadach. Wymagają wyobraźni, entuzjazmu, a także cierpliwości. Koniczyna, ze względu na obecność izoflawonów, czyli substancji o działaniu estrogennym, jest ziołem szczególnie przyjaznym kobietom. Zmniejsza objawy zespołu napięcia przedmiesiączkowego, tkliwość piersi, reguluje krwawienia, dobrze radzi sobie z trądzikiem androgennym. Koniczyna łąkowa jest w całości jadalna. Jej…