Atmoterroryzm. Auschwitz, Drezno, Hiroszima itp.
Czy istnieje związek pomiędzy techniką i terrorem? W jaki sposób oszałamiający tryumf techniki miałby odcisnąć piętno na pojęciu terroru, dając początek nowej praktyce zagłady?
Aby udzielić odpowiedzi na te pytania‚ należałoby przyjrzeć się ewolucji, jaką przeszły broń, sprzęt wojskowy, bomby i toksyczne gazy. To właśnie robi Peter Sloterdijk, kiedy zastanawia się nad zjawiskiem manipulowania powietrzem, które począwszy od cezury XX w., na zawsze odebrało ludziom ich naturalne prawo do oddychania bez lęku o jakość otaczającej ich atmosfery. Sloterdijk nie ma wątpliwości: terroryzm jest „dzieckiem nowoczesności”[1]. Owa pokoleniowa więź ukazuje się jednak z całą jasnością dopiero w XX stuleciu. To właśnie dlatego terror czysto nowoczesny jest zjawiskiem postheglowskim i jako taki nie może być postrzegany w bezpośredniej ciągłości z terrorem jakobinów z roku 1793 czy bolszewików z roku 1917. Tym bardziej nie należy go mylić – żeby się posłużyć znaną definicją Wolfganga Sofsky’ego – z „porządkiem terroru wyznaczonym przez dyktaturę hitlerowską”[2]. Tym, co odróżnia terror techniki od jego poprzedników, jest atak na środowisko: celem nie jest już bowiem sam nieprzyjaciel, lecz atmosfera, powietrze, którym oddycha. W tym znaczeniu wydaje się uprawnione mówienie o atmoterroryzmie.
Kiedy narodziła się ta nowa forma zagłady? Czy można wskazać konkretny moment? Sloterdijk umieszcza „ową źródłową scenę” w kontekście I wojny światowej, podając rok, miesiąc, dzień i godzinę. Stało się to w Ypres, na froncie zachodnim, w trakcie bitwy z 22 kwietnia roku 1915, pod wieczór, pomiędzy godziną 18 i 19. Przychylny Niemcom wiatr skierował wówczas od linii frontu niemieckiego w kierunku okopów Francuzów chmury gazu bojowego, chloru, wydobywającego się z ponad 5700 butli. Wskazówki zegara odmierzyły głęboką cezurę, wyznaczając początek ery technicznej zagłady. Od tej chwili praktyka terroru, znacząca historię naszej cywilizacji, jak żadne inne zjawisko stała się oryginalnym wynalazkiem XX stulecia. Sloterdijk rekonstruuje z całym bogactwem szczegółów tamto pierwsze zastosowanie broni chemicznej na masową skalę. Tym samym została porzucona idea pojedynku, który jeszcze do niedawna dawał złudzenie uczciwego męskiego starcia, a relacja pomiędzy przeciwnikami rozwinęła się na postmilitarnych podstawach. Czynnikiem inicjującym była w tym konkretnym przypadku niedostępność żołnierzy obu obozów, ukrywających się przez długie miesiące w okopach. Żadna broń o dalekim zasięgu nie byłaby w tych okolicznościach wystarczająco skuteczna. Rozwiązania dostarczyła nowoczesna wojna chemiczna, stanowiąca preludium do bombardowań powietrznych. Zastosowanie gazów i trucizn, coraz bardziej powszechne pomimo art. 23 pkt a Konwencji dotyczącej praw i zwyczajów wojny lądowej podpisanej w Hadze w roku 1907 stało się z kolei bodźcem do rozwoju technologii toksycznych chmur i duszących obszarów.
Jeśli spojrzymy na współczesny terror z tej perspektywy, okaże się on kolejną udoskonaloną formą wojny. Kontrolowana przemoc wojenna przeradza się oto w wolność zagłady, w zagładę absolutną, pozbawioną wszelkich granic, czy to fizycznych czy metafizycznych. Przejście to dokonuje się w chwili, gdy człowiek definitywnie odchodzi od koncepcji wojny jako starcia pomiędzy przeciwnikami, potyczki pomiędzy regularnymi armiami. Wolny od jakichkolwiek reguł, szaleje terror. Jednakże nowoczesny terror, w którym skondensowana została cała wiedza o zagładzie, choć zachował pierwotny charakter ataku, ma w sobie coś nowego, coś dotychczas niespotykanego. Ciało wroga nie musi już bowiem zostać unicestwione za pomocą bezpośrednich ciosów. Atak zostaje skierowany na środowisko, w którym żyje nieprzyjaciel, sprawiając, że jego egzystencja staje się niemożliwa. Atak na funkcje życiowe, od oddychania po centralny system nerwowy, sprawia, że pozornie wróg zostaje pokonany przez swój własny naturalny odruch, np. odruch oddychania. Odpowiedzialność się rozmywa, staje się anonimowa. Coraz mniejsze znaczenia ma asymetria sił. W rzeczy samej wystarczy jeden terrorysta, aby przeprowadzić brzemienny w skutkach atak. Nie powinno to jednak prowadzić do wniosku, jakoby terror był bronią słabych. Historia pokazuje, że w ciągu XX stulecia to właśnie państwa często sięgały po terrorystyczne metody.
Kiedy technika wraz z całym swym destrukcyjnym potencjałem rozsadza i przekracza ramy wojny, przemoc narasta, staje się przemocą wobec ludzi, wobec rzeczy, staje się niekontrolowaną przemocą wobec atmosferycznej otoczki życia. Realizowanie terroru, które rozumiane jest zawsze jako kontratak, nigdy jako atak bezinteresowny i pierwotny, oznacza gotowość do poszerzenia bez miary pola konfliktu. Wróg nie jest tu już nawet „wrogiem”. Nie mają zatem znaczenia ani front, ani okopy. „Inny” staje się jedynie bytem, który trzeba wyeliminować. Nie chodzi o wzięcie go do niewoli, o pokonanie go, o zawłaszczenie jego wolności. Chodzi raczej o coś więcej, o uwolnienie środowiska – a nawet planety – od jego obecności i jego wolności. Owa epokowa zmiana oznacza przejście od wrogości tradycyjnej do takiej, która uwolniona i uwyraźniona przez technikę, staje się samą zagładą, a zatem projektem unicestwienia.
Do historii technicznej zagłady, która dochodzi do 11 września i rozciąga się na wiek XXI, Sloterdijk zalicza wydarzenia pozornie od siebie odległe i nie zawsze uważane za wzajemnie powiązane. Od chmury żółto-białego gazu, który wypełnił okopy jednostek francusko-kanadyjskich po przemysłowe zastosowanie cyklonu B, otoczonego złą sławą cyjanowodoru, który pierwotnie – jak obiecywały reklamy producenta – miał uczynić domy mottenfrei, „wolnymi od moli”, a potem, zgodnie z dyktatem „ostatecznego rozwiązania”, całą planetę judenfrei, „wolną od Żydów”.
Sloterdijk zwraca uwagę na inne godne zapamiętania daty w tym przedziale czasowym. Na przykład 8 lutego roku 1924, kiedy stan Nevada uruchomił pierwszą komorę gazową w celu wykonywania egzekucji na cywilach. Tym samym atmoterroryzm stał się częścią prawa karnego demokratycznego kraju.
Model ten został przejęty przez kolejne stany Ameryki Północnej, w tym przez Kalifornię. Krzesło elektryczne, eufemizm ukrywający silne wyładowania elektryczne, które sprawiały, że mózg skazańca dosłownie się gotował, zostało zastąpione bardziej sterylną komorą gazową, gdzie trujące gazy blokowały transport tlenu do krwi i doprowadzały do śmierci z powodu niedotlenienia organizmu. Zmiana ta podyktowana była swego rodzaju „humanitaryzmem”, sentymentalnym prawem postępowej nowoczesności.
Techniczny atmoterroryzm w ostatecznym rozrachunku ułatwił neutralne i bezosobowe administrowanie śmiercią, żeby na koniec pozwolić na przejście do prawdziwie masowej produkcji trupów w komorach gazowych, które pracowały na pełnych obrotach w hitlerowskich obozach zagłady. Dane z Auschwitz-Birkenau mówią same za siebie. Tylko jednej nocy, z 13 na 14 kwietnia 1943 r., za pomocą 6 kg cyklonu B zostało zagazowanych 1492 Żydów przywiezionych z krakowskiego getta. Ich ciała przetransportowano do krematorium II, gdzie zostały spalone.
Sloterdijk należy do tych filozofów, którzy śladem Heideggera zestawiają Auschwitz z innymi toponimami: z Dreznem, Hiroszimą, Nagasaki. Są to punkty na mapie czarnej meteorologii, zainaugurowanej przez ataki z powietrza, które likwidują dystans przestrzenny i docierają do miejsc wcześniej niedostępnych, znosząc różnicę pomiędzy cywilami i żołnierzami. Samo tylko użycie broni rakietowej dalekiego zasięgu prowadzi do globalizacji wojny. Terror nie jest już tylko atakiem wymierzonym w powietrze z powierzchni ziemi, ale raczej atakiem z powietrza skierowanym hipotetycznie przeciwko całemu żyjącemu światu, uznanemu za wrogi, a więc przeznaczonemu do unicestwienia. Z filozoficznego punktu widzenia zatem siły powietrzne odgrywają tu kluczową rolę. Sloterdijk wspomina o zniszczeniu Guerniki dokonanym przez nazistowski Legion Condor 26 kwietnia 1937 r., aby potem zrekonstruować nalot na Drezno, który miał miejsce w nocy z 13 na 14 lutego roku 1945.
Samoloty brytyjskiej jednostki Royal Air Force działały według precyzyjnego planu: miasto miało zostać otoczone pierścieniem bomb zapalających, wywołujących swego rodzaju burzę ogniową, a ta, rozpętana z powietrza, miała dać efekt potężnego pieca hutniczego. W pierwszych dwóch atakach zrzucono ponad 650 tys. bomb. Nikt nie miał wątpliwości, że celem była ludność cywilna, tym bardziej że było powszechnie wiadomo, iż w mieście, a zwłaszcza w okolicach dworca głównego, zgromadziły się tysiące uciekających. Według szacunkowych danych zginęło wówczas co najmniej 35 tys. ludzi. Wielu z nich spłonęło lub udusiło się, ale znajdowano także zasuszone i zmumifikowane ciała tych, do których ogień nie dotarł. Schrony przeciwlotnicze na skutek gorąca zmieniły się w piekarniki, w których żywcem upiekło się lub udusiło z powodu toksycznych wyziewów ponad 10 tys. ludzi. Całe centrum miasta przekształciło się w jedną wielką komorę spalania. Drezno nie stanowiło jednak wyjątku, ekscentrycznej anomalii, lecz stało się nowym modelem termoterroryzmu. Jeśli z historycznego punktu widzenia to państwa jako pierwsze zaczęły posługiwać się narzędziem terroru, to Sloterdijk nie waha się nazwać Churchilla „terrorystą”, do czego nota bene brytyjski premier podobno się przyznawał[3].
Zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki przez amerykańskie samoloty 6 i 9 sierpnia 1945 r., które zwykle uważane jest za wydarzenie nieporównywalne do żadnego innego, w tym kontekście można uznać bardziej za ilościową niż jakościową eskalację. Szacuje się, że liczba ofiar wyniosła ok. 100 tys. w Hiroszimie i 40 tys. w Nagasaki; jednak liczby te gwałtownie rosną, jeśli weźmiemy pod uwagę tych, którzy zmarli później w następstwie promieniowania radioaktywnego. Był to pierwszy atak nuklearny skierowany przeciwko całemu żyjącemu światu, stając się kulminacyjnym punktem nowoczesnej zagłady. Nowością była radioaktywna broń i długoterminowość ujawniania się skutków napromieniowania. Po oślepiającej burzy światła przyszedł czarny deszcz, który bezlitośnie zalał napromieniowaną pustynię, przynosząc ze sobą nieznane dotąd choroby, głębokie owrzodzenia, zmiany nowotworowe, niewyjaśnione poparzenia, tak jakby nieprzyjaciel nie przestawał atakować, ukryty gdzieś w nieuchwytnej atmosferze, złożonej z fal i promieni.
Heidegger i wygnanie egzystencji z biosfery
Radioterroryzm pozostawił po sobie w spadku właśnie okres latencji, a więc niewidzialną agresję, atak na to, co nieskończenie małe, przynoszący nieograniczone skutki. Dzisiejszy terroryzm, niezależnie, czy ma on charakter państwowy czy nie, osiągnął kolejne efekty w sferze możliwości ataku na biosferę. Co więcej, w tajemnicy przed opinią publiczną amerykańskie supermocarstwo opracowało nowe strategie na użytek przyszłej wojny jonosferycznej, czyli takiej, która jest w stanie wykorzystać do celów militarnych klimat, np. poprzez modyfikowanie zjawisk pogodowych, blokowanie opadów deszczu. Do bioterroryzmu – łatwiej dostępnego z racji bardziej prymitywnych technik, jakimi się posługuje, takich jak rozpowszechnianie wirusów czy bakterii – dołączyły tajne i bardziej wyrafinowane formy terroryzmu. Na przykład broń infradźwiękowa, która, jak się wydaje, może mieć zdalny wpływ na ludzkie organizmy, w szczególności na mózg, a zatem powinna być zaliczana do broni neurotelepatycznych.
Dla naszej egzystencji istotne jest to, co wyróżnia postmodernistyczny terror: fakt, że jego celem jest nie tylko ciało wroga, ale też jego środowisko. Jest oczywiste, że dla tej nowej, globalnej formy wojny – która pozostawia za sobą doświadczenia wszystkich wcześniejszych wojen – wygrana oznacza unicestwienie, nawet jeśli jego ceną miałoby być samounicestwienie. Tym samym istoty żyjące pogrążają się w środowisku, w którym nie da się żyć, i natychmiast giną albo umierają później w następstwie śmiercionośnych skutków jego oddziaływania. Na nic zdaje się system odpornościowy. Nowa broń terroru jest efektem filozoficznych poszukiwań kolejnych słabych punktów warunków życia. Terrorysta staje się ciemną stroną filozofa, przekształcając w cele ataku te wewnętrzne przestrzenie, w których dotychczas naiwnie chroniło się życie.
Heidegger mówił o „okolicach” dla nazwania tej przestrzeni, w której pomimo utraty ojczyzny, stanu będącego przeznaczeniem świata w epoce cywilizacji technicznej, każdy powinien znaleźć schronienie. Dla niego miejscem takim była leśna polana. Jednak pomijając ową idylliczną, często źle interpretowaną wizję, Heidegger był jedynym filozofem, który przewidział zagrożenie, jakie stanowiło dla zamieszkiwania człowieka istnienie techniki. Terrorystyczna cezura, jaka miała miejsce w ostatnich dziesięcioleciach, sprawiła, że owa „utrata ojczyzny” jawi się już nie jako na zawsze utracone i niemożliwe do odzyskania zamieszkiwanie, lecz jako postępujące wygnanie egzystencji ze wszystkich bezpiecznych nisz naturalnej biosfery, tak że niemożliwa jest ani ucieczka w chroniony obszar, ani dotarcie do źródła magicznej immunizacji.
O ile istnienie związku łączącego technikę z terrorem nie budzi wątpliwości, o tyle bardziej problematyczny wydaje się kolejny krok, który robi Sloterdijk, a który doprowadza go do uznania terroryzmu za modus operandi, sposób działania czy raczej procedowania[4]. Jego zasadniczym celem jest zwrócenie uwagi na powszechnie stosowane wyrażenie „wojna z terroryzmem”, które samo w sobie stanowi nonsens, gdyż wynosi do rangi wroga szeroko przyjętą metodę. Stanowisko Sloterdijka kryje w sobie jednak ryzyko stechnicyzowania terroru, zneutralizowania go i sprowadzenia do roli trybu, który wciąż działa w sposób niemal niezależny od kontekstów historycznych i czynników…