Gdy analizowałam w mojej pracy doktorskiej typy upamiętniania społeczności żydowskich w mniejszych miejscowościach we współczesnej Polsce, wyróżniłam trzy najważniejsze sposoby obrazowania Żydów i Zagłady. Kryterium klasyfikacyjne, które przyjęłam, to miejsce, jakie zajmuje w tych narracjach pamięć żydowska. Polskie dyskursy nazwałam kolejno: krytycznym, afirmacyjnym i etnonacjonalistycznym. Dyskurs krytyczny cechuje to, że jego użytkownicy uznają pamięć żydowską za równorzędną własnej i umożliwiają swobodne jej wyrażanie. W dyskursie afirmacyjnym następuje przefiltrowanie perspektywy żydowskiej przez pamięć grupy własnej i odrzucenie wszystkich tych elementów, które podważają pozytywny wizerunek swojskiej zbiorowości, pozostawiając je ukrytymi i przemilczanymi. Etnonacjonalistyczne obrazowanie natomiast przerysowuje odrębność pamięci żydowskiej, przedstawiając ją jako wchodzącą w ciągły konflikt i zagrażającą pamięci grupy własnej. Obserwując w ostatniej dekadzie coraz więcej inicjatyw upamiętniających społeczności żydowskie w Polsce, należy stwierdzić, że to dyskurs afirmacyjny stał się dominującym sposobem obrazowania tego mniejszościowego dziedzictwa. Dzięki temu historia i kultura polskich Żydów zaczęły być coraz powszechniej postrzegane jako część przeszłego, wielokulturowego dziedzictwa Polski. Stało się to jednak na określonych warunkach: utrzymania pozytywnego wizerunku grupy większościowej, przy jednoczesnym podkreśleniu odmienności tego, co żydowskie. W efekcie pamięć mniejszości podporządkowana została mechanizmowi potwierdzania poczucia dumy z przynależności do grupy większościowej. Twierdzę, że warunki te tworzą coś, co można nazwać wspólną płaszczyzną między obrazowaniem afirmacyjnym i etnonacjonalistycznym dziedzictwa żydowskiego i Zagłady.
W czasie wzmożonej aktywności polityki historycznej wokół definiowania tożsamości grupy większościowej często „to, co całkiem różne od nas”, może łatwo przeobrazić się w „to, co nam wrogie”, „to, co przeciwko nam”.
Dobrą ilustracją przejścia od narracji afirmacyjnej do etnonacjonalistycznej są moim zdaniem wypowiedzi i działania polityków obozu rządzącego i sprzyjających mu mediów po przyjęciu w tym roku nowelizacji ustawy o IPN. Nie na tym jednak momencie mam zamiar się tu skoncentrować. Prawicowy dyskurs o Żydach i Zagładzie wyodrębnił się wcześniej, czerpiąc z narracji afirmacyjnej i etnonacjonalistycznej (prawie nigdy z narracji krytycznej), posługując się kilkoma powtarzającymi się motywami, takimi jak: rywalizacja w cierpieniu, instrumentalizacja Holokaustu i stereotyp „żydokomuny”. Zaznaczę, że zawężam tu rozumienie prawicy do obecnie rządzącego Prawa i Sprawiedliwości oraz do przedstawicieli mediów sprzyjających rządzącej partii. Czynię to m.in. ze względu na takie samookreślenie się tego środowiska oraz rozpowszechniony wizerunek tej partii jako będącej w całkowitej opozycji do Platformy Obywatelskiej, również partii prawicowej. Główne wątki interesującej mnie narracji scharakteryzowałam na podstawie trzech książek. Wszystkie publikacje powstały przed nowelizacją ustawy o IPN i jako nienaukowe zostały pomyślane tak, by były dostępne dla szerokiego grona odbiorców. Są to: Krew na naszych rękach? Pawła Lisickiego (2016), Klincz? Debata polsko-żydowska Gabriela Kayzera (2017) oraz Winni. Holokaust i fałszowanie historii Dariusza Walusiaka (2016) – autorzy to publicyści i dziennikarze, którzy kształtują bądź przywołują popularne w środowisku polskiej prawicy motywy obrazowania dziedzictwa żydowskiego i Zagłady. Część z tych wątków można było odnaleźć w wypowiedziach polityków rządzącej partii po przyjęciu nowelizacji. Zaznaczę, że choć interesują mnie przede wszystkim tropy dominujące w prawicowej polityce pamięci, to postaram się przywołać tu również odrębne stanowiska, zarysowując różnorodność istniejącą w obrębie tego dyskursu.
Instrumentalizacja Holokaustu
Szczególną rolę przypisuję książce Pawła Lisickiego. Wprowadziła ona mianowicie do prawicowego języka takie określenia jak „religia Holokaustu” czy „ideologia holocaustianizmu”. Autor czerpie garściami z narracji etnonacjonalistycznej, m.in. poprzez zaakcentowanie ideologicznej walki o pamięć. Redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy” wyróżnia w omawianej książce dogmaty „holocaustiańskiej wiary”. Ma się nimi kierować w swoich opiniach przeważająca część zachodnich elit intelektualnych. Wśród reguł wymienia m.in. tezę o nieporównywalności, wyjątkowości zbrodni Holokaustu, potrzebę rozliczenia się każdego narodu z postaw wobec ofiar Zagłady oraz przekonanie o ciągłości między „nauczaniem pogardy” Kościoła katolickiego wobec wyznawców judaizmu a rozpowszechnieniem antysemityzmu eliminacyjnego w nazistowskich Niemczech. Trzeba przyznać, że każda z tych tez jest obecna i istotna w dyskursie o Zagładzie. Stanowi jednak jedną z interpretacji głównych problemów badawczych w studiach nad Holokaustem, m.in. o naturze zbrodni, o związkach między antyjudaizmem a antysemityzmem czy w ogóle kwestii, na ile nienawiść wobec Żydów uznać należy za decydujący czynnik przeprowadzenia masowej zagłady ich społeczności.
Paweł Lisicki nie rozpoznaje bądź celowo pomija różnorodność zajmowanych stanowisk. Wydaje się, że zachodnia pamięć o Zagładzie interesuje go jedynie, gdy potwierdza tezę o konflikcie, po pierwsze, z pamięcią zbiorową Polaków, w jaki ma wchodzić jako narracja obca, niedotycząca polskich współobywateli i narzucona z zewnątrz, oraz, po drugie, gdy rzekomo zagraża tradycji chrześcijańskiej. Trzeba tu raczej mówić o wyobrażonej przez Lisickiego zachodniej narracji o Zagładzie.
Na antagonizującą funkcję tego ujęcia wskazuje dokonane przez publicystę rozpoznanie starcia, w którym polska i chrześcijańska opowieść o cierpieniu przegrywa z żydowskim dyskursem. Zacytuję obszerne fragmenty wywodu redaktora naczelnego „Do Rzeczy”, by zobrazować specyficzny język dyskursu etnonacjonalistycznego (choć widać w nim także indywidualny, niezwykle emocjonalny styl autora). Lisicki pisze więc o nieobecności w świecie polskiej martyrologii oraz zapominaniu o unikalnym statusie Polaków jako ofiar dwóch totalitaryzmów – nazizmu i komunizmu. Publicysta przestrzega: „Nagle okazuje się, że przestaje się liczyć pamięć o polskim oporze, o moich bliskich, całe to doświadczenie zapisane w niezliczonej liczbie cmentarnych krzyży, którymi oznaczono mogiły zabitych w wojnie Polaków; nagle powleka ich złowieszcza i ponura cisza, wypierana najpierw przez szum, potem zgiełk głosów różnych znawców, pseudoznawców i pospolitych hucpiarzy, którzy systematycznie, rok po roku tworzą nowy obraz dziejów i próbują go wszystkim narzucić. Żadną miarą nie wolno temu ulegać” (s. 568). Niemożność rozliczenia i zadośćuczynienia zbrodni komunistycznych to skutek zglobalizowanej pamięci o Zagładzie. W dużej mierze odpowiada za to sukces wizerunku Żyda jako ofiary największej zbrodni w historii. Lisicki twierdzi: „quasi-religia Holocaustu zapewnia też swoiste alibi moralne” (s. 24), bo „[n]ic ich nie może splamić. Nawet Żydów komunistów, nawet tych, którzy dokonywali mordów i organizowali masowe zbrodnie – w ostateczności są oni przecież potencjalnymi ofiarami Holocaustu. (…) Przynależność do potomstwa Abla zmywa każdą winę” (s. 23). Rzutuje to także na sposób prezentacji historii relacji żydowsko-chrześcijańskich, gdzie role ofiar i sprawców zostały już dawno ustalone przez ideologów holocaustianizmu. Zrównanie przedsoborowego dziedzictwa Kościoła katolickiego z dziejami nienawiści wobec Żydów, czego nieuchronną konsekwencją miał być rasistowski antysemityzm Hitlera, jest dla autora najpoważniejszym skutkiem globalnego sukcesu żydowskiej narracji. To dlatego Lisicki większą część omawianej książki poświęca na odzyskiwanie zapomnianej historii, gdzie to wyznawcy judaizmu są czarnymi charakterami, walczącymi z chrześcijaństwem. Publicysta sięga po legendę o mordzie rytualnym i oskarżenia o profanację Hostii oraz szuka wyjaśnienia tych zjawisk w kontekście prowokacyjnych, jak je określa, antychrześcijańskich rytuałów pewnej części wyznawców judaizmu (s. 528). To one w dużej mierze miały ściągać prześladowania na żydowskie społeczności ze strony chrześcijan. Uznanie tych oskarżeń przez współczesną humanistykę za nieprawdziwe i za przejaw antysemityzmu autor traktuje jako dowód na oddziaływanie „religii Holokaustu”, która cenzuruje badania nad żydowskimi sprawcami. Te wątki, choć niezbędne, by zilustrować stan umysłu redaktora naczelnego „Do Rzeczy”, rzadko pojawiają się jednak w prawicowym dyskursie.
Przywołałam je tutaj, ponieważ są przykładem częstego twierdzenia w narracji etnonacjonalistycznej, że przemoc wobec Żydów, jeśli sprawcami nie są naziści, jest formą samoobrony, podjęciem walki z zagrażającym grupie własnej przeciwnikiem. Wracając do głównych tez autora na temat „religii Holocaustu”, warto zwrócić uwagę na zarzuty, które stawia nie-Żydom, przede wszystkim ludziom z wewnątrz Kościoła. Przekonuje, że biorą oni udział w potwierdzaniu żydowskiej narracji i ulegają jej moralnemu szantażowi. Lisicki pisze: „(…) oczom nie wierzę, z jaką potulnością, tchórzostwem i brakiem woli oporu hierarchowie Kościoła poddają się procesowi reedukacji. Nieznośne jest to nieustanne bicie się w piersi, sypanie głów popiołem, tchórzliwe merdanie ogonem i żałosna chęć przypodobania się silniejszym (…). Większość chrześcijańskich teologów nie ma wątpliwości, że Holocaust (…) musi zmienić chrześcijaństwo” (s. 31). Gdyby ktoś zastanawiał się, dlaczego Polaków w zasadzie ominęło oddziaływanie „ideologii holocaustianizmu”, Lisicki wyjaśnia: „Ta moralna siła, którą czerpiemy z przeszłości, z grobów, gdzie spoczywają spaleni, rozstrzelani, uduszeni, zagłodzeni lub zamordowani w inny sposób przez niemieckich nazistów i Sowietów Polacy, wciąż pozwala się opierać ekspansji holocaustianizmu. Wciąż daje odwagę, by nie ulec propagandzie mówiącej o tym, że wszyscy mamy krew na rękach” (s. 103). O środowiskach intelektualistów w Polsce, które przeszczepiać mają „wiarę Holocaustu” na grunt Polski, i stojących za tym motywach będę jeszcze pisać.
Można podsumować, że Lisicki wydaje się upatrywać sukces żydowskiej narracji w fakcie, że formuła „Krew Jego na nas i na dzieci nasze”, naznaczająca naród żydowski zbrodnią bogobójstwa, dziś przywodzi na myśl odpowiedzialność za Zagładę, która spoczywa na europejskiej tradycji chrześcijańskiej (Krew na naszych rękach?). Publicysta zauważa: „(…) motywem kierującym działaniem niektórych środowisk żydowskich jest swoista chęć odegrania się, może wręcz zemsty na chrześcijaństwie” (s. 79). W takim wyobrażeniu zachodniej pamięci o Zagładzie społeczności żydowskie zakulisowo pociągać mają za sznurki i stopniowo przeobrażać cywilizację europejską zbudowaną na chrześcijaństwie, pozbawiając ją fundamentu. Głównym narzędziem owej kulturowej rewolucji ma być zglobalizowana pamięć o zagładzie 6 mln europejskich Żydów. Przypomina to obrazowanie Żydów w ideologii antysemityzmu nowoczesnego, opierającego się na przekonaniu o zbyt dużym wpływie Żydów na sferę polityki, gospodarki, mediów i kultury; zręcznie posługiwał się nim w swoich pismach Roman Dmowski. Myślę, że Lisicki spodziewa się zarzutu o kształtowanie antyżydowskiej narracji. Odrzuci go zapewne jako jeszcze jeden przejaw „holocaustianizmu”, który blokuje wszelką krytykę czy postawienie w złym świetle członków społeczności żydowskich. Przedstawię inne argumenty. Po pierwsze, można znaleźć przykłady na to, że pamięć o Zagładzie współistnieje z pamięcią o innych ludobójstwach, czystkach etnicznych i dyskryminacji rasowej, a nawet przyczynia się do ich nagłośnienia (zwrócił na ten fakt uwagę Michael Rothberg, pisząc o pamięci wielokierunkowej). Przykładem pierwszym z brzegu jest działalność takich instytucji jak Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie czy Fundacja Shoah na Uniwersytecie Południowej Kalifornii. Organizacje te dokumentują nieżydowskie ludobójstwa oraz dzielą się wiedzą, jak pracować ze świadkami traumatycznych wydarzeń. W Muzeum Holokaustu na wystawie głównej prezentowane są np. informacje…