Subskrybuj

Nieznany Stanisław Stomma

Stomma urodzony pod zaborami jako poddany cesarza Rosji, obserwujący najpierw zmartwychwstanie, a potem rozbiór Polski, znał cenę własnego państwa, nawet wtedy – a może zwłaszcza wtedy – gdy było ono niesuwerenne.

Stanisław Stomma nie zadbał o pozostawienie po sobie książek. Wyjątek uczynił dla swej publicystyki „popaździernikowej”, którą zebrał w wydanym w 1960 r. przez Wydawnictwo Znak szczupłym tomie Myśli o polityce i kulturze. Dwadzieścia lat później ogłosił szkice historyczne o stosunkach polsko-niemieckich Czy fatalizm wrogości?, a w czasach wolnej już Polski dwie książki o charakterze głównie wspomnieniowym: Pościg za nadzieją (1991) i Trudne lekcje historii (1998). Taka jest – jeśli nie liczyć rozprawy naukowej z dziedziny prawa – całość dorobku pisarskiego Stommy. Przy czym nigdy też nie sporządzono najszczuplejszego choćby wyboru jego wystąpień publicznych. Dlatego trzytomowe Pisma wybrane, opracowane przez Radosława Ptaszyńskiego, a wydane przez Universitas, ukazują Stommę właściwie po raz pierwszy.

 

I

Nowością jest tu prawie wszystko. Teksty dotąd rozproszone, publikowane w pismach macierzystych, „Tygodniku Powszechnym” i „Znaku”, sąsiadują z artykułami z „Więzi”, „Niedzieli”, „Tygodnika Warszawskiego”, czy „Przeglądu Kulturalnego”, z przedwojennych pism „Słowo”, „Pax”, „Kurier Wileński”, „Głos Narodu” i „Polityka”, z pism współczesnych, jak „Gazeta Wyborcza”, czy „Lithuania”, nawet z organów o obiegu wewnętrznym, jak „Biuletyn Małopolski” Unii Demokratycznej. Jeżeli nawet część tych tekstów pozostawała znana (a przecież olbrzymia większość była zapomniana i trudno dostępna), to dopiero teraz, wchodząc w związki z pozostałymi, nabrała nowych znaczeń, stworzyła nową, spójną jakość. Dodajmy, że wielu utworom przywrócono ich wersję autorską, sprzed ingerencji PRL-owskiej cenzury. Jest tu też szereg artykułów, o których istnieniu nie mieliśmy dotąd pojęcia – zostały one wydobyte z rękopisów.

 

Zaskoczenie, zdziwienie – takie niewątpliwie będą czytelnicze reakcje. Na przykład w tomie pierwszym, obejmującym okres od listopada 1931 r. do września 1939 r., z nieoczekiwaną siłą rozbrzmiewa antykomunizm młodego Stommy. Roi się tu od określeń typu „barbarzyński imperializm bolszewicki” (I, 219), „talmudyzm marksowski”, komunistyczna „parodia demokracji” (I, 231)… W dodatku ta postawa wydaje się prymarna, zasadnicza, i chyba także z niej bierze się społeczna wrażliwość Stommy, chwilami o obliczu wręcz lewicowym, w której, jak Żeromski, chce się „zabiec drogę komunizmowi”. Ale przy przedstawianiu „walki świata pracy z supremacją i wyzyskiem kapitału” (I, 151), przy piętnowaniu „wilczych metod” nacjonalizmu (I, 139) pojawiło się z czasem u Stommy zrozumienie, może wręcz sympatia, dla prawicy właśnie, dla programów nacjonalistycznych, nawet dla faszyzmu. Jednak i tutaj podłożem ideowym był zawsze antybolszewizm. Widzimy więc zarówno solidarność z Japonią w jej agresji przeciw Chinom (I, 199), jak i sympatię do gen. Franco (I, 210, 249), zarówno tendencję antyżydowską, wyraźną w sformułowaniu „walka z Żydami to jeszcze nie antysemityzm” i zrozumieniu dla „konieczności likwidacji Judeo-Polski” (I, 243), jak też słowa, brzmiące z dzisiejszej perspektywy wręcz humorystycznie: „Ruchy faszystowskie wnoszą w życie międzynarodowe nowy element, który dla pokoju ma znaczenie dodatnie” (I, 182).

 

Te teksty czyta się więc dziwnie, choć też ze świadomością, że autor był dziecięciem swego czasu – w końcu nawet jego przyjaciel z „Odrodzenia”, Jerzy Turowicz, pisał wtedy o pożytku z „towarzyskiej czy kulturalnej izolacji” Żydów, a Juliana Tuwima określał mianem „żydowskiego poety piszącego po polsku” (Pisma wybrane, t. I, s. 319 –320). A przecież i Stomma, i Turowicz już wtedy dystansowali się od tendencji dominujących w polskim społeczeństwie.

Stomma, jeżeli nawet akceptował nacjonalizm, to tylko „chrześcijański”, tylko „oparty na miłości bliźniego”, tylko taki, gdzie „prawa, które przyznaję swojemu narodowi, muszę też przyznać i innym narodom” (I, 259).

Bo też pancerzem chroniącym przed ześlizgnięciem się w prawicowy radykalizm był zawsze uniwersalistyczny katolicyzm. „Katolicy prawie we wszystkich państwach – pisał Stomma w roku 1935  – idą na pasku różnych grup i doktryn społecznych, obiecujących różne zdawkowe koncesje, które jednak w założeniach, u podstaw są doktrynalnie niechrześcijańskimi, dla których owe koncesje na rzecz katolicyzmu są tylko wygodną kombinacją polityczną. Exemplum: mezalians katolicyzmu z endecją w Polsce” (I, 151). I w parę tygodni później precyzował: „Dążenia do realizacji tych wielkich spraw nie powinny być wiązane z żadnym katolickim ruchem społecznym. Byłyby to ramy zbyt ciasne, i jak już wykazało doświadczenie, zbyt kruche” (I, 157). Postawa antybolszewicka i frazeologia endecka skojarzone z przedprożem powojennego Znaku? Takie materii pomieszanie widać dopiero z dzisiejszej perspektywy.

 

Przed ześlizgnięciem się w stronę nacjonalizmu chronił też Stommę kult Józefa Piłsudskiego oraz racja stanu ówczesnego, wielonarodowego państwa. W artykule z roku 1937, w którym (skądinąd za Piłsudskim!) pisał Stomma, że „zasadnicze tendencje społeczeństwa żydowskiego szły przeciwko nam”, pojawia się przecież postulat wykorzystania Żydów do możliwej w przyszłości walki z Hitlerem, w tym także do kształtowania przychylnej Polsce atmosfery międzynarodowej, oraz w konsekwencji apel o zaprzestanie praktyk antysemickich (I, 186–189). Gdzie indziej zaś Stomma zauważa: „Nie widzimy potrzeby walki z kulturą żydowską jako taką, ani nie rozumiemy wstrętów rasowych” (I, 243). Z kolei w roku 1938 podkreśla: „Rozwój katolicyzmu nie wymaga proskrybowania prawosławia. Katolicyzm ma dość siły własnej, by promieniować i zdobywać” (I, 279).

 

Te ostatnie słowa padły w okresie burzenia cerkwi prawosławnych na Lubelszczyźnie i Wołyniu. Stomma nie wzmiankuje o tym ani słowem, czy jednak w tej właśnie sytuacji nie pojawia się u niego postawa Europejczyka i obywatela, każąca nawet polską rację stanu usunąć na dalszy plan? Jak bowiem można było pogodzić w tym czasie integralność terytorialną Rzeczypospolitej z wezwaniem, by „uznać prawo Ukraińców do niepodległości” (I, 259)? Potem postawa Stommy nie okazała się już tak radykalna, ale jeszcze latem 1939 apelował on, by „zapewnić niczym nie krępowany rozwój narodowy ludności ukraińskiej”, by „dać Polsce nowego [ukraińskiego] sojusznika” (I, 339–343). Można żałować, że ta proukraińskość nie doczekała się kontynuacji w latach powojennych. Lecz przecież w Polsce rządzonej przez komunistów nie było i tak na to szans.

 

Dlatego więc prawicowość młodego Stommy jest, jak sądzę, względna. Miała ona przede wszystkim charakter werbalny i taktyczny, służyła stępianiu radykalizmu. Stomma nazwał po latach swe ówczesne nastawienie „zezowaniem na prawo”. Czy jednak nie przez to właśnie „zezowanie” nabrał, cechującego go potem przez całe życie, urazu antyendeckiego? Czy obserwując międzywojenną prawicę, nie zobaczył w niej przypadkiem zbyt wiele?

 

II
Problem czytelniczego odbioru pojawia się także – i przede wszystkim  – przy lekturze tomu drugiego, zbierającego publicystykę powojenną, oraz tomu trzeciego, przedstawiającego dorobek pisarski ostatnich 30 lat życia. Kłopoty z odbiorem przewidywał sam Stomma. „Z niepokojem i troską  – pisał w Pościgu za nadzieją –  oddaję w ręce czytelnika tę książkę, zawierającą refleksje na temat formowania się moich poglądów, jak też późniejszej działalności politycznej w ramach Polski Ludowej. Z niepokojem i troską, boć przecież pisałem ją przed rokiem 1989, a więc – przynajmniej gdy chodzi o Polskę – w zgoła innej epoce i traktuję w niej o sprawach już skończonych, zamkniętych, już błyskawicznie przerzuconych na tamten brzeg historii, od którego szybko się oddalamy. Układy na tamtym brzegu panujące tworzyły swoisty kształt świata, który się szybko rozsypał, skończył”. Edycja Ptaszyńskiego jest zaproszeniem do tego świata. Czego więc dowiadujemy się o Stommie?

Przede wszystkim tego, że był państwowcem. To słowo nic dziś nie znaczy, Stomma jednak, urodzony pod zaborami jako poddany cesarza Rosji, obserwujący najpierw zmartwychwstanie, a potem rozbiór Polski, znał cenę własnego państwa, nawet wtedy – a może zwłaszcza wtedy  – gdy było ono niesuwerenne. Dlatego wyrażał przekonanie, „że tragiczne doświadczenia przeszłości obrzydziły narodowi maksymalizm polityczny”, uznawał konieczność „przekreślenia zasady maksymalistycznej: albo wszystko, albo nic”. „Wolimy cokolwiek niż nic” – deklarował (II, 310). I pisał: „W sporze historycznym Lublin – Londyn wygrać musiał Lublin. Wymagała tego polska racja stanu. (…) Byt nowego państwa jest zabezpieczony, zagwarantowane bezpieczeństwo, nienaruszalność granic. Można życie układać w dalekiej perspektywie. Wielka operacja historyczna 1944 była bardzo ciężka, niezwykle bolesna; w rezultacie pacjent jest zdolny do życia” (II, 630). Akceptacja państwa powojennego okazała się więc kluczowa. Wszak PRL realnie istniał, posiadał uznanie międzynarodowe, nie było dlań alternatywy, a dla narodu owa akceptacja stanowiła co najmniej punkt wyjścia. „Stan stabilizacji – pisał Stomma – osiągnęliśmy dopiero teraz, w Polsce Ludowej. A fundamentem tego nowego układu jest sojusz ze Związkiem Radzieckim. (…) Jest to fakt prosty jak 2 razy 2 = 4, tylko Związek Radziecki jest za naszą granicą na Odrze i Nysie” (II, 198). A potem precyzował: „Polityka nie jest fantazjowaniem. Polityk musi liczyć się z działaniem koniecznych praw historycznych. Decyzją swoją nie może wybierać kombinacji dowolnej, a tylko jedną z możliwych” (II, 311).

Przy takiej postawie był Stomma zdecydowanym krytykiem powstań. Oczywiście tych tylko, które wywoływano bez rachuby politycznej, bo działania Piłsudskiego z roku 1914 oceniał wysoko. Starał się też nie ranić wrażliwości rodaków, gdy bowiem zauważał, że w momencie wybuchu insurekcji kościuszkowskiej „istniało jeszcze kadłubowe polskie państwo i warto je było zachować”, to zarazem zwracał uwagę, że „nie do przyjęcia są sytuacje, kiedy grozi załamanie siły moralnej narodu” (II, 698– 699). Ten syn polskiego ziemiaństwa na Litwie, uwikłanego niegdyś w daremną ugodę z carską Rosją, dobrze znał wartość imponderabiliów. Ale już wykazując zrozumienie dla okoliczności, w których wybuchło powstanie styczniowe, zarazem uważał (skądinąd za Romanem Dmowskim), że wystąpienie to „narzuciły Polsce dzieci” (II, 500), oraz załamywał ręce nad niedojrzałością (Aleksander Bocheński nazwał by to głupotą), która sprawę polską pozwoliła rozegrać Prusakom (II, 496–498). A gdy pytał, dlaczego „kompromisy i ustępstwa” (II, 484) czynione Polakom przez Rosję napotykały – odwrotnie niż koncesje austriackie w Galicji – mur wrogości, odpowiadał, że na przeszkodzie stawał „kompleks silniejszy niż życie”: „kompleks antyrosyjski” (II, 483).

Na obecność tego kompleksu był Stomma wyczulony tak dalece, że w tej sprawie gotów był nawet… zerwać z „Tygodnikiem Powszechnym”! Ptaszyński we wstępie (I, 84– 85) cytuje list Stommy do Turowicza z 1 lutego 1974 r., w którym padają słowa, że „na zapleczu »Tygodnika Powszechnego« wytworzył się silny nurt, prący na ostro zarysowane antyrosyjskie pozycje”, że więc on, Stomma, „linii takiej firmować nie może”, w związku z czym zgłasza „polityczną dymisję”. Nie sądzę, by w tym sporze Stomma miał rację. Lecz przecież jego krytyka walki straceńczej, wraz ze stałym upominaniem się o realia i prawa geopolityki, jego – jak w latach wileńskich – płynięcie „pod prąd Niagary”(I, 139) zasługuje na szacunek. Szacunek tym większy, im taka postawa rzadsza.

A Stomma pozostał jej wierny całe życie – nie było w nim źdźbła koniunkturalizmu. W grudniu 1990 r., więc już w Polsce niepodległej, pisał: „Za lat dziesięć, a może i pięć, Rosja zacznie znów odgrywać rolę mocarstwową. Ze wszech miar prawdopodobny jest kompromis pokojowy tworzący federację trzech republik: Rosji, Ukrainy, Białorusi. Dlatego powinniśmy zachować rozumną powściągliwość, nie mieszać się w konflikty wewnętrzne sąsiadów wschodnich, i uchowaj Boże, nie podsycać występujących tam antagonizmów” (III, 327). Artykuł ten – z dzisiejszej perspektywy wręcz proroczy – wydrukował „Tygodnik Powszechny”, jednak tekst o podobnej wymowie, krytykujący „sens głęboko antyrosyjski” poglądów Zbigniewa Brzezińskiego, podkreślający, że „każdy patriotycznie myślący Rosjanin musi je z oburzeniem odrzucić” (III, 424), nie ujrzał już światła dziennego. Czyżby Stomma spotkał się z odmową druku? Czyżby ze strony „swojego” „Tygodnika”? A może sam uznał, że jego myślenie za bardzo odbiega od polskiego mainstreamu? Czy jednak możliwe, by dobrowolnie zrezygnował z głoszenia swych racji?

A przecież – wbrew wszelkim pozorom – nie był politykiem prorosyjskim! Warto zauważyć ostatni artykuł Pism wybranych, traktujący o potrzebie „światowego arbitra (w rozmowach Stomma używał pojęcia „światowy żandarm”), który by nas bronił przed chaosem”, artykuł podnoszący konieczność pax americana (III, 565). Czy trzeba przypominać, że polityka rosyjska, również dlatego że dążyła do świata „wielobiegunowego”, byłaby takim poglądom przeciwna? Warto też wspomnieć przewijający się przez Pisma… życzliwy, rzekłbym: serdeczny, stosunek Stommy do niepodległej, „rodzinnej” Litwy. Czyżby sprzyjanie rozczłonkowaniu imperium dokumentowało postawę prorosyjską? A czy o prorosyjskości miałby świadczyć utrzymywany przez całe życie kult Stommy dla marsz. Piłsudskiego i cesarza Napoleona?

Nie tylko przecież Stomma, lecz także inni „tygodnikowcy”, w tym może zwłaszcza ci, którzy pochodzili z Wilna, przyjmowali jako mniejsze zło ograniczoną suwerenność PRL, godzili się z utratą domowej ojczyzny i chwalili nową „Polskę Piastowską”, a przy tym zachowywali wobec Rosji ostrożność, zaś wobec powstań   krytycyzm. W roku 1956 Stomma zapowiadał „przed trybunałem narodu wielki proces oskarżenia o Warszawę” (tj. o powstanie warszawskie), pisząc, że „zbrodnia niedbalstwa myślowego i bezrozumu” obciąża „winnych straszliwą odpowiedzialnością moralną” (II, 208). Ale już w roku 1949, również na łamach „Tygodnika” (nr 19), inny wilnianin, Paweł Jasienica, pisał o powstaniu warszawskim, że było „wymierzone militarnie przeciwko Niemcom, politycznie przeciwko Sowietom, demonstracyjnie przeciw Anglosasom, a faktycznie przeciw Polsce”.

Czy potrafimy to wszystko zrozumieć? Stomma rządził się konsekwentnie racją stanu państwa, które zostało nam…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kochać, uprawiać, chronić