Subskrybuj
Z wykształcenia ukrainistka i polonistka. Redaktorka, autorka, tłumaczka. Promotorka kultury ukraińskiej. W „Gazecie Wyborczej” producentka i wydawczyni podcastów

Witaj w pięknych stronach

O ile ziny, alternatywne druki ulotne w Polsce lat 90. i dwutysięcznych, były tworzone głównie przez zbuntowanych chłopaków, o tyle dziś przestrzeń wydawanych własnym sumptem publikacji jest tubą, przez którą wyraźnie słychać kobiecy głos. Świat publikacji niezależnych, nienastawionych na zysk jest różnorodny, często zaskakujący formalnie, miłujący swobodę twórczą jak Wydawnictwo Latające Oko stworzone z dziewczęcej przyjaźni

W 2016 r. założyłyście oficynę Latające Oko, która wydaje ziny, artbooki, wkrótce książki. Skąd wziął się pomysł na stworzenie wydawnictwa?

Alicja Pismenko: To poniekąd rezultat długoletniej przyjaźni. Gdy studiowałyśmy w Krakowie, ja grafikę na Akademii Sztuk Pięknych, a Michalina – historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim, obie miałyśmy podobne spostrzeżenia na temat książek ilustrowanych i szeroko rozumianej ilustracji, choć patrzyłyśmy na to siłą rzeczy z różnych perspektyw. Kilkakrotnie próbowałam swoich sił w dużych wydawnictwach, składałam prace na konkursy, ale często spotykałam się z niezrozumieniem.

Stwierdziłam, że skoro ktoś nie chce przygarnąć mojego świata, przecież nie jest problemem, by założyć własne wydawnictwo i być niezależną. Jeśli czegoś nie ma, należy to stworzyć!

Na podjęcie decyzji o Latającym Oku wpłynęło kilka elementów. Pierwszym z nich był KIOOSK – Międzynarodowe Targi Publikacji Niezależnych w Krakowie, które zorganizowali nasi przyjaciele. Wymyślili, że chcą coś zrobić, i to po prostu zrobili! Spotkania, prezentacje, publikacje okazały się niezwykle inspirujące. Kolejnym elementem było unikatowe miejsce – założona już w 1976 r. księgarnia Printed Matter w Nowym Jorku. Jej misją jest docenianie oraz rozpowszechnianie książek artystów oraz pokrewnych publikacji. Takiej różnorodności nie znajdziesz nigdzie indziej – od mikroksiążeczek powielanych na ksero po kapitalne wydania albumowe. Wreszcie wyznacznik jakości – brytyjskie wydawnictwo Nobrow Press (określane mianem mistrza kultury DIY – ang. do it yourself – „zrób to sam”). Specjalizuje się w bogato ilustrowanych publikacjach, które – jak mówią założyciele – „zasługują na to, by zostać wydrukowane”. Poza tym – po prostu lubimy razem pracować! W działaniach fotograficznych i filmowych wspiera nas krakowska fotografka Edyta Dufaj.

Michalina Zawadka: Poruszając się w świecie artystów, zauważyłam, że bardzo wiele pięknych i wartościowych dzieł schowanych jest w „szufladzie”, niedostępnych dla szerszej publiczności. Chciałam to zmienić i pokazać, że ilustracja również jest sztuką. Alicja od wielu lat tworzy rysunki, które uwielbiam. Naturalnym pomysłem była więc chęć wydania w pierwszej kolejności książek z jej ilustracjami.

Czego one dotyczą?

A.P.: Od dłuższego czasu pracuję nad ilustracjami do Bajki o górze. W szkicowniku może wydawać się nieczytelna. Kiedy w nim rysuję, kieruję się zasadą, żeby nie zaczynać od początku, bo mam wtedy wrażenie, że praca skończy się niepowodzeniem. Trzeba zaczynać od środka, od końca, by uniknąć „przekleństwa pierwszej strony”.

M.Z.: Zależy nam na tym, by ta książka została wydana jako pierwsza w wysokim nakładzie.

Czyli?

M.Z.: Tysiąc egzemplarzy. Zdajemy sobie sprawę, że nie jest to bardzo dużo, ale na publikację niezależną wystarczy. Z jednej strony książka utrzymana jest w poetyce baśniowej dzięki bardzo bogatym w szczegóły ilustracjom, z drugiej, odwołuje się do konkretnych faktów naukowych. By wyłuskać wszystkie detale, wydrukujemy ją w technice offsetowej. Publikacja będzie czarno-czarna, chcemy oddać takie niuanse jak różnice w kolorze między czarnym cienkopisem a czarnym długopisem, którymi są rysowane ilustracje.

Kolejną książką, którą przygotowuje Alicja, jest kontynuacja jej Wpływu księżyca na rośliny. Jej oś stanowi proste spostrzeżenie dotyczące hodowli roślin wieloletnich i kierowania się kalendarzem księżycowym. Podpowiada, kiedy rośliny będą rosły najszybciej i w jakim momencie zaprzestać jakichkolwiek działań, by im nie zaszkodzić. To opowieść nie tylko o naturze, ale także o charakterze, emocjach i energii ludzi, którzy często przypominają przecież rośliny.

Michalina wspomniała o „szufladach” pełnych wartościowych publikacji artystycznych. Jakie są kryteria doboru twórców, których wydajecie?

A.P.: Fascynacja! Ona zupełnie nam wystarcza. Chciałabym, by świat usłyszał o osobach, które niezależnie tworzą piękne publikacje. Cieszę się, że mogę pracować nad nimi z artystami, których szczerze podziwiam – jeśli są w stanie poświęcić czas, energię i pomysły, to co stoi na przeszkodzie, by połączyć siły? Ziny, artbooki, książki będą nas przecież cieszyć wspólnie.

Właśnie! Wydawnictwo zostało stworzone, by Alicja mogła opublikować niezależnie własne książki, ale w Waszym portfolio znajdują się także inne druki.

A.P.: W związku z tym, że dzielę swój czas na pracę komercyjną i twórczość artystyczną, ukończenie książek nie przychodzi tak szybko, jak zakładałam. Są to pozycje wymagające koncentracji. Zależało nam, aby równolegle z powstawaniem bardziej rozbudowanych, czasochłonnych publikacji wydawać mniej obszerne książki niskonakładowe. Stąd też pomysł na cykliczne wydawanie magazynów, zinów czy artbooków również z innymi artystami.

M.Z.: Do tej pory przygotowaliśmy trzy artbooki z serii „Trzystadziewięćdziesiątcoś”. Pierwszy malarki Katarzyny Kukuły nosi tytuł „392/ Słowo o miłości” dotyczy – jak wskazuje tytuł – tematu miłości i erotyki. To wrażliwa opowieść o relacjach męskie-kobiece i zewnętrzne-ukryte powstałych na styku biologii, metafizyki i psychologii. Zin „393/Maszyna” Alicji jest publikacją dotyczącą rytuałów obiektów, których funkcji do końca nie poznaliśmy, powtarzalności historii i ślepego podążania za technologią. Natomiast ostatni artbook Wojciecha Ireneusza Sobczyka „394/Ruch ciał niebieskich” omawia względność funkcji czasu.

Publikacje, które wydajecie, są numerowane. Zaczynają się od liczby 392. Dlaczego?

A.P.: W latach 1917–1924 jeden z czołowych dadaistów francuskich, poeta i typograf Francis Picabia, wydawał w Barcelonie artystyczno-literacki magazyn „391” (zapożyczył tę nazwę od periodyku „291” amerykańskiego fotografa Alfreda Stieglitza). Picabia w manifestach tłumaczył, że zestawienie tych trzech cyfr jest w zasadzie niedorzeczne, zwłaszcza że nie ma żadnego związku z treścią pisma. Wydało nam się to genialnie! Tak jak ten magazyn, który widziałam na żywo i wywarł na mnie olbrzymie wrażenie….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kochać, uprawiać, chronić