Subskrybuj
Kulturoznawczyni, historyczka sztuki. Kuratorka i autorka tekstów o sztuce. Interesuje się pamięcią, sztuką efemeryczną, młodą sztuką i wątkami grozy w kulturze i sztuce. Współpracowała m.in. z Bunkrem Sztuki, CSW Kronika. Obecnie zajmuje się edukacją w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa.

Dążąc ku niesamowitemu

Na rodzimym gruncie nie doczekaliśmy się postaci na miarę Williama Blake’a czy Francisco de Goi, ale nie zmienia to faktu, że polska kultura przejawiała zainteresowanie grozą i magią. Młodzi artyści coraz częściej odwołują się do tej tradycji.

Sztafaż magiczny w życiu codziennym, ale także w kulturze i sztuce był odwróceniem porządku konwenansów, w którym tkwili przestraszeni, lecz jednocześnie zafascynowani tajemniczymi praktykami mieszkańcy miast i wsi. Magia, groza i tajemnica stanowiły część układu, który mimo stopniowego znikania z racjonalnego świata pozostał jego istotnym elementem. Wystarczy wspomnieć szaleńcze próby ostatniego męskiego potomka Jagiellonów – Zygmunta Augusta, który nie wahał się nakazać swoim poddanym ściągnąć najpotężniejszą litewską wiedźmę do konającej Barbary Radziwiłłówny, czy też upiorny kondukt idący z trumną królowej z wawelskiego wzgórza aż do katedry wileńskiej. Działania te nie ukoiły jednak cierpiącego Zygmunta, który zdecydował się poszukać pomocy w mrocznych siłach, co doprowadziło do kilku seansów spirytystycznych (m.in. najsłynniejszych z udziałem mistrza Twardowskiego) w królewskich komnatach. Co ciekawe, nie tylko ostatni Jagiellonowie korzystali z usług czarnoksiężników. Języka u nekromantów, czyli znawców ciemniejszej strony magii, zasięgali także Jan Olbracht i Stefan Batory, a podobno sam Zygmunt III Waza przez wiele lat szukał kamienia filozoficznego, który był również przedmiotem zainteresowania Jana Zamoyskiego. Jeśli wierzyć historycznym plotkom, przeniesienie stolicy z Krakowa do Warszawy było podyktowane nie tylko względami politycznymi, ale także pożarem, który wybuchł w 1596 r. być może za sprawą alchemicznych eksperymentów Michała Sędziwoja, co uwiecznił na swoim obrazie Alchemik Sędziwój i król Zygmunt III Jan Matejko.

Z księgi

Polskie upiory pod koniec XVII w. stały się tak powszechne, że ówcześni teologowie musieli uznać oficjalnie ich istnienie, a następnie zabrać się do roboty, by skutecznie je wyeliminować. I mimo pozorów racjonalności w XVIII w. duchy i zjawy znalazły swoje miejsce w pierwszej polskiej encyklopedii z 1745 r. Zmory, upiory i widma zaczynały powoli, ale skutecznie nawiedzać poetów, pisarzy i malarzy. Julian Ursyn Niemcewicz w 1803 r. publikuje Alondzo i Helenę – historie będące wersjami klasyki gotycyzmu, czyli Lenory Gottfrieda Augusta Bürgera z 1774 r. Jednak na prawdziwy przełom w literaturze grozy trzeba było poczekać. Jeśli zawierzymy opowieściom o burzliwej nocy 16 czerwca 1816 r., to właśnie wtedy wśród grzmotów i piorunów pewna kobieta powołała do życia „nowego Prometeusza”. Oczywiście mowa tu o Mary Shelley i jej Frankensteinie. Nie był to jednak jedyny mroczny owoc tej niezwykle ważnej dla historii grozy nocy. W genewskiej willi Diodati oprócz Shelley gościł także John William Polidori. Stworzył on wtedy Wampira, który przetarł szlaki takim literackim postaciom, jak Mircalla, hrabianka Karnstein znana lepiej jako Carmilla Josepha Sheridana Le Fanu czy hrabia Dracula Brama Stokera. Gdyby nie ta przedziwna genewska noc „roku bez lata”, wiele lat później wiatr na Wichrowych Wzgórzach nie wyłby tak złowieszczo, a Cathy i Heathcliff chowaliby się przed nim przy ciepłym domowym ognisku.

Kultura epoki romantyzmu nie straciła żywotności i powraca stopniowo w wydawałoby się racjonalnym i niemagicznym wieku XXI.

Romantycy stawiali magię, grozę, fantazję i przeżycie ponad codzienne sprawy. Niezwykłość i dziwność, świat duchów i zjaw stały się naturalnymi elementami percypowanej przez nich rzeczywistości. Możliwe, że gdyby nie oni, spacerując po zmroku w lesie, nie bylibyśmy wyczuleni na drobne trzaski, pęknięcia, przemykające za konarami drzew dziwne kształty. Las i cała przyroda głównie za sprawą romantycznego malarstwa nie tyle zyskały podmiotowość, ile stały się miejscem do działania różnych nadprzyrodzonych sił. Natura, opuszczone domostwa, dawne podania i legendy dostarczały romantykom tego, czego zawzięcie szukali i pragnęli: nastroju. Fascynacja grozą pojawiła się też w drugiej połowie XIX w. – czasach raczkującej fotografii, rozwoju przemysłu, ale i seansów spirytystycznych. Świat po „drugiej stronie”, kontakty ze zmarłymi stały się nagle dostępne dla siedzących w domu mieszczuchów: wrażliwych panien i dżentelmenów szukających wrażeń poza kieliszkiem koniaku. Co więcej, seanse polegające na wywoływaniu zmarłych zaczęły pełnić funkcję nieodzownej części mieszczańskiego decorum. W każdym szanującym się domu podczas kulturalnego przyjęcia musiała pojawić się jakaś zjawa bądź co najmniej ektoplazma (gęsta galaretowata substancja wypływająca z ciała medium). Wielką popularnością cieszyły się media, które użyczały na czas seansu swojego ciała gościom z zaświatów. Wiara w świat po „drugiej stronie”, fascynacja mrocznymi i tajemnymi siłami objawiły się także w XX w. w toku rozwoju kinematografii – w kinie grozy.

W historii współczesnej polskiej kultury wątki związane z szeroko rozumianym myśleniem magicznym, a także grozą nie odgrywały początkowo zbyt wielkiej roli. Twórcy pozostawali w granicach realnego świata. Jednakże nie możemy pominąć tutaj takich kanonicznych przypadków kinematografii, jak m.in.: Lokis. Rękopis profesora Wittembacha (1970) Janusza Majewskiego, Wilczyca (1982) Marka Piestraka, Widziadło (1984) Marka Nowickiego czy też nowszych produkcji filmowych: Demona (2015) Marcina Wrony, Córek dancingu (2015) Agnieszki Smoczyńskiej i Wieży. Jasny dzień (2017) Jagody Szelc. W przypadku literatury wątki magiczne i wątki grozy poza literaturą gatunkową, czyli fantasy i horrorem, który w Polsce praktycznie nie istnieje, współcześnie pojawiają się niezwykle rzadko. Odrobinę takiego myślenia znajdziemy w Córkach Wawelu (2017) Anny Brzezińskiej, Złych wybrzeżach (1999) Łukasza Orbitowskiego, ale dość wspomnieć o klasykach, jak: Rękopis znaleziony w Saragossie (1805) Jana Nepomucena Potockiego, Wampirze (1911) Władysława Reymonta (który sam podobno posiadał zdolności paranormalne), spóźnionym polskim romansie grozy W zaklętym zamczysku (1925) Jana Gnatowskiego, Pogance (1846) Narcyzy Żmichowskiej czy wczesnych utworach Zygmunta Krasińskiego. Wątki okultyzmu pojawiały się także w twórczości Józefa Bohdana Dziekońskiego – głównie w jego alchemicznej powieści Sędziwój (1845). Motywy te znajdziemy także u tytana polskiego pozytywistycznego myślenia – Bolesława Prusa, który w Emancypantkach opisywał seans spirytystyczny. Oczywiście nie można pominąć twórczości młodopolskiego diabła Stanisława Przybyszewskiego czy kryjącej się pod pseudonimem Jana Sawy lub Marka Marii Konopnickiej.

 

Ze sztuki
W przypadku sztuki na rodzimym gruncie nie doczekaliśmy się co prawda postaci na miarę Williama Blake’a czy Francisco de Goi, co nie zmienia faktu, że polska kultura przejawiała zainteresowanie grozą. Twórczość Cypriana Kamila Norwida, ilustracje Konstantego Górskiego, niektóre obrazy Wojciecha Weissa, Jana Matejki, Jacka Malczewskiego, Wilhelma Kotarbińskiego, Maksymiliana Gierymskiego, Witolda Pruszkowskiego, Olgi Boznańskiej czy Barbary Ziembickiej są tego świetnym przykładem.

Współcześnie wątki magiczne pojawiają się raczej sporadycznie, bardziej za sprawą artystek wizualnych bądź przedstawicieli młodej sztuki.

W wielkim uproszczeniu: polska sztuka nowoczesna i współczesna raczej koncentruje się na obszarze rzeczywistości niż subtelnościach eterycznych myśli i wizualnym „wskrzeszaniu zmarłych”. Mówiąc o wątkach magicznych, nie można pominąć roli takich artystek jak skutecznie wymazywane przez lata z kanonu historii sztuki: Erna Rosenstein i Maria Anto, których twórczość stanowi zaprzeczenie tezy Tadeusza Kantora, że „surrealizmu w Polsce nie było, bo był katolicyzm”. Oczywiście, że wrażliwość ta nie wybrzmiała w takim stopniu jak chociażby we Francji czy Niemczech, niemniej nie można całkowicie zaprzeczyć jej istnieniu. Łatwo spostrzec, że w stwierdzeniu Kantora uwypukla się znany od dawien…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wierzyć w naukę, (nie) wątpić w Boga