Subskrybuj
Specjalista w zakresie komunikacji naukowo-technicznej, publicysta popularnonaukowy, kurator projektów naukowo-artystycznych, analityk trendów. Doktorant w Instytucie Nauk Humanistycznych na SWPS w Warszawie. Bada zależności między zmianami społeczno-kulturowymi a nauką, techniką, designem i sztuką. Założyciel i prezes https://highculture.pl/

Neuroteogonia

Neuroteologia jest dla religii zagrożeniem, ponieważ dostarcza silnej, naturalistycznej alternatywy dla religijnych wyjaśnień rzeczywistości. Tak jak teoria Darwina pozwoliła zrozumieć, jakie biologiczne procesy doprowadziły do powstania człowieka, „wyręczając” w tym Boga, neuroteologia pozwala bez wychodzenia poza świat przyrody pojąć doświadczenia mistyczne.

Wśród wyzwań, przed którymi stoją na początku XXI w. religie[1], szczególnie wyróżniają się próby sprowadzenia ich wyłącznie do poziomu mechanizmów biologicznych i drugorzędnych rezultatów bardziej podstawowych zjawisk. Dzięki rozwojowi technicznemu w zakresie obrazowania pracy mózgu na przełomie tysiącleci w nowy etap wkroczyła neurobiologia, co nie pozostało bez konsekwencji dla dociekań na temat mózgowych procesów leżących u podstaw rozmaitych wyobrażeń i praktyk religijnych. Dziś starania te stanowią już odrębną dziedzinę nauki, nazywaną najczęściej neuroteologią[2], w ramach której przeprowadza się eksperymenty na całym świecie. To część szeroko zakrojonego religioznawczego projektu badawczego – poszukiwań odpowiedzi na pytanie o naturalne predyspozycje gatunku ludzkiego do religijności. Poza neurobiologią wykorzystuje się w nim przede wszystkim wiedzę z zakresu biologii ewolucyjnej, prymatologii, psychologii rozwojowej czy, szerzej, kognitywistyki.

Neuroteologia jest także, niestety, polem minowym kontrowersji i często nie do końca rygorystycznej nauki. Czy można już jednak zasadnie twierdzić, że dzięki temu, co w niej rzetelne, stopniowo odkrywamy mózgową kolebkę religii, rekonstruując coś w rodzaju „neuroteogonii”? A jeśli tak, to jakie konsekwencje – szanse i zagrożenia – może to przynieść religiom?

Misteria i laboratoria

Każde omówienie badań empirycznych dotyczących zagadnień związanych z religiami wymaga zwrócenia uwagi na trudności definicyjne. Określenie znaczeń (choćby na gruncie tylko jednego wyznania) takich pojęć, jak: „religia”, „duchowość”, „świętość”, „mistyka” czy „Bóg / bóg”, aby były one eksperymentalnie użyteczne w każdej sytuacji, jest praktycznie niemożliwe. Z tego względu naukowcy skupiają się na konkretnych praktykach religijnych, w których pojęcia te odgrywają ważną rolę: modlitwie, medytacji, rytuałach, czy na specyficznych doświadczeniach – przeżyciach pod wpływem m.in. substancji psychoaktywnych, deprywacji sensorycznej, a także takich, które wynikają z zaburzeń psychicznych.

Na kilka wstępnych uwag zasługuje także sama neurobiologia religii jako wciąż względnie nowy obszar badań. Fizjologię łączy się tu z fenomenologią, obiektywne z subiektywnym. Szuka się możliwych do zmierzenia fizjologicznych korelatów stanów umysłu, które przez badanych najczęściej są opisywane za pomocą kategorii religijnych. Często są one przedstawiane w ten sposób zarówno przez wierzących, jak i niewierzących, ponieważ trudno o konkurencyjne względem terminologii religijnej pojęcia do opisu tego rodzaju praktyk i doświadczeń. Oprócz wspomnianych na wstępie metod obrazowania pracy mózgu wykorzystuje się w tej dziedzinie także elektroencefalografię (EEG) czy pomiary rozmaitych parametrów fizjologicznych (m.in. tętna, ciśnienia krwi, reakcji skórno-galwanicznej oraz poziomów hormonów we krwi), a także metody wpływania na pracę mózgu poprzez elektryczną lub magnetyczną stymulację określonych obszarów oraz za pomocą halucynogenów.

Autorzy badań neuroteologicznych otwarcie przyznają się do ograniczeń tej dziedziny. Niektóre kwestionariusze psychologiczne i różne skale, którymi posługują się w celu rygorystycznie empirycznej oceny doświadczeń uczestników eksperymentów, zdecydowanie wymagają udoskonalenia. Wyniki skanów mózgu nie są ponadto dostatecznie często korelowane z innymi fizjologicznymi badaniami, co mogłoby wzmocnić fundamenty wyciąganych wniosków. Problematyczne są także ograniczenia czasowe eksperymentów – bywa, że osiągnięcie stanu wiążącego się z przeżyciami natury religijnej wymaga dłuższego wysiłku umysłowego, a nawet jeśli uda się w ten stan wejść w miarę szybko, skan przeprowadza się jedynie w momencie szczytowym doświadczenia, którego pojawienie się badani sami muszą zgłosić. Przepadają zatem doświadczenia z innych etapów modlitwy czy medytacji, a cały ten proces utrudnia dodatkowo hałas urządzeń do obrazowania. Kolejny kłopot stanowi często niewielka liczba uczestników – trudno znaleźć osoby odpowiednio zaawansowane w praktykach religijnych, u których najrozsądniej jest szukać korelatów głębokich doświadczeń z nimi związanych. Zwłaszcza że wszyscy uczestnicy muszą być zdrowi, bez historii zaburzeń neurologicznych i psychiatrycznych (często także w najbliższej rodzinie), niestosujący narkotyków ani używek, nieprzyjmujący leków i wolni od wszelkich innych przypadłości, które mogłyby potencjalnie skomplikować badanie.

Wielu odkryć naukowych dotyczących biologicznych mechanizmów funkcji psychicznych dokonano ponadto dzięki badaniom różnego rodzaju nieprawidłowości w pracy układu nerwowego. Czerpie z nich także neuroteologia.

Mózgowa „świątynia”?

Na podstawie dotychczas przeprowadzonych badań obszarem mózgu, którego niestandardowe funkcjonowanie uznaje się za najmocniej skorelowane z doświadczeniami powiązanymi niekiedy z treściami religijnymi, są płaty skroniowe.

W literaturze naukowej najczęściej można spotkać w tym kontekście opisy pacjentów cierpiących na padaczkę skroniową (ang. temporal lobe epilepsy – TLE). Takie osoby są często przekonane, że „rozmawiają” z Bogiem, czują, że odkryły „prawdziwe znaczenie kosmosu” (niedostępne zwykłym umysłom), a ponadto zaczynają obsesyjnie interesować się kwestiami dotyczącymi religii, filozofii i moralności.

Same doświadczenia mogą trwać zaledwie kilka sekund w czasie napadu padaczkowego, ale w ich wyniku zachodzą głębokie zmiany w osobowości pacjentów, które utrzymują się również w okresach bez napadów.

Jednym z badaczy, którzy napotkali w swojej pracy klinicznej osoby cierpiące na ten rodzaj epilepsji, jest Vilayanur S. Ramachandran, neurobiolog z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego. Opisuje on badanie, do którego zainspirowały go głębokie doświadczenia religijne takich pacjentów[3]. Podejrzewał, że doszło u nich do zaburzenia komunikacji między ciałem migdałowatym (częścią układu limbicznego odpowiedzialną za rozpoznawanie emocjonalnej wagi wydarzeń w otoczeniu) a strukturami, w których łączą się dane pochodzące z różnych zmysłów. Wskutek powtarzających się napadów nieprawidłowe wzorce aktywności łączące dane zmysłowe i emocje mogły się utrwalić i doprowadzić do sytuacji, w której wszystko, co pacjent dostrzegał, jawiło mu się jako głęboko istotne i ujawniające „ukryty porządek”, a w rezultacie było wartościowane religijnie. W celu zweryfikowania tej hipotezy Ramachandran przeprowadził badanie reakcji skórno-galwanicznej (ang. galvanic skin response – GSR). Pozwala ono określić, poprzez pomiar potliwości skóry, jak silnie organizm reaguje na dany bodziec.

Osoby badane siadały w wygodnym fotelu przed komputerem, z elektrodami przymocowanymi do dłoni. Na ekranie pojawiały się słowa i zdjęcia. Badani patrzyli na zwykłe, używane na co dzień przedmioty, twarze – znajome (rodziców, partnerów) i nieznajome, zagrożenia (drapieżniki, sceny przemocy), treści pobudzające seksualnie oraz słowa i obrazy związane z religią. Ludzie bez zaburzeń reagują najsilniej, widząc zdjęcia ukazujące zagrożenia i sceny związane z seksem. Zgodnie z hipotezą Ramachandrana pacjent z TLE, gdyby rzeczywiście chodziło tylko o ogólną destabilizację układu limbicznego, miałby zaś reagować równie silnie na wszystkie wymienione rzeczy.

U osób z padaczką skroniową nie wykryto jednak ogólnego wzmocnienia reakcji. Niektóre z nich, w tym na treści erotyczne, były wręcz słabsze niż w grupie kontrolnej. Wzmocnienie pojawiło się, ale okazało się selektywne – zdecydowanie silniejsze były reakcje, kiedy na ekranie pojawiało się coś związanego z religią. Ramachandran ostrożnie skonkludował więc, że najprościej wyjaśnić doświadczenia pacjentów z TLE zmianami w płacie skroniowym przekładającymi się na wybiórcze wzmocnienie pewnych połączeń w obrębie układu limbicznego i osłabienie innych. W rezultacie miałaby się wtedy zmienić natura emocji odczuwanych przez osobę z tym zaburzeniem. Czy można zatem uznać, że istnieją w mózgu obwody neuronalne bezpośrednio związane z doświadczeniami religijnymi i że u osób cierpiących na padaczkę skroniową stają się one hiperaktywne? Ramachandran radzi zachować interpretacyjną ostrożność. Samo badanie GSR niczego nie wyjaśnia. Jeśli chodzi o padaczkę skroniową, zmiany osobowości związane z głęboką religijnością zachodzą u mniejszości (od 1% do 5%) cierpiących na nią osób[4]. Nie znaczy to jednak, że jej związek z tymi przeżyciami jest mniej realny. Istotność płatów skroniowych w kontekście doświadczeń religijnych potwierdzają bowiem inne eksperymenty – np. stymulowanie tej części mózgu za pomocą pola magnetycznego przy użyciu słynnego (choć problematycznego) „Bożego hełmu” (ang. God Helmet).

„Boży hełm” to dość proste urządzenie – kask na skuter śnieżny z wbudowaną aparaturą generującą słabe pole magnetyczne[5]. Eksperymenty z jego wykorzystaniem trwają ok. godziny, odbywają się w ciemnym i dźwiękoszczelnym pokoju, a badanym zakłada się na głowę dodatkowo elektrody służące do pomiaru aktywności bioelektrycznej mózgu (EEG) oraz zasłania oczy. Każda osoba otrzymuje informację, że badanie dotyczy relaksacji[6].

Psycholog Michael Persinger, który „Boży hełm” stworzył we współpracy ze Stanleyem Korenem, przetestował urządzenie najpierw na sobie. Był zaskoczony, kiedy – jako ateista – po raz pierwszy w życiu doświadczył dzięki niemu „obecności Boga”[7].

Jednym z przeżyć, które badani przy jego zastosowaniu opisują najczęściej, jest właśnie „poczucie obecności” (ang. sensed presence). Czują, że ktoś lub coś, jakaś niewidzialna istota, znajduje się blisko nich, jest z nimi w pokoju. Częste są również przypadki bycia poza ciałem (ang. out-of-body experience – OBE), a uczestnicy interpretują swoje przeżycia zgodnie z wyobrażeniami dominującej w ich kulturze religii lub dopatrując się w istotach, których obecność odczuwają, swoich zmarłych bliskich. Persinger prowadzi te eksperymenty od ponad trzech dekad – od początku interpretacje doświadczeń pozostają podobne[8]. Spośród setek uczestników eksperymentu aż 80% osób zgłaszało takie przeżycia[9]. Co ciekawe, podobne odczucia mają zarówno wierzący, jak i ateiści. Choć są od tej reguły interesujące wyjątki.

Eksperyment Persingera przyniósł mu wielkie zainteresowanie mediów i status – trudno to ująć inaczej – neuroteologicznego celebryty. W rezultacie do udziału w badaniu zaczęto zapraszać niektórych znanych ateistów. Działaniu „Bożego hełmu” dzielnie poddali się tacy krytycy religii, jak: biolog Richard Dawkins[10], psycholożka Susan Blackmore[11]oraz historyk nauki i redaktor naczelny magazynu „Skeptic” Michael Shermer[12].

Shermer odczuwał czyjąś obecność w pokoju, ale nie był pewien, czy to nie on sam „wyszedł z ciała”. Twierdził, że mogło to wynikać z faktu, że jako skrajny racjonalista aktywnie walczył z doświadczeniem, które postrzegał jako irracjonalne. Blackmore uznała, że pod wpływem działania hełmu przeżyła jedno z najniezwyklejszych doświadczeń w życiu. Dawkins jako jedyny oparł się – ku swojemu nieskrywanemu rozczarowaniu – wpływowi pola magnetycznego. Persinger wyjaśniał to zdecydowanie niższą czułością jego płatów skroniowych niż u większości badanych ludzi, co ustalono na podstawie odpowiedzi, jakich Dawkins udzielił na pytania z kwestionariusza opracowanego przez zespół Persingera w celu oceny czułości tego obszaru mózgu.

Wyniki eksperymentów Persingera były do pewnego stopnia kwestionowane. Dwóm zespołom naukowców z innych ośrodków badawczych nie udało się osiągnąć takich samych rezultatów. Persinger bronił się, zarzucając krytykom, że nie odtworzyli badania wiernie. Sam też był jednak oskarżany o błędy metodologiczne. Inni badacze wyjaśniali doświadczenia pod wpływem działania „Bożego hełmu” podatnością na sugestie u badanych osób lub deprywacją sensoryczną. Zarzucali Persingerowi, że pole magnetyczne, które stosuje, jest zbyt słabe, żeby wywoływać jakiekolwiek zmiany w mózgu, na co odpowiadał, że kluczowe jest jego właściwe użycie: zaaplikowanie go tak, żeby precyzyjnie pobudzić obszary, których aktywność jest skorelowana z doświadczeniami religijnymi. Dopiero w 2014 r. niezależne laboratorium zdołało osiągnąć takie same rezultaty, choć nie na dużą skalę. Działania Persingera zdecydowanie znajdują się poza naukowym mainstreamem i wciąż budzą wiele kontrowersji wśród neurobiologów. Pozostaje czekać na kolejne badania, choć warto zauważyć, że na razie nawet tacy profesjonalni łowcy naukowych szarlatanów jak wspomniani Blackmore i Shermer dają jeszcze Persingerowi szansę.

Nowsze badania wskazują jednak, że wyróżnienie płatów skroniowych jako obszaru najważniejszego dla doświadczeń religijnych może się okazać nie do końca słuszne. Bardziej istotna może być wyspa – struktura sąsiadująca z płatami skroniowymi i związana z funkcjami bliższymi naturze doświadczeń religijnych[13].

W każdym razie takiej mózgowej „świątyni” najrozsądniej chyba szukać wśród struktur najsilniej związanych z układem limbicznym, nawet jeśli jej architektura jest dużo bardziej rozległa i złożona, niż dotąd myślano. Nie jest jednak wykluczone, że okaże się jedynie mitycznym mózgowym siedliskiem religii[14]. Żaden pojedynczy obszar nie wyjaśni religii w pełni, co nie znaczy oczywiście, że poszukiwania struktur kluczowych dla religii nie mają sensu i że żadna z nich nie może być bardziej wyspecjalizowana w zapośredniczaniu tego typu doświadczeń niż inne.

Farmakomistyka

Książkami o historycznych czy antropologicznych związkach religii z zażywaniem halucynogenów w ciągu ostatnich kilku tysięcy lat można by zapełnić prawdopodobnie niemałą bibliotekę. Eksperymentów dotyczących tych kwestii, które byłyby przeprowadzone z zachowaniem naukowego rygoru, wciąż jest wszakże zaledwie garstka. Wśród badań z ostatnich lat na szczególną uwagę zasługuje na pewno to, które wykonał psychiatra Roland Griffiths – jeden z najważniejszych na świecie badaczy uzależnień oraz pionier renesansu badań nad psychodelikami.

Griffiths przeprowadził eksperyment dotyczący natury doświadczeń pod wpływem psylocybiny, halucynogenu występującego naturalnie w wielu gatunkach grzybów[15]. Każdy uczestnik wziął udział w ośmiogodzinnej sesji (mniej więcej tyle utrzymują się efekty działania halucynogenu), w estetycznie urządzonym pokoju, zaprojektowanym z myślą o tym badaniu. Dwie specjalnie przeszkolone osoby były obecne przy każdym uczestniku w czasie całej sesji i prowadziły notatki. Badanym radzono leżeć na kanapie z maską na oczach i używać słuchawek z muzyką poważną, aby móc lepiej skupić się na wewnętrznych doświadczeniach. W razie pojawienia się lęku osoby monitorujące uspokajały uczestników.

Po ok. siedmiu godzinach od podania halucynogenu, kiedy efekty jego działania zelżały, uczestnicy wypełniali dwa kwestionariusze zaprojektowane na podstawie klasycznych fenomenologicznych opisów zebranych przez psychologów religii.

22 z 36 badanych przeżyło „pełne” doświadczenie mistyczne. Opisywali m.in. zespolenie z „ostateczną rzeczywistością”, „czystą świadomość”, „jedność wszystkich rzeczy”, „przekroczenie ograniczeń czasu i przestrzeni”, „niewyrażalność i paradoksalność” (trudność opisu doświadczenia słowami) czy pozytywny nastrój.

67% osób oceniło doświadczenie pod wpływem psylocybiny jako najważniejsze albo jedno z pięciu najważniejszych w życiu, porównywane z narodzinami pierwszego dziecka lub śmiercią rodzica. W przypadku 79% zwiększyło ono poczucie dobrostanu: „bardzo” (29%) albo umiarkowanie (50%) – u nikogo tego poczucia nie zmniejszyło. Doświadczeniu przypisywali ponadto trwałe pozytywne zmiany w swoim charakterze i zachowaniu, spójne ze zmianami zauważonymi przez członków ich rodziny i przyjaciół. Ustalano to na podstawie podejmowanego w późniejszym okresie kontaktu. Zmiany w osobowości, które zaszły pod wpływem halucynogenu, utrzymywały się u większości uczestników nawet 14 miesięcy po zakończeniu eksperymentu[16]. Badanie Griffithsa było powtórzeniem słynnego Eksperymentu Wielkopiątkowego Waltera Pahnkego (chciano naprawić jego błędy metodologiczne) przeprowadzonego ponad pół wieku temu z udziałem studentów seminarium duchownego, którym podano psylocybinę w czasie mszy wielkopiątkowej. Oni również opisywali klasyczne przeżycia mistyczne i pozytywne zmiany osobowościowe – utrzymywały się one nawet…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wierzyć w naukę, (nie) wątpić w Boga