Gdy scena pustoszeje, gdy z widowni znika ostatni widz, a drzwi zamykają się za najpilniejszym pracownikiem teatru, na sali pozostaje zapalone jedno małe światełko. Jego obecność tłumaczyć można różnie. Racjonaliści powiedzą: światełko powinno palić się, żeby pierwsza osoba otwierająca salę mogła przejść spokojnie i bezpiecznie do włącznika światła lub konsoli oświetleniowca. Można też jego blask wyjaśniać w zupełnie inny sposób. Światło to w tradycji anglosaskiej nazywane jest ghost light i musi być zapalone cały czas ze względu na zamieszkałe w teatrze duchy. Według jednej wersji po to, by je odganiać, a według innej, by stworzyć przyjazne warunki dla nawiedzających budynek zjaw. W Polsce w podobny sposób wyjaśniane jest zamykanie teatrów w poniedziałki. Nie można niczego robić na scenie, ponieważ wtedy spotykają się na niej duchy zmarłych aktorów i pracowników teatru. Tego dnia jest zarezerwowana tylko dla nich, by mogły na niej wystawiać swoje spektakle i nie przeszkadzały żyjącym aktorom w pozostałe dni tygodnia. Dzięki temu zadowoleni są i żywi, i umarli, a w teatrze tworzy się przestrzeń dla odrobiny magii.
Krąg wtajemniczonych
Nietrudno jest odnaleźć listy teatralnych przesądów. Niektóre z nich powtarzane są często, inne pojawiają się tylko w wypowiedziach konkretnych aktorów i w opowieściach o jednej instytucji. W teatrach każdego kraju obowiązują inne tajemnicze zakazy i nakazy, które mają przynieść sukces premierze. Zespoły teatralne czerpią ze wspólnego zbioru zabobonów i wytwarzają również własne. Tadeusz Nyczek wskazuje, że ich cechą wspólną jest to, iż przekazywane są z pokolenia na pokolenie od tak dawna, że niejednokrotnie niełatwo dziś znaleźć ich źródło, powiedzieć, kiedy i dlaczego zaczęły obowiązywać[1]. Wydaje się, że spełniają też podobną funkcję: nie tylko umacniają wiarę w to, że wszystko będzie dobrze, lecz także budują wspólnotę, tworząc krąg wtajemniczonych.
W artykułach opowiadających o przesądach często podkreśla się, że w teatrze tyle rzeczy wpływa na strukturę spektaklu, a jego ostateczny kształt uzależniony jest od tak dużej liczby osób i przypadków, że wiara w magiczne czynniki staje się jakimś sposobem okiełznania rzeczywistości niemożliwej do opanowania racjonalnymi metodami.
Skoro często trudno wytłumaczyć, dlaczego na scenie pojawia się jakiś element scenografii lub skąd bierze się energia postaci, to może istnieje jakiś związek między kopnięciem aktora a jego sukcesem na scenie. Może pomoże, na pewno nie zaszkodzi. Jednocześnie przedstawienie przesądów jako powszechnie obowiązujących i restrykcyjnie przestrzeganych tworzy z teatru instytucję działającą obok świata, przestrzeń rządzącą się swoimi prawami silnie oddzieloną od realności, w której nikt nie zastanawia się nad tym, jaką nogą wstaje z łóżka, chociaż wie, że lepiej jest to zrobić prawą. Może dlatego twórcy coraz częściej podkreślają, że najważniejsze jest rzetelne przygotowanie do spektaklu, a odprawianie rytuałów i przestrzeganie przesądów zastąpić można wypełnianiem swoich obowiązków na scenie. Magiczne zasady są jeszcze pamiętane, często się o nich opowiada, lecz coraz rzadziej ich przestrzega. Tylko czasami pojawiają się na scenie.
Nic dziwi ich coraz mniejsza popularność. Rygorystyczne przestrzeganie przesądów sprawiłoby, że wszystkie pokazy premierowe rozpoczynałyby się z 13-minutowym opóźnieniem (na szczęście), nikt nie wchodziłby na scenę lewą nogą i nie otwierał tam parasola (po co kusić licho?), plakaty koniecznie zawierałyby zielone elementy (nadzieja na udany spektakl), jednak ten kolor razem z żółtym nie mógłby pojawiać się na scenie (żółty to znak diabła, a zielony zazdrosnych wróżek). Trumna zakazana jest z powodów oczywistych i ciągle wydaje się niebezpieczna. Niby coraz częściej pokazuje się ją na scenie, ale każdy zna historie o ludziach nagle zmarłych, a zaangażowanych w premiery, w których została użyta. Artyści muszą uważać też na to, co robią i na co patrzą. Zakazane są np. spotkania z zakonnicami, które mogą im zabrać tekst z głowy. Aktorzy nie mogą również niczego na scenie rozpruwać (zepsuta rola) ani pozwolić na to, by zszywano na nich ubrania (bo zaszyje się im usta).
Wiele osób zna też przesąd mówiący o tym, że upuszczenie pudru jest pechowe. Joanna Szczepkowska w „Gazecie Wyborczej” mówi, że oznacza to, iż rola się rozsypie, lub jest zapowiedzią romansu ze swoim scenicznym partnerem (co chyba już tak pechowe nie jest)[2].
Według innej wersji zniszczenie pudru zwiastuje rychłe zwolnienie[3], zaś w wydaniu dla zapobiegliwych po takim nieszczęściu pracę należy czym prędzej rzucić, by zaradzić jeszcze większemu pechowi. Na scenie powinno się również unikać pokazywania pawich piór. Scenografka i kostiumografka Iga Słupska wspomina, że planowała wykorzystać je w kostiumach do Korzeńca w Teatrze Zagłębia – pierwszym spektaklu, przy którym pracowała, co spotkało się z protestem innych pracowników teatru, a w konsekwencji zmianą projektu stroju.
Część przesądów ma charakter praktyczny. Jeden z nich mówi o tym, że kwiatów otrzymanych po spektaklu oddawać nie wolno, bo już nigdy nikt ich nam nie wręczy. Może coś w tym jest, że kiedy fan zobaczy, iż jego prezent przechodzi w inne ręce, nie będzie się wykosztowywał na kolejny bukiet. Inny przesąd mówi zaś o tym, że nie wolno przyjmować opłaty za spektakl przed premierą, i wydaje się, że został wymyślony przez księgowe pilnie strzegące teatralnych kas. Część praktycznych kiedyś wskazówek z biegiem lat straciła swoje wytłumaczenie, jednocześnie pozostając w pamięci twórców. Jeden z zakazów najbardziej rygorystycznie przestrzeganych do dzisiaj w teatrze mówi o tym, że nie można gwizdać, bo spektakl zostanie wygwizdany. Tymczasem okazuje się, że przepis ten wprowadzono w czasach, w których gwizdami komunikowali się ze sobą montażyści sceny i dźwięki wydawane przez osoby postronne mogły wprowadzać ich w błąd[4].
Najbardziej obecne i stosowane w teatrze przesądy to wspomniane gwizdanie oraz przydeptywanie egzemplarza lub tekstu, gdy spadnie na ziemię. Robi się tak po to, by nie położyć roli. Do tego stosują się prawie wszyscy. Agnieszka Bałaga-Okońska, aktorka Teatru Zagłębia w Sosnowcu, opowiada: „Nawyk przydeptywania wszedł mi w krew na dobre i przydeptuję odruchowo dosłownie wszystko. Kiedyś w Urzędzie Skarbowym odcisnęłam ślad solidnego zimowego kozaczka na jakimś formularzu w trosce o powodzenie pani, która go upuściła. Spojrzała na mnie jak na wariatkę, a ja z przepraszającym uśmiechem oddałam jej stratowane dokumenty i czmychnęłam czym prędzej z urzędu”.
Nowe rytuałyPotrzeba magicznego myślenia w teatrze objawia się w wymyślaniu nowych rytuałów, które zastępują stare…