Subskrybuj
Historyk sztuki, współpracuje z „Zeszytami Literackimi”. Ostatnio wydała biografię Jaka szkoda. Krótkie życie Pauli Modersohn-Becker oraz zbiór opowiadań Ten kraj. Publikuje pod pseudonimem.

Cenniejsze niż złoto

Najdroższym obrazem świata jest obecnie Salvator Mundi Leonarda da Vinci. W listopadzie 2017 r. został zlicytowany za 450 mln dolarów. Zapewne ten rekord nie utrzyma się długo.

Osiągnął go jednak obraz, który 12 lat wcześniej został zakupiony na prowincjonalnej aukcji zaledwie za 10 tys. dolarów; pokryty grubymi warstwami werniksu, mocno przemalowany, wówczas został uznany za „ruinę”, zapewne wczesną, XVI-wieczną kopię mistrza. A jednak po gruntownej restauracji kryształowa kula, którą trzyma Jezus, zalśniła niezwykłym blaskiem. Znawca dzieła Leonarda prof. Martin Kemp potwierdza, że z obrazu emanuje niezwykła aura, jakiej nie potrafili odtworzyć nawet najzdolniejsi naśladowcy. Mimo wszystko relacja pomiędzy ceną dzieła sztuki a jego jakością – subtelną, nieraz trudną do uchwycenia – pozostaje nieproporcjonalna, a dla niewtajemniczonych często wprost oburzająca. Aukcjoner i marszand Philip Hook opowiedział o losach pośredników w obrocie sztuką, od XVII w. do dzisiaj. Już sam tytuł jego pracy sugeruje rozkład akcentów: „szubrawcy” handlują najdoskonalszymi wytworami ludzkiego ducha i ręki. Przekładają na monetarne zyski to, co jest cenniejsze niż złoto. Dlatego też marszand wydaje się moralnie podejrzany, spekuluje bowiem i bogaci się na tym, co bezcenne. W swoich portretach najwybitniejszych marszandów Hook eksploatuje to napięcie. Wśród mistrzów w tej dziedzinie wyróżnia kilka charakterologicznych typów: chłodny intelektualista Kahnweiler stał się promotorem kubistów, zaś uwodzicielski Leo Castelli przyczynił się do sukcesu abstrakcyjnych ekspresjonistów i twórców pop-artu. Jak dowodzi Hook, mistrzowie w tym fachu łączą przeciwne żywioły: autentyczną namiętność dla sztuki i wyrafinowaną wrażliwość z talentami spekulanta i bezwzględnego gracza. Najważniejsza jest jednak osobowość: zdarzali się marszandzi wyniośli, którzy swoich nieprzyzwoicie bogatych i nieoświeconych klientów traktowali z nutą pogardy, jak łowną zwierzynę. Zwykle najbardziej imponujące transakcje były zawierane z wdziękiem i w wielkim stylu, z obopólną satysfakcją. Jak demonstruje Hook, repertuar sztuczek marszandów pozostaje niezmienny od stuleci. W XVIII w. Arthur Pond „przedstawiał się głównie jako malarz, który w takich czy innych okolicznościach wszedł w posiadanie kilku płócien starych mistrzów, zawiesił je potem na ścianach, ale gotów jest je odsprzedać”. Także i dziś zdarzają się marszandzi, którzy swój asortyment eksponują w pomieszczeniach przypominających mieszczańskie salony. Zapraszają tam wybranych klientów, zaznaczając, że chodzi o prywatne zbiory, nieprzeznaczone na sprzedaż. Oczywiście taka gra trwa, dopóki ktoś nie zaproponuje odpowiednio wysokiej ceny. Dumni marszandzi lubią podkreślać, że mają w ofercie coś lepszego niż muzea; na potwierdzenie swoich słów prezentują reprodukcje. Ale najważniejszym, delikatnym zadaniem jest zdobycie zaufania klienta, stworzenie wyróżnionej, osobistej relacji. Wchodzą w rolę konesera-doradcy, ostrzegają przed pułapkami u konkurencji. Jak jednak pisze Hook, „przyjaciółmi Duveena”, sprytnego brytyjskiego marszanda dawnych mistrzów, „byli wszyscy jego klienci”. Duveen był również sprawnym psychologiem: amerykańskich magnatów namówił, by oddawali swoje kolekcje do muzeów. W ten sposób ratowali siebie i swoich spadkobierców od fiskusa i zapewniali sobie nieśmiertelność. Do dziś nazwiska Frick, Mellon i Bache są wygrawerowane na ścianach największych muzeów w Nowym Jorku i Waszyngtonie. Jednym z najpewniejszych sposobów potwierdzenia swojego prestiżu oraz jakości własnego towaru jest dla marszanda spółka z „niezależnym ekspertem”. Bodaj najbardziej skuteczny alians stworzył Joseph Duveen z Bernardem Berensonem. Wybitny historyk sztuki w piękne słowa ubierał wątpliwe atrybucje dzieł włoskiego renesansu. Dla podbicia ceny wystarczyło stworzyć nowego mistrza lub rozszerzyć jego dzieło – w ten sposób można było nie tylko wpłynąć na transakcję, ale wręcz odwrócić koleje historii sztuki. Na przykład źródłowe informacje o Giorgionem są tak skąpe, że przypisanie płótna jemu albo młodemu Tycjanowi (który miał być jego uczniem) zależało przede wszystkim od „oka” znawcy. Swoje ekspertyzy Berenson sporządzał zwykle na podstawie fotografii i niedoskonałością reprodukcji mógł wytłumaczyć fałszywą atrybucję. Jak jednak wynika z opowieści Hooka, najwybitniejsi marszandzi nie byli jedynie łasi na pieniądze,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Uniwersytet to my!