Subskrybuj
Psycholog, dr hab., prof. UJ. Zajmuje się historią psychologii, psychopatologii i psychoanalizy, irracjonalizmem oraz sztuką i alternatywnymi ruchami kulturowymi

Dziewczynka z różową kokardą w farbowanych włosach albo zabawa w chowanego z Janką Katz

To zawsze jest trochę taka moja prywatna pokuta. Albo, jakby popatrzyć na to inaczej, gorzka medytacja.

Polega ona na tym, że co jakiś czas biedzę się przy komputerze i próbuję bezskutecznie naprawić cztery nędznej jakości selfie – wtedy jeszcze chyba nawet nie znałem tej nazwy – które kilka lat temu zrobiłem sobie i Jance Katz na tarasie jej ulubionego hotelu Alef na granicy Kazimierza i Starego Miasta, gdzie zawsze się zatrzymywała. Dodatkowym powodem rozgoryczenia jest fakt, że na trzech z tych zdjęć Janka ma wprawdzie ekstatyczny uśmiech, ale za to zamknięte oczy, a na tym jednym jedynym, na którym oczy są otwarte, widać tylko szelmowsko łypiące jedno z nich, bo tak mocno wtuliła się w moją szyję, że drugie niknie gdzieś pod uchem i moimi okularami. Zdjęcia są zrobione archaicznym Nikonem Coolpixem 4500, niezbyt pewną ręką, w złym świetle, i żeby nie wiem jak się nad nimi nabiedzić, zrobić z nich podrabianą sepię, niechciane cienie i prześwietlenia chytrze zrównoważyć, tu i tam co nieco wygładzić, tu trochę wyostrzyć, tam trochę zamazać – to i tak cały czas pozostaje melancholijna świadomość, że mogłem zrobić Jance dziesiątki lepszych fotografii, w różnych sytuacjach, kiedy byliśmy razem, lepszymi aparatami, w lepszym świetle, nie tak pospiesznie…

A teraz, kiedy Janka nie żyje, nie wrócimy już nigdy ani do Alefa, ani na Kazimierz, ani w żadne inne miejsce i nie zrobimy sobie żadnego selfie, które spełniałoby wymarzone kryteria estetyczne, aby równocześnie emanować sarkazmem, kojarzyć się z obrazem Marca Chagalla i mieć artyzm prozy jej ulubionego Sebalda. Muszę jednak przyznać, że lubię te zdjęcia, bo kiedy na nie patrzę, to natychmiast w pamięci odżywa mi tamten dialog, który się między nami wtedy rozegrał, jak zwykle objawiając to, co Janka miała najlepszego: słodko-gorzki humor i intelekt jak brzytwa Kuby Rozpruwacza:

– Czy ja będę dobrze wyglądała na tych zdjęciach? Bo nie jestem dziś najlepiej ubrana.
– Ależ Janka, ja je robię tylko dla siebie, na pamiątkę, a nie po to, żeby się chwalić i pokazywać innym
– A dlaczego nie?

 

II

O Jance rozmyślam zazwyczaj wtedy, kiedy biegnę. Albo uprawiam „wyczynową” jazdę na hulajnodze. A robię to dwa, trzy razy w tygodniu, po Sikorniku, wzdłuż Wisły lub Rudawy albo wokół Błoń, i słucham w trakcie tych czynności dość ekstremalnej muzyki. Twarz Janki najwyraźniej uprzytamnia mi się i ucieleśnia w czasie‚ gdy do moich uszu dobiega elektryczny jazgot wydobywany przez grupy w rodzaju The Ramones, The Clash czy Sleater-Kinney, których gitarzyści i gitarzystki nie patyczkują się ze słuchaczami i nie bawią w układanie zwiewnych fraz à la Anton Webern czy Giovanni Girolamo Kapsberger (jako XVII-wieczny wirtuoz lutni i teorbanu może chyba stanowić jakiś odpowiednik muzyka obsługującego elektryczną gitarę). Raczej, nie przebierając przesadnie w środkach, rozstrzeliwują mózgi odbiorcy seriami dobrze wymierzonych elektrowstrząsów. Perkusiści i wokaliści tych zespołów cackają się ze słuchaczami jeszcze mniej. Dla kogoś nieprzygotowanego brzmi to tak, jakby ktoś odtworzył na cały regulator wszystkie wydarzenia bitewne opisane w Mahabharacie, nie pominął przy tym żadnego z nich, a w dodatku zmieścił się w granicach trzech minut. Może dla zwolennika Podróży zimowej Schuberta nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale gdy zasuwa się pod stromą górę i siły z człowieka na 10 km całkowicie uchodzą (a do tego siąpi deszcz ze śniegiem i jest luty), to taka elektryczna kroplówka bezpośrednio do układu nerwowego pozwala się zmobilizować i sunąć dalej, mimo chęci natychmiastowego położenia się na mokrej ziemi, śniegu czy błocie i gorzkiego zapłakania. A na hulajnodze, pędząc beztrosko po alejkach parku Jordana, to się do tej muzyki wręcz tańczy.

Kiedy próbowałem jakoś zrelacjonować Jance te upojne rozkosze, złowieszczo ripostowała:

– Rock, mój drogi, to AIDS powietrza!

III

Fakt, nasze gusty muzyczne różniły się dość istotnie. W ogóle bardzo się różniliśmy. Czasem wpadałem w nastrój misyjny i usiłowałem ją nakłonić do rock’n’rolla pośrednio, podstępnie, poprzez np. film braci Coen Poważny człowiek. Bo Janka braci Coen ceniła. Podsuwałem więc jej wyobraźni scenę, w której stary rabin po bar micwie zwraca się do syna głównego bohatera i jako remedium na rozpacz i utratę nadziei wylicza mu skład słynnej w latach 60. psychodelicznej kapeli Jefferson Airplane. Albo konstruowałem zawiłe wywody w stylu, że rock’n’roll to unikalne połączenie żywiołu żydowskiego i afroamerykańskiego – opowiadałem o Lejzorze Czyżu, założycielu Chess Records (znanym jako Leonard Chess właśnie), Lou Reedzie, Suicide i Alanie Vega, Tomym i Joeyu Ramone, a w końcu o książce The Heebie-Jeebies at CBGB’s[1], której autor Steven Lee Beeber stawia tezę, że nowojorski punk był całkowicie żydowskim fenomenem, ale Janki to jakoś zupełnie nie przekonywało. Namawiała mnie za to do jazzu, który był jej bardzo bliski, a mi boleśnie obojętny.

Co do muzyki klasycznej, to też różniliśmy się bardzo. Janka była wielką admiratorką Chopina i Beethovena, szczególnie Beethovena. A ja ubóstwiam Mahlera, Brucknera i Monteverdiego. Ale najbardziej Mahlera. I gdy schodziło na niego, to zwykle, w ramach prowokacji, mówiła coś w tym stylu:

– Bartek, czy tobie czasem te wszystkie jego symfonie nie zlewają się w taki jeden długi klezmerski strumień?

Kiedy już nie wytrzymywałem pastwienia się nad moimi gustami, zadawałem jej cios bronią z jej podwórka, jak mniemałem. Mówiłem więc:

– Janka, a wiesz, że Arnold Schönberg uważał, iż w muzyce niemieckiej nie mogło się zdarzyć nic gorszego od Beethovena?

– Cóż za okropne Żydzisko – ripostowała Janka.

A podczas jednej rozmowy telefonicznej opowiedziała mi taką historię:

– Mój drogi, wyobraź sobie, że wybrałam się wczoraj na koncert do centrum Kopenhagi. W jednym klubie miała grać grupa jazzowa, którą bardzo lubię. Jadę na miejsce, wysiadam z autobusu, potykam się i leżę jak długa. Nic poważnego mi się nie stało, jestem tylko trochę oszołomiona. I wtedy podchodzi do mnie jakiś mężczyzna, podnosi mnie na nogi, ogląda z troską, wyjmuje chusteczkę i ociera krew z rozciętej wargi. Dziękuję mu niezręcznie, a kiedy odchodzę, żeby wrócić do domu, bo na koncert już nie mam ochoty – on rzuca za mną: „A teraz napisz o tym wiersz”.

 

IV

Jankę poznałem dość późno, pod koniec lat 90. Dość szybko też przypadliśmy sobie do gustu, ale nasza znajomość zaczęła się od piekielnej chryi w kontekście konfliktu postchrześcijanina z postjudaistką.

Rozmowa dotyczyła sytuacji, w której nowojorski rabin Weiss wręczał kard. Józefowi Glempowi, wtedy prymasowi Polski, wezwanie do sądu. Dzisiaj pewnie już nikt o tym nie pamięta, ale w tamtym czasie sprawa budziła spore emocje w mediach. Janka, która słabo orientowała się w realiach tego wydarzenia, spytała mnie: „A kto to jest ten Weiss?”. Niewiele myśląc, palnąłem coś w rodzaju: a taki magik z Nowego Jorku. W nią jakby piorun strzelił. Nasrożyła się jak kobra na mangustę i wyrzuciła z siebie z furią:

– My magia!? Co ty wygadujesz?! To wy magia! Kto szepcze zaklęcia nad chlebem i winem?! My niczego nie zaklinamy.

Do chrześcijaństwa miała zresztą stosunek szczególny, wręcz osobliwy. Uważała, że wszystko, co złe na tym świecie, zdarzyło się poniekąd przez św. Pawła.

– Gdyby nie on i jego „apostolstwo narodów”, to Kuzynek (w ten sposób zwykle mówiła o Jezusie) pozostałby tylko przywódcą niewielkiej żydowskiej sekty i sprawa zostałaby w rodzinie, nikt by się nigdy o niczym nie dowiedział. A tak to rozlało się na cały świat i z tego się wzięły wszystkie nieszczęścia. I Holokaust, i baśnie o krwi chrześcijańskich dzieci w macy, i pogromy.

I jak zwykle miała na ten temat żydowski dowcip: oto Karol Wojtyła stoi przed bramą raju, puka i grzecznie oczekuje na wpuszczenie, jednak nie bez pewnej dozy pewności, że spotka się z entuzjastycznym wręcz przyjęciem. Otwiera mu św. Piotr, omiata chłodnym wzrokiem, w którym nie ma śladu rozpoznania, i pyta, kto zacz. JP II po chwili konsternacji odpowiada coś w stylu: no, jak to kto, papież z Polski, głowa Kościoła katolickiego, namiestnik Chrystusa na tronie Piotrowym etc. Rzeczony Piotr najwyraźniej nadal nic z tego nie rozumie, drapie się niepewnie po głowie, i widząc, że sam nie podoła zadaniu, wprowadza petenta do środka i wiedzie przed oblicze Najwyższego. Ten jednak również demonstruje całkowity brak rozeznania w sytuacji. Nie rozpoznaje papieża Polaka i, podobnie jak posiadacz „Kluczy Królestwa”, nic nie rozumie z jego opowieści o Rzymie, Una Sancta Apostolica Ecclesia Mater et Magistra i wiernej posłudze. W końcu, w obliczu przedłużającej się niebezpiecznie aporii, Piotr chwyta się „ostatniego sposobu” i proponuje: „Zawołajmy Młodego, może On coś będzie z tego rozumiał”.

Przychodzi Jezus, który bierze Wojtyłę na ubocze, gdzie przez dłuższy czas w ożywiony sposób rozmawiają. Po czym wybucha śmiechem, przybiega przed Tron i wykrzykuje: „Tato, Tato, czy Ty wiesz, że ta spółdzielnia rybacka, co ją założyłem prawie dwa tysiące lat temu, nadal istnieje i świetnie prosperuje?”.

A z drugiej strony w swoim duńskim mieszkaniu Janka miała na ścianie obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, co zawsze wprawiało mnie w zupełne osłupienie.

Serce Janki zdobyłem – jak mi później wyjawiła – po jednym z jej wieczorów autorskich, kiedy poszliśmy na Kazimierz do którejś z tamtejszych knajp wraz z jej paroma odwiecznymi przyjaciółkami i jednym dżentelmenem, który niemal natychmiast wzbudził moje zainteresowanie i niekłamany podziw. Po prawdzie nie miałem tam iść, bo była u nas w gości tzw. córka niemiecka Angelika – na wpół serio „adoptowana” jeszcze w latach 80. moja niemalże rówieśnica rodem z Bawarii – ale Janka natarła na mnie rozdzierającym tonem:

– To dla dziecka niemieckiego porzucisz dziecko Holokaustu?

No i oczywiście zostałem. Rzeczonym dżentelmenem był prof. Janusz Goślicki, który w tym dniu znajdował się w stanie niesprecyzowanym, jeśli chodzi o alkohol, za to emanował wyborną formą intelektualną. I przez cały czas produkował niesłychanie finezyjną (a wielce przy tym kasandryczną w tonie) logoreę, której punktem wyjścia była pełna frustracji konstatacja, iż przysłany do Krakowa ze Stanów Zjednoczonych rabin nie zna języka polskiego intertekstualnie. W miarę rozwijania tego wątku obrastał on w liczne dygresje, barokowe ozdobniki oraz kulturowe odniesienia, aby w końcu osiągnąć niebywały poziom komplikacji i wyrafinowania. Wszystko jednak trzymało się formy, przynależało do Chwistkowej „jednej rzeczywistości” i jako się rzekło, wprawiło mnie w niekłamany podziw na granicy fascynacji. W pewnym momencie więc powiedziałem Jance, że za tym gościem powinien cały czas chodzić ktoś z dyktafonem i go nagrywać, bo ludzkość sporo traci na tym, że jego wywody giną bezpowrotnie w zadymionej atmosferze kolejnych lokali Kazimierza. To Jankę bardzo ujęło. Bo Janusz Goślicki był w jej życiu osobą ważną – o czym wtedy oczywiście nie mogłem wiedzieć[2].

 

V

Janka była bardzo moralna i etyczna. Polska patriotka. Nawet w Danii nie porzuciła tej postawy i choć powieści pisała po duńsku, to z wierszami było inaczej. Zresztą najbardziej ceniony tomik jej poezji – za który była nominowana do tzw. skandynawskiego Nobla, czyli Nordisk Råds Litteraturpris – nazywał się po prostu Skrevet på polsk – czyli, tak jak to było w istocie, pisane po polsku.

– Bartek – powtarzała mi to za każdym razem, kiedy jęczałem że coś w naszym pięknym kraju jak zwykle zawodzi albo schodzi na psy‚ lub, jak zwykł mawiać prof. Andrzej Wierciński: jest albo in statu nascendi albo w fazie degeneratywnej – Bartek, ty nie mów źle na Polskę.

Czasami wydawało się, że widziała antysemityzm wszędzie, w Danii, Szwecji, Norwegii, Niemczech i Francji – tylko nie u nas. Kiedyś nie mogłem się jednak oprzeć i zadzwoniłem do niej z Jarosławia (w którym się wychowałem) i poinformowałem ją z entuzjazmem:

– Janka, czy ty wiesz, że przed II wojną światową ponad 70% kamienic tutaj to było mienie żydowskie?

– No i ty się dziwisz, że w Polsce jest antysemityzm –  replikowała.

Ale potrafiła też pokazać pazur, żydowską dumę, z ostrością dla niej zupełnie nietypową. Pamiętam, jak kiedyś szliśmy po Rynku i widok Piwnicy pod Baranami, musiał uaktywnić jakieś skojarzenia z dawniejszych czasów, jeszcze sprzed emigracji po marcu 1968 r., bo najpierw jej oczy się rozmarzyły, a potem zaczęła się śmiać tak cicho, do środka. Kiedy dopytywałem się, o co chodzi, to najpierw się trochę krygowała, ale w końcu powiedziała.

– Bo wiesz, jak byłam na studiach, to sporo się tu kręciło takich młodzieńców z kręgów arystokratycznych, Tarnowskich, Potockich. I oni traktowali ludzi z „plebsu”, ale także i mnie, Żydówkę, trochę z góry, dość protekcjonalnie. Żeby im dopiec, mówię do nich kiedyś coś takiego: „A wiecie, że kiedy wy tutaj jeszcze ciągnęliście swoje kobiety za włosy do jaskini, to my już od dawna byliśmy na dworze króla Salomona. I byliśmy tam pedałami…”.

Była także zdeklarowaną izraelską patriotką. Z bólem w głosie żaliła się, że światowe agencje nigdy nie podają zakresu i skali pomocy, jaką państwo Izrael świadczyło przy okazji różnych klęsk żywiołowych, w Nepalu, na Haiti czy w Nowym Orleanie. Pamiętam też, jak zawsze wypominała Zygmuntowi Baumanowi mundur, w którym wykładał w dawnych czasach – „nie był to mundur Wojska Polskiego”, obwieszczała z niekłamanym oburzeniem. Pamiętam też, jak smuciła się faktem, że w straceniu carskiej rodziny po rewolucji bolszewickiej główną rolę odegrał Żyd, niejaki Jakow Jurowski, który zastrzelił cara Mikołaja II Romanowa, carewicza Aleksego i wielką księżną Tatianę.

– Ależ Janka – próbowałem stonować jej rozsierdzenie – przecież to w sumie ułamek tego zła, które ludzkości zafundowały inne nacje, czego XX w. był wiarygodnym świadkiem.

– Naród, który dał światu 10 przykazań, musi od siebie wymagać więcej – napominała mnie wtedy surowo.

Ceniłem jej subtelne eseje z „Odry” i „Znaku”, chętnie czytałem wiersze, a najbardziej przemawiała do mnie proza, zwłaszcza powieść Pucka, którą, tak jak inne jej książki, dziejące się przecież przeważnie w Polsce, wydawano w serii literatury skandynawskiej, co miało dla mnie posmak zgoła perwersyjny. Ale Janka przez cały czas mnie nakłaniała, żebym przeczytał Opowieści dla Abrama. W końcu to zrobiłem i kiedy zapytała mnie o zdanie, powiedziałem szczerze, że to tak, jakby Marc Chagall ilustrował nową wersję Pieśni nad Pieśniami, ale po Holokauście. Trochę się żachnęła. Była bardzo skromna i ta opinia wydała się jej nazbyt pochlebna. A być może nie do końca przemyślana. Ale po latach nadal sądzę, że jest to kawał jej najlepszej prozy, a scena z lewitującym przy użyciu parasola bohaterem usprawiedliwia skojarzenie z pewnym żydowskim malarzem z białoruskiego Łoźna… Zawsze zresztą…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Uniwersytet to my!