Michał Jędrzejek, Dominika Kozłowska: Rozmawiamy w gronie współtwórców, obserwatorów i aktywnych krytyków nowej ustawy o szkolnictwie wyższym (tzw. Ustawy 2.0 czy też Konstytucji dla nauki). Jednocześnie wszyscy Państwo reprezentują bliskie sobie dyscypliny: filozofię i socjologię. Jaka wizja uniwersytetu jest Państwu bliska? Jakie w świetle tej wizji są mocne i słabe strony nowej ustawy?
Aleksander Bobko: Jestem przekonany, że klasyczny uniwersytet – instytucja o niemal tysiącletniej tradycji, jeśli za moment założycielski uznamy powstanie uniwersytetu w Bolonii – stoi dziś przed wielkimi wyzwaniami. Zmienia się świat i także uczelnie muszą podlegać zmianom. W przeszłości było często tak, że przemiany kulturowe miały swój początek w świecie akademickim, dziś uniwersytety nie są już w ich awangardzie, raczej stoją gdzieś z boku. Może Państwa zaskoczę, ale sądzę, że Ustawa 2.0 ma wobec tych przemian znaczenie niewielkie. Przyznam, że jako osoba, która od początku brała udział w pracach nad nią, miałem nadzieję, że nowe prawo i związana z nim dyskusja w sposób bardziej zdecydowany zmierzą się ze współczesnymi wyzwaniami. Tak się nie stało. Oczywiście wiele zależy też od dalszych rozporządzeń i sposobu wdrażania zmian, ale myślę, że ustawa nie odpowiada właściwie na zasadnicze pytanie o to, jaki ma być współczesny uniwersytet.
Uczelnie zmieniły się w ostatnich dekadach – w Polsce i na całym świecie. Wspomnę choćby o dwóch procesach. Pierwszy to umasowienie studiów. Na początku lat 90. było u nas ok. 400 tys. studentów, w szczytowym momencie boomu edukacyjnego – niemal 2 mln. Powstało też wiele nowych szkół wyższych. Drugi proces to biurokratyzacja oceny pracy naukowców. Pewne formy oceny są niezbędne, by wybierać i wspierać dobrych uczonych. Jednakże wielu pracowników skarży się na tę nieustanną ewaluację przez instytucje zewnętrzne, skrupulatne i rozbudowane przepisy związane z wydawaniem publicznych pieniędzy i biurokratyczną kontrolę, które w pewnym sensie pozostają w sprzeczności z tradycją akademicką – gdzie istniała zawsze duża swoboda, a z efektów pracy rozliczano dopiero po dłuższym czasie.
Już w pierwszych rozmowach z premierem Gowinem o szkolnictwie wyższym zastanawialiśmy się, w jaki sposób zmniejszyć te obowiązki biurokratyczne ciążące akademii. Jeszcze przed Ustawą 2.0 wprowadziliśmy nowelizację, która zdejmowała z uczonych niektóre obowiązki sprawozdawcze i np. likwidowała przymus oceny co dwa lata. Właściwie niewiele osób to zauważyło, a do ministerstwa wciąż spływały te same sprawozdania, które już nie były wymagane. To był dla mnie zimny prysznic, ponieważ idąc do ministerstwa po latach pracy w administracji uniwersytetu (od prodziekana do rektora), byłem przekonany, że źródłem kultury biurokratycznej jest Ministerstwo Nauki. W ministerstwie okazało się zaś, że to same uczelnie proszą o szczegółowe administracyjne rozstrzygnięcia.
Myślę, że są w nowej ustawie rozwiązania, które pozwalają na uproszczenie niektórych procedur. Po pierwsze, uczelnie będą otrzymywać ujednolicone finansowanie, dzięki czemu będą miały większą swobodę w wydatkowaniu środków. Po drugie, skonsolidowana została liczba dziedzin i dyscyplin naukowych (w duchu klasyfikacji OECD), co powinno ułatwić badania interdyscyplinarne. Po trzecie, uniwersytety będą mogły bardziej samodzielnie niż dotąd kształtować swój statut. Wydawało nam się, że te wszystkie zmiany wzmocnią autonomię uczelni. Teraz rozbrzmiewają argumenty, że zagrożeniem może być despotyczna władza rektora. Ustawa daje pewne instrumenty i swobodę, które uczelnie będą mogły w różny sposób wykorzystać – i po czasie wyłonią się pewnie różne modele uniwersytetu. Będzie wtedy też czas na sprawdzenie, czy zaproponowane rozwiązania się sprawdziły, czy wymagają korekty.
Maciej Gdula: Zgadzam się z tym, że zagrożenia dla uniwersytetu nie wynikają wyłącznie z Ustawy 2.0, lecz z szerszych procesów kulturowych. Pytanie jednak, czy ustawodawca stara się walczyć z zewnętrzną presją na uniwersytet, czy raczej dostosować się do tych trendów. Mam wrażenie, że Ustawa 2.0 postawiła na dostosowanie. W tym sensie jest ona kontynuacją tzw. reformy Kudryckiej. I dlatego też protestowałem przeciwko niej podczas czerwcowego strajku na Uniwersytecie Warszawskim.
Cieszę się, że rozmawiamy w gronie osób zajmujących się zbliżonymi naukami: filozofią i socjologią. Nasze troski i problemy różnią się od tych, które mają przedstawiciele nauk przyrodniczych i ścisłych, ale częściowo także od tych, które mają ekonomiści czy psycholodzy. Gdy pracujemy, z reguły nie staramy się dodać nowej cegiełki do muru wiedzy, lecz zastanowić się ogólniej nad tym, czy założenia, od których wychodzimy, mają sens. Istotne jest też dla wielu z nas uczestnictwo w debacie publicznej, w sporze o kształt naszej rzeczywistości. Stąd – jak sądzę – rozbieżności w patrzeniu na naukę między przedstawicielami różnych dyscyplin; specyfika humanistyki wciąż nie jest odpowiednio dostrzegana.
Jeśli chodzi o wspomniane przez Aleksandra Bobko przemiany cywilizacyjne, to wskazałbym na obniżenie znaczenia i statusu pośredników kulturowych, tzn. przede wszystkim ludzi uniwersytetu, oraz samej dyskusji o rzeczywistości. Większe znaczenie dla systemowej integracji niż kultura, humanistyka i debata publiczna mają inne mechanizmy – mówiąc skrótowo – pieniądz, przemoc i technologia. W moim przekonaniu Ustawa 2.0 nie stara się wzmocnić roli pośredników kulturowych. Obawiam się, że jednolite finansowanie będzie narzędziem kontroli i zagrożeniem dla autonomii pracy naukowej. Władze uniwersytetu (choć wybierane przez społeczność akademicką, to jednak bez silnej legitymizacji, ponieważ niewiele osób bierze udział w wyborach ciał kolegialnych) będą naciskać na to, by naukowcy zajęli się specyficznie pojętą nauką, tzn. tworzeniem wyłącznie specjalistycznych tekstów i zdobywaniem grantów na badania. To kolejny krok w stronę pozbawiania uniwersytetu funkcji krytycznej. Szczerze mówiąc, myślałem że PiS zatrzyma tę ustawę. Okazało się jednak, że politycy z różnych obozów chętnie wzmacniają tendencję do wpisywania naukowców w wąskie ramy działalności, ponieważ nie stanowią oni wtedy konkurencji w kształtowaniu sfery publicznej.
Wraz z nową ustawą powstaje ogromna pokusa, by statuty uczelni ukształtować w ten sposób, żeby ograniczyć samorządność. Wiemy, że zebrania rad instytutów bywają mało pasjonujące, wręcz nudne. Czy jednak po przeniesieniu prawa do nadawania stopni naukowych z rad wydziału na senat nie powstanie pokusa, by rady wydziału w ogóle zlikwidować? Wówczas ta nasza kulejąca samorządność w ogóle zniknie. Obawiam się, że zamienimy uniwersytet w zwyczajne miejsce pracy.
Będziemy pracować jak w korporacji – tylko że z niższą płacą i większymi wymaganiami. Nie chcę się na to zgodzić, bo właśnie po to odszedłem z korporacji, by pracować na uniwersytecie – takim, który pamiętam z czasów, gdy sam byłem studentem.
Małgorzata Kowalska: Uważam za słuszne zarówno to, co powiedział Maciej Gdula, jak i tę bardzo ogólną diagnozę Aleksandra Bobko. Czym są jednak przekształcenia cywilizacyjne, o których mówimy? Trafną diagnozę postawił już pod koniec lat 70. Jean-François Lyotard w książce O kondycji ponowoczesnej. Przypomnę, że jej podtytuł to Raport o stanie wiedzy i w dużej części poświęcona jest ona praktyce naukowej opisywanej z różnych stron: rynku, państwa i samych badaczy. Lyotard zauważył, że od początku lat 70. wraz z kryzysem państwa opiekuńczego i wzbierającą falą neoliberalizmu uniwersytet stawał się coraz bardziej elementem systemu rynkowego istniejącego w warunkach późnego kapitalizmu. Jak pisze francuski filozof: „Nauka stała się momentem w krążeniu kapitału”. Oczywistym przykładem jest działalność uczelni prywatnych, ale także samo państwo coraz mocniej wchodziło w rolę aktora rynkowego – było więc zainteresowane sukcesami nauki, które mogą przekładać się na stan gospodarki. W przypadku humanistyki oczekuje się, że jeśli nie będzie przyczyniać się do sukcesów ekonomicznych, to osiągać będzie przynajmniej sukcesy prestiżowe. Zwraca uwagę ta obsesja widzialności – nieważne, czy tworzymy rzeczy wybitne, ważne, żebyśmy byli widoczni w świecie.
O ile w przypadku nauk technicznych czy ścisłych owe zmiany to co najwyżej pewna niedogodność, związana z koniecznością krótkoterminowych rozliczeń, o tyle w przypadku humanistyki prowadzą one do kryzysu. Humaniści i badacze społeczni zamiast być uczestnikami życia publicznego, mają pełnić funkcję członków pewnej zawodowej korporacji i tworzyć produkty na globalnym rynku wiedzy, które będą docenione w jakimś centrum decyzyjnym. Istnieją bowiem centra dystrybucji funduszy i prestiżu określające, jakie kryteria trzeba spełniać, by zasłużyć na grant lub publikację w cenionym czasopiśmie. Im bliżej jesteśmy międzynarodowych centrów decyzyjnych, tym łatwiej nam uczestniczyć w globalnym obiegu naukowym. Stąd także w Polsce osoby, które wspierają reformę uniwersytetu, a nawet są rozczarowane jej zmiękczonym charakterem, to z reguły te, które są bliżej owych centrów. Mówię o tym w sposób neutralny, nie rozstrzygając, czy tworzą oni mniej czy bardziej wartościową humanistykę. Chcę jedynie wskazać, że można widzieć tu pewien mechanizm polityczno-ekonomiczny.
Uważam, że Ustawa 2.0 – podobnie jak reforma Kudryckiej – wpisuje się w opisane przez Lyotarda trendy. Prowadzi do zwiększenia władzy rektorskiej oraz ministerialnej (bo o charakterze reformy w dużym stopniu mają rozstrzygnąć rozporządzenia). Władza będzie wymagać od naukowców większej efektywności. Wydaje mi się, że to będzie efektywność pozorna – ci, którzy mają świetne pomysły, i tak się przebiją, a inni będą marnować energię na próbę dopasowania swoich prac do mody lub wymogów narzucanych przez owe centra decyzyjne. A wszystko to realizowane jest w duchu słynnej zasady TINA – there is no alternative. Rzekomo cały świat akademicki już tak funkcjonuje, a my mamy się tylko dostosować.
Jednakże te neoliberalne tendencje zderzają się z oporem np. w Szwecji. Prof. Monika Kostera, która jest teoretykiem zarządzania pracującym na jednej z tamtejszych uczelni, zwracała uwagę, że coraz jaśniej dostrzega się tam sprzeczność między technokratycznym liberalizmem a demokracją uczelnianą.
I że w związku z tym szuka się nowych form kolegialności, czyli broni się samorządności, o którą upomina się Maciej Gdula.
A czy Ustawa 2.0 ma jakieś szczególne zalety? Oczywiście sympatycy reformy wskazują na patologie poprzedniego systemu – jego hierarchiczność czy fakt, że po zdobyciu habilitacji pracownicy rzekomo byli nieusuwalni.
Niewątpliwie reforma spłaszcza hierarchie akademickie. Ale jaki jest tego koszt? Na przykład likwidacja obowiązku habilitacyjnego przez wielu młodych pracowników przyjmowana jest z ulgą. Jednak w gruncie rzeczy obrona habilitacji dawała też jakąś – nieostateczną przecież – stabilizację i była mniej stresująca niż konieczność nieustannego rozliczania się ze swojej pracy. Ustawa niby zwiększa autonomię uczelni, ale wydaje się, że po pierwsze, zwiększa władzę rektora, a po drugie, podporządkowuje uczelnię logice sukcesów na globalnym rynku. Te ewentualne dobre strony zmian są więc przyćmione przez sprawy niepokojące, które ja może trochę wyostrzam. Czasami jednak racjonalnie jest obawiać się nieco na zapas, prawda?
Cezary Kościelniak: Gdy spojrzymy na tworzenie się idei nowożytnego uniwersytetu, np. na programy Wilhelma von Humboldta w Niemczech, Johna Henry’ego Newmana w Anglii czy na model napoleoński we Francji, to dostrzeżemy, że każdej z nich towarzyszył namysł nad rolą uniwersytetu. Punktem wyjścia były pytania o cele kulturowe, naukowe, także i partykularne cele polityczne, a dopiero potem kształtowały się kwestie organizacyjne. W 1978 r. w miesięczniku „Znak” Henryk Woźniakowski przeprowadził wywiad z René Rémondem, który już wtedy mówił o kryzysie uniwersytetów i wstrząsach tej instytucji, która zmienia świadomość funkcji i celów uczelni. Debata o uniwersytet musi opierać się na pytaniach fundamentalnych. Mam wrażenie, że w Polsce zostały one zmarginalizowane. Nie wiemy, jaką rolę uniwersytet ma odegrać w dzisiejszej Polsce. W jaki sposób miałby kształcić elity? Jaka jest rola uniwersytetu we współczesnej kulturze, także kulturze gospodarczej? W jakiej kondycji znajduje się etos polskiego środowiska akademickiego? Wreszcie: jak ma być zbudowana relacja między uczelnią i państwem? Odpowiedzi na te i inne pytania determinują rozwiązania organizacyjne. Czy mamy kontynuować najbliższy polskiej tradycji program humboldtowski, na który składa się m.in. równowaga między badaniami a kształceniem i siła symboliczna uczonych, czy też opowiemy się za programem amerykańskich uczelni badawczych, nastawionych na wyniki i silną konkurencyjność? Reforma została przyjęta przez Sejm, jednak do dyskusji o kwestiach fundamentalnych powinniśmy powrócić. W ocenie reformy zwróciłbym uwagę właśnie na zwiększenie autonomii uczelni, tu polemizowałbym z Małgorzatą Kowalską i Maciejem Gdulą. Ustawa realnie ją zwiększa, choćby poprzez danie każdej uczelni możliwości zbudowania własnego ustroju i struktury. Kluczową sprawą będzie uchwalenie nowych statutów, tutaj rzeczywiście wiele będzie zależeć od oddolnej aktywności pracowników uniwersytetu. Nadchodzący rok akademicki będzie dla polskich uczelni kluczowy, właśnie teraz ruch należy do nich. Choć uważam, że habilitacja jest dobrą motywacją do podsumowania swoich badań, to jednak dostrzegam słuszną intencję ustawodawcy, by ktoś, kto nie jest wybitnym badaczem, lecz świetnym dydaktykiem, mógł bez niej pracować dalej na uczelni. Oczywiście pojawia się też pytanie: jak rozstrzygnąć, czy ktoś jest dobrym wykładowcą? Czy będzie to stanowisko dla wybitnych dydaktyków czy też przechowalnia dla słabych badaczy? Z pewnością warto zachować istniejący system przewodowy, który jest transparentny. Jawne, publikowane w internecie recenzje są lepszym rozwiązaniem niż recenzje anonimowe. Powstaje pytanie, czy etos polskiej nauki jest na tyle wysoki, że powinniśmy sobie pozwolić na anonimowo recenzowany system przewodowy. Niepokój może budzić fakt, że już nie wydziały, lecz uczelnie (a w jej ramach konkretne dyscypliny) będą poddawane ocenie parametrycznej. To jest rewolucyjna zmiana. Uniwersytetom najpewniej będzie opłacać się wystawiać do ewaluacji tylko „najsilniejsze” dyscypliny. Po pierwsze, stracą na tym dobrzy badacze mający nieszczęście pracować w otoczeniu słabszych kolegów, co się zdarza zwłaszcza na uczelniach małych. Po drugie, „słabe” dyscypliny staną się balastem, uczelniom będzie opłacać się rozwijać jedynie te, które przynoszą największe zyski. Pojawia się pytanie, czy taka forma konkurencyjności nie doprowadzi do marginalizacji niszowych dziedzin wiedzy, które powinny przecież mieć swoje miejsce na uniwersytecie. Czy kryzys uniwersytetu jest jednocześnie kryzysem polskiej humanistyki? Zgadzam się z diagnozą Macieja Gduli – symboliczna siła uczonych jest dziś niewielka, chociaż nakłady na badania w humanistyce wcale nie są małe. To paradoks, gdy pomyślimy o wielkich postaciach polskiej…