Wywędruje poza jego granice – taką się wyraża obawę. Dokąd? W przeważającej mierze do innych części świata: do Azji Wschodniej, do Australii, do Brazylii albo – właśnie – do Stanów Zjednoczonych, skąd wyprowadzono decydujące uderzenie przeciwko kontynentalnej, europejskiej tradycji filozoficznej.
Kto dziś np. pragnie studiować sztandarową filozofię niemieckojęzyczną, niemiecki idealizm (nawiązującą bezpośrednio do Kanta filozofię spekulatywną), nie znajdzie ku temu zachęty w ofercie dydaktycznej żadnego niemieckiego uniwersytetu, nie mówiąc już o jego planach nauczania. Student będzie się poważnie zastanawiał, czy swojej ciekawości nie zdoła zaspokoić raczej w Sydney, Notre Dame, Georgetown czy Chicago. Zwłaszcza uniwersytety w USA mają długą tradycję w przyjmowaniu filozofów niemieckich, którzy nie czuli się dobrze w duchowo-politycznym klimacie ojczyzny albo wręcz byli w niej prześladowani.
Co prawda, model emigranta, powiedzmy: personel emigracyjny, uległ tymczasem godnym uwagi przemianom. Kiedyś, w coraz bardziej posępnych czasach III Rzeszy, tymi, którzy uchodzili z niemieckiego obszaru językowego, byli przedstawiciele filozofii „racjonalnej”, zorientowanej na analizę języka i logikę, często socjalistycznej – filozofię tę, przez pamięć o jej ojcach założycielach, Fregem, Russellu, Carnapie i Wittgensteinie, nazywa się „filozofią analityczną”. Bez wkładu niemieckiego dzisiejsza filozofia analityczna nie stałaby się tym, czym jest. Przypomniał o tym jakiś czas temu jeden z jej głównych reprezentantów Michael Dummett. Wliczając bez namysłu ten niemiecko-austriacki eksport do obszaru filozofii anglosaskiej, wysyła się filozofów, którzy kiedyś opuścili rodzinne kraje, i ich następców po raz drugi na emigrację.
Owocna wymiana
Pytanie alarmistów brzmi jednak inaczej: czy emigruje także „irracjonalna” reszta, pogardzana jako producentka „nonsensów”, niemiecka filozofia „klasyczna”? Byłoby to osobliwym odwróceniem pierwotnych relacji! Przez exodus analizy językowej filozofia niemiecka skurczyła się w latach 30. gwałtownie do swej „kontynentalnej” resztki. W kraju pozostała usłużna wobec narodowego socjalizmu, a w każdym razie niesprzeciwiająca mu się (głośno) filozofia światopoglądowa (Heidegger jest jej najbardziej jaskrawym przykładem) i ta filozofia uniwersytecka formowała w dalszym ciągu krajobraz po tzw. godzinie zero.
Pomijając kilku repatriowanych emigrantów (jak najwybitniejsze postacie szkoły frankfurckiej, skupione wokół Horkheimera i Adorna), przez dwa dziesięciolecia brakowało nauczycieli filozofii, którzy nie byliby uczniami filozofów nazistowskich (albo którzy, jak obdarzony twardym charakterem Karl Jaspers, dopiero teraz udawali się naprawdę na emigrację). Dopiero pod koniec lat 60., w następstwie rewolty studenckiej, która gruntownie rozprawiła się z tradycją, filozofia analityczna powróciła do Niemiec. Było to przede wszystkim dokonaniem Paula Lorenzena (szefa szkoły z Erlangen), Ernsta Tugendhata i Karla-Ottona Apla – nie wolno ponadto nie doceniać wpływu młodej lingwistyki. Ale także największy znawca idealizmu niemieckiego, Dieter Henrich, szukał dialogu z filozofią anglosaską i dialog taki nawiązywał, tak że ruiny niemieckiego idealizmu emanowały niezwykłą jasnością.
Owocem tej kooperacji są znaczące konkluzje filozofii umysłu, którą w Stanach nazywa się Philosophy of Mind. Rozpoczęła się pewnego rodzaju wymiana. I wciąż jeszcze dzisiaj wymiany takiej się poszukuje, czego dowodzą wielkiej wagi badania. Jednak ustępują one coraz bardziej przewadze swoistej neoscholastyki, która nie pragnie dialogu z tradycją, lecz jej wykorzenienia.
Nowa scholastyka
Tak, w ostatnim czasie powstała na niemieckich seminariach filozoficznych nowa scholastyka, a raczej: nowy wolffianizm.
(Określano tym mianem filozofię, która w XVIII w., podążając tropem Christiana Wollfa, próbowała zbudować z genialnych koncepcji Leibniza spójną, systematyczną „filozofię szkolną” – czyli właśnie scholastykę – i opanowała wszystkie uniwersytety niemieckie). Już wówczas istniała powszechnie uznana terminologia, spierano się o najdrobniejsze szczegóły definicji, dzielono na czworo najcieńsze włoski pojęć, ale nawet w tych sporach zachowywano zasadniczą zgodność poglądów, ponieważ stosowano te same procedury i grosso modo posługiwano się tymi samymi pojęciami.Z wielu miejsc dochodzi narzekanie, że i dziś podobnie mają się rzeczy na wielu niemieckich seminariach filozoficznych. Ten scholastyczny trend staje się przez uniformizację i uszkolnienie kursów akademickich po Bolonii prawie bezalternatywny. Miejsce wielkich tematów, prowadzonych z rozmachem badań zajęła w debatach filozoficznych mikrologia analiz argumentacji, uprawiana dla niej samej, która lekkomyślnie zraża właśnie zainteresowanych nią i uważanych za potencjalnie zdolnych do nawiązania z nią kontaktu reprezentantów nauk przyrodniczych, izoluje filozofię i odstrasza większość studentów albo wypędza ich za granicę. Często neurobiolodzy są spragnieni interdyscyplinarnej wymiany z filozofami, ale filozofia, która zarzuciła swą specyficzność, uchyla się od takiego dialogu albo przekształca ją w spekulatywny monolog neurobiologa z samym sobą. „Neurofilozofia” była kiedyś drwiącym określeniem nauki uprawianej przez gabinetowych filozofów, pozujących na naukowców laboratoryjnych, teraz pojawia się jako przynęta w ogłoszeniach konkursowych. Na dodatek godna pożałowania jest specyficznie niemiecka zaściankowość: w obszarze anglojęzycznym, gdzie filozofia analityczna znalazła dla siebie miejsce i zyskała pozycję dominującą, zachowała ona swą wagę i znaczenie. Jej niemiecka odnoga – po upuście krwi, jaki dokonał się w III Rzeszy – żywi się okruchami spadającymi ze stołu bogatego sąsiada. Z wdzięcznością odnotowuje pochwały wielkich, ale – pomijając znaczące wyjątki – jako samodzielna frakcja…