Subskrybuj
Dr hab. nauk o kulturze, prof. UJ, pracownik Katedry Antropologii Literatury i Badań Kulturowych UJ, zajmuje się teorią nowoczesności, kinem, reprezentacjami Zagłady. Prezes Polskiego Towarzystwa Kulturoznawczego. Autor książki Dialektyczne feerie. Szkoła frankfurcka i kultura popularna (2011), redaktor m.in....

Nowa idea uniwersytetu

Władza, która nie chce obyczajowo i intelektualnie wolnych i samodzielnych jednostek, nigdy nie będzie tolerowała prawdziwego uniwersytetu. Dotyczy to współcześnie zarówno władzy politycznej, jak również władzy mediów oraz pieniądza i rynku.

Uniwersytet jako system wartości jest w swoim codziennym funkcjonowaniu niemal niewidzialny dla akademików. Trudno się dziwić, że jego etos jest tym bardziej nieuchwytny dla aktorów społecznych, którzy dostrzegają jego funkcjonowanie jedynie incydentalnie i z zewnątrz. Muszę dodać, że to, o czym piszę, istniało zwykle tylko wyspowo, a ja z doświadczenia mogę mówić wyłącznie o fakultetach nauk humanistycznych i społecznych ostatnich trzech dekad, więc mój opis nie pretenduje do poprawności socjologicznej. Nie umiem jednak porzucić przekonania, że humanitas bez względu na wszelkie zmiany w zakresie jej pojmowania (albo właśnie poprzez wrażliwość na te zmiany) mówi bardzo wiele o tym, co należy do istoty uniwersytetu.

Uniwersytet jako forma życia

Kiedy rozpoczynałem studia na początku lat 90. minionego wieku, wciąż mogłem spotkać grono osób, które przechowało tradycje humanistyki polskiej z lat 60. i 70., i to im zawdzięczam swoje wykształcenie. Przy czym chodzi nie tylko o samą wiedzę i kompetencje zawodowe, ale przede wszystkim o „smak” pewnej formy życia. Polega ona na otwartości na niekończące się dyskusje, na towarzyskości, na innej mierze czasu stawiającej opór pragmatycznej zadyszce znanej nazbyt dobrze ze świata codziennego.

Tamten uniwersytet był relatywnie ubogi w sensie materialnym i nadal bogaty w czas, dlatego stanowił ciekawą enklawę w zbrutalizowanej rzeczywistości polskiej transformacji. Nie było jeszcze wówczas w nas samych miejsca na wyobrażenie o wiedzy jako „produkcie” poszukiwanym, zamawianym i nabywanym ani o studencie jako „kliencie”, którego należy bezwzględnie odbić „konkurencji” na rynku usług edukacyjnych – słowem, kategorie rodem z marketingu nie przeniknęły jeszcze do naszego doświadczenia uniwersytetu. Nie byłem świadomy, że wiedza, którą zdobywam przez obycie z uniwersytetem, to „kapitał”, którym można zyskownie obracać, pragnąłem jedynie w tym środowisku pozostać, pracować naukowo, i rozwijać poprzez to moje własne zainteresowania i moje własne człowieczeństwo (jakkolwiek naiwnie to brzmi). Niestety, szybko miało się to zmienić, a dezorientacja humanistycznego środowiska wynikająca ze zderzenia systemów wartości nie została wówczas jasno – jako konflikt aksjologii, celów uniwersytetu – wyartykułowana. Mam wrażenie, że stało się to niedawno, tak jakby akademicka refleksyjność i „kondycja opóźnienia” pozwoliły nazwać ów konflikt wartości dopiero przy okazji Ustawy 2.0. Niedawne protesty pozwoliły także ponownie posmakować wspólnoty uniwersytetu, doświadczyć więzi łączącej nas bez względu na akademickie szarże. Źródła tego sprzeciwu mają zaś coś wspólnego z opisywanym etosem. Gdy bowiem, jak stwierdza Hannah Arendt, „każdy podąża bezmyślnie za tym, co robią i w co wierzą wszyscy, to ci, co myślą, są wyciągani ze swoich kryjówek, gdyż ich odmowa uczestnictwa w powszechności staje się rodzajem działania”[1]. W ten sposób przywiązanie do myślenia i publicznie okazywana przekora wobec „rozsądnych racji” okazują się pełne implikacji politycznych.

Pociągająca na tamtym uniwersytecie z początku lat 90. była – niestety, już zanikająca: najpierw powoli, potem lawinowo – atmosfera jednostkowej wolności, poszanowania dla odrębności, dziwactw, feblików, niezatartego piętna osobowości naszych wykładowców, z których nie tylko zdawaliśmy sobie sprawę (i uczyliśmy się je szanować), ale które stanowiły nieusuwalną część wykładowego oraz seminaryjnego widowiska transmisji zawodowych kompetencji. „Profesją” profesora, jak trafnie pisał Derrida[2], było niegdyś głoszenie własnego credo, czegoś, o czym samym sobą poświadczał, bo nie chodziło o schłodzony profesjonalizm rozumiany czysto „zadaniowo”. Wokół performowanej przez profesora idei żywej i poruszającej jego lub ją prawdy tworzyła się komunikująca wspólnota, niekoniecznie wyznawców, bo byli tam także adepci innych teorii, innych prawd. Częścią tej akademickiej gry było także odnajdywanie w sobie stopniowo smaku do dobrze podanych argumentów, które wspierały tezy całkowicie sprzeczne z naszymi przekonaniami. I budowanie subtelniej skonstruowanych uzasadnień, które zawierały już „dialektycznie” wiedzę o tamtym argumencie, dla którego wbrew sobie poczuliśmy jednak niekłamane uznanie. Do ramy tamtej sytuacji należało także odkrywanie, że dla tego, jak nasze myślenie przejawia się publicznie, nie ma w pierwszym rzędzie znaczenia, skąd (w sensie rodzinnym, społecznym) przychodzimy. Warunek był jeden: winniśmy brać na serio „bezdomność jako charakterystykę myślenia” (Hannah Arendt) i jako postulat akademickiej rozmowy, która nas wykorzenia z naszej wspólnoty, religii, tradycji, bo każe o nie zapytywać, problematyzować ich pewniki, a nie jedynie apologetycznie się do nich odnosić. Rozwiązywanie naukowych problemów, falsyfikacja hipotez to tylko efekty uboczne tej postawy, która oznacza również zawieszenie codziennych pobudek i interesów w ramach akademickiej debaty. Jak zauważyła Arendt w polemice z Karlem Mannheimem i jego koncepcją „socjologii wiedzy”[3], nie jest tak, że nasza pozycja i kultura do końca determinują całe poznanie, bo myślenie – jako mikrotranscendencja – pozwala o nie pytać i „znaturalizowane” w naszym społecznym świecie (w „naszej bańce informacyjnej”) przekonania zakwestionować.

Niezależność od nakazów rządu

Nie jest to tekst, w którym mógłbym opisać, jak najpierw żywiołowe umasowienie studiów humanistycznych (wynikające z nowego systemu finansowania), system boloński likwidujący 5-letnie studia jednolite, zanikanie asystentury i 4-letnie studia doktoranckie, standaryzacja treści nauczania wraz z sylabusowym „kodowaniem kompetencji”, kolejne formy administracyjnego nadzoru, parametryzacja, wreszcie nabierająca brutalnych cech gra o kurczące się zasoby „uniwersyteckich etatów” coraz bardziej spychały tamten świat w niebyt. Niemniej na marginesach poddawanej wstrząsom „reformowanej Akademii” tamten etos istniał i resztkowo istnieje. Wciąż coś z atmosfery rozmowy o ideach i książkach przenika do sal seminaryjnych – choć „bezużyteczności” tego, czym byliśmy głęboko zainteresowani i co chcieliśmy robić, w nielicznych chwilach wolnych od zmęczenia i frustracji, mamy się ponoć wstydzić w świetle „rankingów” i wąsko pojętej przydatności (być może pytanie o „pożytek z tego pożytku”, czyli o jego wartości i cele, zainteresuje kiedyś strategów kolejnych reform instytucjonalnych w Polsce).

Tymczasem jednak, by odzyskać przestrzeń do namysłu i nie podejmować refleksji nad uniwersytetem wyłącznie pod presją okoliczności, chciałbym przypomnieć, że osobliwość tej instytucji jest doświadczana pośród nowoczesnego świata od ponad 200 lat. Reformy uniwersytetu mają przede wszystkim na oku interes rządu, a nie swobodę akademickiej wspólnoty. Wiedział o tym Immanuel Kant, pisząc w Sporze fakultetów: „We wspólnocie uczonych, zwłaszcza na uniwersytecie, jest absolutnie konieczne, by istniał jeszcze jeden fakultet, który będąc w aspekcie swych nauk niezależnym od nakazów rządu, winien mieć swobodę nie [do] tego, by wydawać rozporządzenia, ale do tego, aby osądzać wszystkie rozporządzenia odnoszące się do interesów nauki, tzn. mieć do czynienia z prawdą, którą rozum winien głosić publicznie, bo bez takiej swobody prawda (ze szkodą dla samego rządu) nigdy nie zostanie ujawniona, zaś rozum, zgodnie ze swoją naturą, jest wolny i nie przyjmuje żadnych zarządzeń, by uznać coś za prawdziwe” [4]. Uniwersytecką „niezależność od nakazów rządu” Kant w dodanym później przypisie dookreśla w 1794 r. tak: „… »zostawcie nas w spokoju«. Taka mniej więcej powinna być odpowiedź, której musiałby udzielić fakultet filozoficzny, gdyby rząd pytał o nauki, które w ogólności powinien on przypisać uczonym: tylko nie mieszajcie się w rozwój stanowisk i nauki”[5].

Nie potrafimy bronić humanistyki

Fakultetów nauk humanistycznych w dawnej postaci (dziedziców fakultetu filozofii) nie było i nie jest łatwo bronić, z czego szybko zdałem sobie sprawę, ponieważ nie podporządkowały się one cnocie „społecznej użyteczności”.

Nieufnie odnosiły się także (czego długo nie rozumiałem) do „pewności poznawczej” jako naczelnej wartości i celu badań humanistycznych. Preferowały raczej wielostronność oglądu i pewien uprzejmy sceptycyzm wobec argumentacji, jakoby ten lub inny problem został teoretycznie „definitywnie rozstrzygnięty”. Ośmielając się wypowiedzieć własne credow tej sprawie, mam jednocześnie świadomość, że piszę o czymś, co stanowiło osobliwość na tle innych instytucjonalnych przestrzeni nowoczesnego życia. I źle się stało, że jako środowisko nie podjęliśmy się zadania wytłumaczenia tej osobliwości światu spod znaku apostołów neoliberalnego rynku i „trzeciego ducha kapitalizmu”, choć wątpię, czy cokolwiek by to wówczas zmieniło. Zachodził raczej proces odwrotny – w ramach którego członkowie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Uniwersytet to my!