2 października 2018 r.
Obraz sprzed lat dwudziestu kilku. W małym miasteczku w Alzacji, w pięknym gotyckim kościele, tuż obok szpitala, w którym naukowcy prowadzą skomplikowane badania medyczne, w niedzielę dzieci przystępują do Pierwszej Komunii. Biała ich gromadka wchodzi do wnętrza i od razu biegnie ku ołtarzowi, by go przygotować i przystroić na ich świąteczną Ofiarę. Potem liturgia posoborowa, jak zawsze tutaj, a w niej w pewnym momencie mszalne Ojcze nasz. I wtedy cały kościół wstaje, jeśli ludzie dotąd siedzieli w ławkach, zbliża się i zagęszcza ku ołtarzowi, wszyscy chwytają się za ręce i tak właśnie, zbratani, odmawiamy nasze mszalne Pater noster. To dotąd widzę i tyle pamiętam. Drugi obraz, już polski, niewiele późniejszy. W naszą własną rocznicę ślubu jesteśmy na mszy, o którą prosiliśmy, w publicznej kaplicy, najbliższej nam (to ze względu na naszą kondycję). Odprawiają ją kapłani z lokalnego zgromadzenia zakonnego, do którego ta kaplica należy. Ludzi niewielu, siedzimy w pierwszej ławce i nietrudno się domyślić dlaczego. W pewnym momencie mszy pada tak dobrze znane: „Przekażcie sobie znak pokoju”. Po polsku, bo przecież to tak dawno po soborze. Sedno sprawy leży w gramatycznej formule, której zawsze się używa: jest to osoba druga (tutaj w liczbie mnogiej). I nikt na ogół inną się nie posłuży. To nie jest jakaś Alzacja, żebyśmy usłyszeli: „Przekażmy”. I także nikt nie odejdzie od ołtarza, by uścisk dłoni dokonał się między sprawującymi liturgię i resztą wiernych. I ten podział podpada na pewno pod tematykę antyklerykalizmu, jaka nabrała takiego znaczenia w pasterzowaniu Franciszka, który dziś Kościół prowadzi. Piszę o tym, bo już w najbliższym czasie ten problem zostanie poruszony podczas obchodów 60-lecia krakowskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Tydzień wcześniej do tego samego znaku zapytania nawiązał „Tygodnik Powszechny” swoim wywiadem z Haliną Bortnowską, zasłużoną redaktorką „Znaku” i…