Sto siedemnaście na sto sześćdziesiąt dwa centymetry. Olej na desce.
Triumf śmierci Pieter Bruegel namalował ok. 1562 r. Na co dzień obraz wisi w madryckim muzeum Prado.
W Kunsthistorisches Museum w Wiedniu trwa właśnie monograficzna wystawa.
Przyglądam się, w tłumie innych, jak śmierć kosi życie. Nie jest sama, ma pomocników – tysiące kościotrupów. Patrzę, jak popycha ludzi w kierunku zapadni, na wierzchu której siedzi żołnierz kościotrup i wali w bęben. Wokół spalona, wyschnięta ziemia. Ogień, skażona woda. Rozrzedzone powietrze. Wszyscy muszą tędy przejść, Adam i Ewa, jeszcze nadzy, kobiety, dzieci. Klerycy, chłopi, mieszkańcy miast. Ludzie wszystkich ras i warstw społecznych. Prawie słychać ich krzyki. Śmierć ujednolica. To pewne. Jakaś kobieta wpadła pod wóz, też nie żyje. Są i zwierzęta. Koń. Wychudzony pies wącha ciało kobiety, która leży na ziemi i ramieniem oplata niemowlę. Ptak, jak na wielu obrazach Bruegla. Rozpacz, brak nadziei? Nie do końca. Przy życiu pozostaje para zakochanych. Wpatrzeni w siebie nie dowierzają zagładzie.
Gapię się na ten obraz. A w głowie stukają mi słowa.
„Lubię, jak rzeczy się powtarzają”. To wyznanie nie jest moje. To były jego pierwsze słowa podczas spotkania. Przyszłam do niego, żeby posłuchać o śmierci. I powtarzalności.
Opowiedział. – Wiem, trochę tu ciemno. Światła tyle co w prześwitach. Dziś już tak gęsto nie sadzą. Powiem pani, wrosłem w to miejsce. Przez 30 lat dzień w dzień tu przychodziłem. Ubrania szykowałem dzień wcześniej. Jeszcze przed snem wszystko dokładnie sprawdzałem. Koszula, krawat, czyściłem buty. Zawsze lubiłem ładnie mieć. Budziłem się o piątej, czasem wcześniej. Schodami…