Jest rok 1943. Węgierski pisarz Sándor Márai notuje w dzienniku: „Podejrzewam, że zestarzeć się będzie wspaniale. Wszystko zgęści się, zasuszy, będzie słodkie i całkiem gorzkie”. Ma wtedy 43 lata. Ponad pół wieku później, w styczniu 1989 r., zapisze ostatnie zdania: „Czekam na wezwanie, nie ponaglam, ale i nie ociągam się. Już pora”. Kupuje rewolwer. Kończy kurs obsługi broni. 22 lutego w swoim mieszkaniu w San Diego strzela sobie w głowę.
W roku 1965 Jarosław Iwaszkiewicz zapisze: „Najpierw jest to, że już nic cię nie spotyka. Nie zakochasz się, nie zobaczysz po raz pierwszy wydrukowanego twojego wiersza, już nigdy nie posłyszysz pierwszego płaczu twojego nowo narodzonego dziecka, nie dostaniesz pierwszej nagrody, pierwszego anonimu (…) i już nigdzie nie pójdziesz po raz pierwszy. Życie staje się pustynią, wyschłą równiną bez zdarzeń. (…) Złość, gniew na przemijanie świata, na ten proch, w który się bezustannie obracamy, na tę straszną robotę czasu i śmierci”.
Trudno się z nim nie zgodzić, ale zastanawiam się nad tym, czy najpierw nie przychodzi przypadkiem nieporadność ciała. Ta „kapryśna, łatwo psująca się materia” (znów Márai) zaczyna się psuć, zdradzać, zawodzić. Tak było z moją babcią i dziadkiem – ich starzenie pamiętam najbardziej.
Mówiła o tym przed laty również prof. filozofii Barbara Skarga w pięknym tekście Magdaleny Grochowskiej Lewa strona gobelinu: „Chodziłam po Tatrach szybciej aniżeli inni. Miałam satysfakcję z przezwyciężania nieporadności ciała. Niedawno byłam w Zakopanem, nie mogłam dojść do Hali Pisanej….