Poznałem jego książki na I roku studiów. Kurs wprowadzający do filozofii prowadził znakomity wykładowca, który analizowane teksty uzupełniał przykładami z literatury pięknej i z prac popularnonaukowych. Gdy więc biedziliśmy się nad Kartezjuszem, Lockiem i Kantem oraz pytaniami o to, które elementy naszego poznania są wrodzone, a które nabyte dzięki doświadczeniu, nasz nauczyciel przyniósł Antropologa na Marsie Sacksa. Przeczytał fragmenty jednego z rozdziałów, a nasza trójka – zajęcia były prowadzone dla kameralnej grupy – słuchała ich niczym nieco smutnej baśni albo opowieści o niezwykłej, dalekiej krainie.
Bohaterem był Virgil, mężczyzna niewidomy od wczesnego dzieciństwa, ceniony masażysta, wiodący spokojne życie. Gdy miał 50 lat, okazało się, że otrzymał w przeszłości błędną diagnozę i po stosunkowo prostym zabiegu zdjęcia katarakty będzie mógł odzyskać wzrok. Mimo pewnych wahań zdecydował się na operację. Inaczej jednak niż w przypadku opisanych w Nowym Testamencie Jezusowych cudów niewidomy Virgil nie przejrzał od razu. Początkowo dostrzegał tylko chaos światła, barw i ruchu. Przez długie tygodnie uczył się łączenia różnych obiektów w całość (widział łapy, nos, ogon, ale nie dostrzegał całego kota) i umieszczania ich w trójwymiarowej przestrzeni. Okazało się, że wizualna percepcja nie jest czymś naturalnym, lecz wymaga długiej nauki. U małych dzieci, których kora mózgowa gotowa jest zaadaptować się do różnych form postrzegania, proces uczenia przebiega dość szybko – inaczej jest z człowiekiem dorosłym. Przypadki przywrócenia wzroku po dekadach niewidzenia są niezwykle rzadkie. Virgil wraz z (niepełnym) odzyskaniem wzroku i odłożeniem laski dla niewidomych stracił dawną pewność ruchów i samowystarczalność. Gdy po kilku miesiącach w wyniku ataku innej choroby ponownie utracił wzrok, poczuł ulgę. Jak pisze Sacks: wrócił do świata tych zmysłów, które dobrze zna, do swojego prawdziwego domu.
Pierwszy wniosek był dość klarowny: nawet tak, zdawałoby się, prosta czynność jak widzenie jest czymś nabytym i wyuczonym – od urodzenia mamy zdolność jedynie do postrzegania niezorganizowanych barw i ruchu. Jednak brytyjski neurolog w tej krótkiej historii swojego pacjenta przemycił o wiele więcej niż argument w filozoficznej dyskusji. Pokazał bowiem nie tylko kliniczny przypadek, ale i żywego człowieka z jego nadziejami i rozczarowaniami. A niejako na marginesie opowiedział o tym, jak złożonym i pasjonującym procesem jest samo postrzeganie świata (wiedzą o tym też artyści i dzieci), od jakich czynników zależy nasza tożsamość i jak mylące mogą być nasze potoczne wyobrażenia o zdrowiu i normalności. Chyba to wszystko sprawiło, że sięgałem później częściej po prace Olivera Sacksa niż XVII-wiecznych filozofów.
Przykłady
„Książka mogłaby składać się tylko z przykładów” – Sacks upodobał sobie to powiedzenie Ludwiga Wittgensteina.
Oto kilka z nich.
Jimmie był marynarzem w średnim wieku, którego Sacks poznał w domu opieki w poł. lat 70. Przez personel został opisany jako „bezradny, otępiały, w stanie dezorientacji”. Można było z nim swobodnie i interesująco gawędzić na różne tematy, ale po kilku minutach nie pamiętał już, o czym i z kim mówił. Co więcej, był przekonany, że właśnie skończyła się II wojna światowa, ma 19 lat i służy na okręcie marynarki. Gdy patrzył w lustro, był przerażony widokiem siwizny i zmarszczek na swojej twarzy. Jego pamięć do roku 1945 była znakomicie zachowana, ale późniejsze wydarzenia, w tym te sprzed kilku chwil, ginęły w otchłani niepamięci. Żył tylko w dalekiej przeszłości i w ciągłym „teraz”, wyizolowanych pojedynczych zdarzeniach. Przyczyną okazał się zespół Korsakowa, wynikający z długotrwałego alkoholizmu, który doprowadził do szczególnego rodzaju amnezji. Tracąc pamięć, stracił olbrzymią część siebie, zamknięty na zawsze tylko w kilkuminutowych bańkach, w których był w stanie skoncentrować się na jednym zadaniu. Tragiczność jego położenia (którą sam Jimmie jedynie przeczuwał, ale nie był jej świadom) łagodził nieco fakt, że znajdował ukojenie w obrzędach religijnych i muzyce, do których podchodził z niesłychaną uważnością i skupieniem.
Przeciwieństwem Jimmiego, jeżeli chodzi o pamięć, byli autystyczni bliźniacy: John i Michael. Stanowili oni przez jakiś czas telewizyjną atrakcję: dysponowali niespotykaną pamięcią (potrafili dokładnie, choć bez żadnych emocji, przywołać, co się stało i o czym usłyszeli w dowolnym dniu ich życia) i zdolnościami matematycznymi (podawali daty, w które w danym roku – na przestrzeni 80 tys. lat – wypadnie Wielkanoc). Tajemnicą pozostawała metoda ich obliczeń, ponieważ jednocześnie robili błędy w prostym dodawaniu i odejmowaniu – typowe dla osób o 60-punktowym ilorazie inteligencji. Jak przekonywał Sacks, bliźniacy niejako „widzieli” liczby niczym ogromny pejzaż. Pewnego razu był świadkiem, jak ze spokojną, podniosłą radością wymieniali się sześciocyfrowymi liczbami. Zdawali się je smakować niczym koneserzy wina, cieszący się z jego jakości. Okazało się, że to liczby pierwsze (te, które dzielą się jedynie przez jeden i przez samą siebie). Następnego dnia Sacks na chwilę dołączył do „zabawy” z kilkoma wypisanymi na kartce liczbami pierwszymi. Spotkał się z uznaniem bliźniaków, ale szybko odpadł, bo byli oni w stanie – po dłuższej kontemplacji – podawać nawet kilkunastocyfrowe liczby pierwsze! Matematyczny świat, do którego podchodzili z czcią i podziwem, tworzył ich duchowe królestwo. Niestety, musieli z niego zrezygnować, gdy w wieku trzydziestu kilku lat zostali rozdzieleni po to, by przerwać ich rzekomo „niezdrową komunikację”. Nauczyli się jeździć autobusem i wykonywać proste prace, ale każdy z nich utracił towarzysza, z którym mógł się cieszyć pięknymi liczbami.
I jeszcze jeden przykład – nieco pogodniejszy. Carl cierpiał na zespół Tourette’a objawiający się konwulsyjnymi tikami, brakiem kontroli nad mimiką, mimowolnym powtarzaniem pewnych czynności bądź słów, niekiedy wulgarnych i sprośnych. Choć takie tiki i drgawki w wielu zawodach nie muszą przeszkadzać, to do innych wydają się zamykać drogę. Carl jednakże postanowił zostać chirurgiem – i dopiął swego (Sacks zaznacza, że po opublikowaniu tekstu o nim otrzymał listy od jeszcze czterech chirurgów-tourettyków). Choć w czasie jazdy samochodem czy spacerów wykonywał szereg nietypowych ruchów i wyrzucał z siebie zasłyszane gdzieś słowa (lubił zwłaszcza dziwaczne nazwiska), to podczas długiej i wymagającej operacji potrafił się tak skoncentrować, że tiki w ogóle znikały. Wracały natychmiast po odejściu od stołu operacyjnego. Po początkowych trudnościach Carl został zaakceptowany przez pacjentów i lekarzy. Co więcej – zrobił licencję pilota i niekiedy wyruszał swoim małym samolotem na lotnicze wyprawy nad Górami Skalistymi, poprawiając wciąż okulary, postukując w szybę i wykonując inne niekontrolowane ruchy.
Małe i wielkie narracje
Prace Sacksa zbudowane są często właśnie z takich krótkich opowieści o jego pacjentach (ukrywanych z reguły za fikcyjnymi imionami). Trudno właściwie określić, z jakim gatunkiem pisarstwa mamy tutaj do czynienia. Nie są to artykuły stricte specjalistyczne prezentujące przekrojowe wyniki badań. Sacks bowiem – jak wspominał – dość szybko, ze względu na swoją niedbałość i chaotyczność, pożegnał się z pracą badawczą (zostawianie na laboratoryjnych próbkach okruchów hamburgerów, które podjadał przy pracy, nie było mile widziane). Z pewnością bliżej mu do literatury popularnonaukowej, choć jednocześnie Sacks nie tyle przybliża w przystępnym języku specjalistyczne badania, ile dzieli się precyzyjnym opisem własnych pacjentów – niekiedy bardzo interesujących klinicznie. Wykonywał solidną pracę neurologiczną, która jednak – jak twierdził – nie spotykała się ze szczególnym zainteresowaniem środowiska medycznego. Przemawiała zaś do wyobraźni szerokiej publiczności, a jego publikacje – w tym najsłynniejsza Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem – stawały się bestsellerami.
Można powiedzieć, że pisał książki w duchu dawnej nauki: w formie narracyjnej, uzupełnianej o nawiązania do filozofii, literatury i sztuki.
Jego styl wynikał z fascynacji XIX-wieczną literaturą medyczną i przyrodniczą. Chętnie czytał prace Darwina, Wallace’a czy Freuda, którzy łączyli teoretyczne bogactwo z urodą literackiego opisu. Wspominał, że w szpitalu ze zdziwieniem traktowano jego propozycje, by szukać inspiracji u wielkich neurologów sprzed stulecia i porównywać ich obserwacje ze współczesnymi. Z reguły teksty mające więcej niż pięć lat postrzegano jako przestarzałe. Inspiracje znajdował także w książkach znakomitego rosyjskiego uczonego, twórcy neuropsychologii Aleksandra Łurii (po polsku dostępne jest m.in. jego błyskotliwe studium o wybitnym mnemoniście – chciałoby się powiedzieć, że w „Sacksowskim” stylu, choć napisane przecież nieco wcześniej – O pamięci, która nie znała granic). Można sobie wyobrazić wzruszenie Sacksa, gdy po publikacji książki Przebudzenia otrzymał list od swojego mistrza. Łuria pisał: „Zawsze uważałem, a nawet byłem pewien, że dobry kliniczny opis przypadków chorobowych ma wielkie znaczenie w medycynie, a zwłaszcza w neurologii i psychiatrii. Na nieszczęście talent opisowy, tak powszechny u wielkich dziewiętnastowiecznych neurologów i psychiatrów, jest teraz w zaniku, niewykluczone, iż na skutek fundamentalnie błędnego przekonania, że urządzenia mechaniczne i elektryczne mogą zastąpić badanie osobowości. Pański znakomity przykład pokazuje, że ta ważna tradycja szczegółowego badania przypadków może znowu odżyć, i to z jakim wspaniałym skutkiem!”. W innym liście Łuria opisywał, jak w wieku 19 lat otrzymał list od Freuda – autor Objaśniania marzeń sennychnie wiedział najpewniej, że założycielem dumnie się prezentującego Towarzystwa Psychoanalitycznego w Kazaniu jest aż tak młody człowiek. W ten sposób epistolograficzna więź niejako połączyła Sacksa ze światem jego wielkich poprzedników. W XIX-wiecznej nauce urzekała brytyjskiego neurologa szczególna atmosfera, napędzana w…