Subskrybuj
Z wykształcenia ukrainistka i polonistka. Redaktorka, autorka, tłumaczka. Promotorka kultury ukraińskiej. W „Gazecie Wyborczej” producentka i wydawczyni podcastów

Umiejętność łatwego wybaczania

„Troska o naturę” powinna dziś oznaczać „troskę o wszystkich”, nie – wedle modnej narracji – o siebie, o swój komfort. To wymaga jednak odwagi i pewnych wyrzeczeń.

Urszula Pieczek: Jest Pani botaniczką, a w swoich badaniach zajmuje się m.in. regeneracją stuletnich sosen, tworzeniem tkanek przyrannych u wierzby, obserwacją za pomocą kamer bezdotykowych odkształcenia ciał roślin. W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że „nie ma we wszechświecie niczego innego niż natura”. Czym jest dla Pani troska o naturę i środowisko?

Urszula Zajączkowska: Niech Pani popatrzy, jakie to smutne, że pytamy, jak „troszczyć się o naturę”. Dziś rzeczywiście trzeba to robić. Zaczęłabym od małej skali: od tego, by nie napędzać w sobie pragnienia posiadania coraz to większych dóbr i areałów, od budowania w sobie wdzięczności dla natury przez bezpośredni kontakt z nią i jej poznanie. Dodawałabym odwagi, by reagować, gdy ktoś naturę niszczy, zaśmieca Ziemię czy zanieczyszcza powietrze. Namawiałabym do sadzenia drzew, a potem przyglądania się im, do wspierania rolników ekologicznych. Zachęcałabym też do łagodności dla drugiego człowieka i łatwego wybaczania.

 

Jak „łatwe wybaczanie” pomoże dbać o naturę?

Brak wewnętrznego gniewu otwiera oczy. Ludzie, którzy nie wybaczają, są zamknięci. Sama zauważyłam, że kiedy ktoś mnie zrani i idę do lasu z tym bólem, traktuję las jak zlew dla moich wewnętrznych fermentów. I wtedy nie widzę w nim roślin ani owadów. Widzę tylko siebie i swój ból. Im więcej wybaczania i prośby o wybaczenie – tym więcej otwarcia, empatii dla wszystkiego, co żyje.

 

Myśli Pani, że troska o naturę jest nową postawą?

Pojęcie troski nabrało innego znaczenia z powodu poszerzającej się wciąż świadomości tego, co się dzieje prawie na całej kuli ziemskiej. Starsze pokolenia nie miały takiego dostępu do wiadomości, jaki mamy teraz. Wiemy, że topnieją lodowce, że w Brazylii wycina się lasy tropikalne pod uprawę soi, że wczoraj wywrócił się tankowiec, że jest więcej metanu w powietrzu. Rodzi się też pewna bezradność i lęk, co z tym wszystkim zrobić. Co mogę zrobić przy tak wielkiej skali? Ludzie odpowiadają w rozmaity sposób, budują nowe relacje ze środowiskiem. Widzą, że pierwotne założenia kolonizacji Ziemi przez homo sapiens i budowania ludzkiego ładu opartego na przemocy prowadzą do zniszczenia. Sądzę, że nasze myślenie o naturze – w znaczeniu relacji ze wszystkim, co jest dalej niż mój nos – powinno ulec zmianie, oczywiście wraz z polityką i formami gospodarki. Egotyzm, niezdolność do kompromisów, zawziętość są jednak czymś trudnym do wygaszenia. „Troska o naturę” powinna znaczyć dziś „troskę o wszystkich”, nie – wedle modnej dziś narracji – o siebie, o swój komfort. Taka postawa wymaga jednak odwagi i pewnych wyrzeczeń. A to dla wielu zbyt trudne.

 

Symbolem fatalnego stanu Ziemi stało się zdjęcie konika morskiego trzymającego patyczek higieniczny. Jako ludzie doprowadziliśmy do wielkich, zapewne nieodwracalnych, zniszczeń. Szukanie odpowiedzi na pytanie, które Pani stawia: „Co ja mogę zrobić?”, może frustrować. Segreguję śmieci, stawiam na lokalne produkty, wystrzegam się jednorazowych opakowań, ale nie sprawię, że połacie plastiku na oceanach znikną, wycinka drzew w puszczy zostanie wstrzymana itd. Ta świadomość potęguje poczucie bezsilność. Przypomina mi się cytat z eseju dotyczącego katastrofy w Czarnobylu Oksany Zabużko: „ludzie to rak planety”. Jak sobie radzić z takim rodzajem bezradności?

Ciężkie oskarżenie ludzkości. Ciężkie, bo dotyczy, rozumiem, wszystkich ludzi, także tych całkiem niewinnych. Dlatego się z nim nie zgadzam. Oczywiście skala niszczenia środowiska przez człowieka jest ogromna, ale podobnie wielka jest jego moc twórcza. W nią wierzę. Wciąż możemy zacząć działać. Jedno jednak trzeba powiedzieć jasno: bez dogłębnego przemodelowania polityki globalnej, bez porządnej nauki przyrody (pojętej bardzo szeroko, a nie w wersji pop) i bez pracy każdego z nas nie za wiele się zmieni. Rozumiem Pani smutek. Może przyjdzie Pani do mnie do laboratorium, pokażę Pani piękne rysunki z wnętrza roślin? Niektóre łodygi w środku przypominają gotyckie rozety!

 

Dziękuję! Wyobrażam sobie, że praca z roślinami może dodawać otuchy. Mogłaby Pani w skrócie opowiedzieć, na czym polegają prowadzone przez Panią badania?

Najogólniej mówiąc, opisuję życie roślin, mieszając botanikę z fizyką. Fascynują mnie wiatr, anatomia roślin, ruchy pędów, otwieranie stokrotek, geometrie korzeni, opad wody na liście i to, jak rośliny umierają. Generalnie wszystko to dynamika – zmiany ich ciał w przebiegu czasu.

 

O czym świadczą te zmiany?

Z dezaprobatą wobec siebie użyję teraz antropomorfizmu: kiedy patrzę na zmiany ciał roślin, widzę, że one bardzo ciężko pracują, bez przerwy odnoszą się do otoczenia, bez ustanku adaptują się do zmian i nigdy się nie poddają. A gdy w końcu to robią, umierają. Widzę w nich też jedność geometrii, wzorów, jakie odnajduję w naturze: w liściach, skałach, rzekach i łukach fal. Te linie, kąty i ich zmiany są w jakimś sensie wspólne.

 

A w jaki sposób regenerują się stuletnie sosny?

Wszystko zależy, o jakich ranach Pani myśli. Badałam pnie roztrzaskane i przetarte przez ciężarówki, które rozjeżdżały las podczas budowania ośrodka wypoczynkowego. Takie rany są trudną sprawą dla drzew, bo zarówno transport wody, jak i główny rozkład naprężeń mechanicznych występuje w obwodowych częściach pnia, a nie w środku. To inaczej niż u ludzi. Można zabić młode drzewo, uszkadzając pień na głębokość centymetra, rysując nożem dookoła niego obrączkę. Jak więc regenerują się sosny? Najpierw z porwanych przewodów żywicznych leje się żywica, a potem następuje żmudne zarastanie przez nowe warstwy drewna. Kilka milimetrów na rok. Dziesiątkami lat przyrosty oblewają ranę, tak jakby był to kamień. Taka jest geometria tych przyrannych przyrostów. Swoje wyschnięte wnętrze drzewa traktują jak martwą materię i w istocie można tak o niej myśleć.

 

Kiedy troska o naturę, przyrodę, środowisko przeradza się w ingerencję?Od samego początku pewnie nią jest – jeśli myślimy romantycznie, albo nie jest nią nigdy, jeśli założymy, że człowiek to też organizm funkcjonujący w ramach biosfery. Z faktu, że człowiek jest tak bardzo inteligentny, ma mózg, bierze się to, że z jednej strony tworzy piękno, jest zdolny do empatii, a z drugiej – z taką samą kreatywnością i siłą niszczy własny gatunek i środowisko, od którego zależy. Niech Pani popatrzy na ścieżki w…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Samo dobro