Subskrybuj
Eseista, historyk idei. Opublikował m.in. Obecność zła. O filozofii Leszka Kołakowskiego (Kraków 2016) i Czas zwyrodniały (Warszawa 2014). Członek redakcji „Przeglądu Politycznego” i kwartalnika „Kronos”.

Gorzki smak Boga, słodki smak życia

Kim był Rozanow? Najprościej byłoby powiedzieć: „myślicielem religijnym” albo „rosyjskim pisarzem”. Sęk w tym, że te podręcznikowe, „uczesane” kwalifikacje w żaden sposób nie oddają głęboko ekscentrycznej natury wszystkiego, co pisał. Rozanow tworzył aforyzmy i eseje, pisał o Gogolu i Dostojewskim, Chrystusie i seksie.

Pamiętam wyraźnie, kiedy jako dziecko po raz pierwszy wyobraziłem sobie, czym jest śmierć. Miałem pięć, może sześć lat, była noc i leżałem sam w moim pokoju, nie mogąc zasnąć. Dookoła panowała nieprzenikniona ciemność. Wtedy właśnie pomyślałem sobie, że śmierć musi być czymś mniej więcej takim jak to, co miałem wokół siebie: absolutną pustką, brakiem ludzi, barw, przedmiotów – czegokolwiek. Nicością, której nie potrafimy sobie przedstawić inaczej niż pod postacią gęstego, zalewającego oczy mroku. Pamiętam, że przyszło mi wówczas również na myśl, że skoro śmierć jest czymś tego rodzaju, to nie może być żadnego powstania z martwych, żadnego życia po życiu. Bo przecież – rozumowałem prostymi dziecięcymi kategoriami, które teraz przedstawiam w skomplikowanym żargonie dorosłych – żeby życie ocalało, musi tlić się gdzieś słabo jakieś światełko. Tymczasem w moim pokoju nie było widać absolutnie niczego – była tylko czerń, czerń i jeszcze więcej czerni. Odkryłem wówczas zaskakującą skłonność mojej duszy – wpisaną w nią (czyją ręką?) możliwość radykalnego ateizmu. A także, że nie wierzę w cuda. Bo światło zrodzone z nieprzeniknionego mroku mogłoby przecież być tylko cudem.

Przypomniałem sobie to wszystko, czytając najnowszy zbiór tekstów Wasilija Rozanowa (1856–1919) zatytułowany Przez śmierć, wydany w Bibliotece Kwartalnika „Kronos” i znakomicie spolszczony przez Piotra Nowaka. To kolejna – po m.in. tomach Opadłe liścieOdosobnione – książka owego wielce osobliwego „maga języka rosyjskiego”[1], która ukazała się w Polsce. Kim był Rozanow? Najprościej byłoby powiedzieć: „myślicielem religijnym” albo „rosyjskim pisarzem”. Sęk w tym, że te podręcznikowe, „uczesane” kwalifikacje w żaden sposób nie oddają głęboko ekscentrycznej natury wszystkiego, co pisał. Rozanow tworzył aforyzmy i eseje, pisał o Gogolu i Dostojewskim, Chrystusie i seksie. Jego styl tak buzuje sprzecznościami, że momentami trudno wyraźnie rozsądzić, czy pisze na poważnie, czy też jego słowa są pełną erudycji kpiną. Pisanie – a więc, jak je określał, oddawanie tego, co najintymniejsze, wszystkim – było dla niego „czymś całkowicie metafizycznym”[2]. A jednocześnie, jak przyznawał, „w istocie aktora, pisarza, adwokata, ba, nawet »księdza, odprawiającego nabożeństwo dla wszystkich« tkwi psychologia prostytutki (…)”[3]. Ekscentryczne, prawda? Ale bez obaw – pisarstwo Wasilija Rozanowa nie jest czczym retorycznym popisem. Zajrzyjmy więc, co też pichci dla nas w swoim bulgoczącym garnku ze słowami.

 

*

„Ból życia jest o wiele potężniejszy od zainteresowania życiem. Dlatego religia zawsze będzie triumfować nad filozofią”[4]. Dlatego również religia eksploatowała będzie zawsze ból i smutek, filozofia zaś – próbowała obudzić w człowieku zdziwienie Rozanow, stając w ryzykownym szpagacie między tymi sferami, dziwi się chrześcijaństwu – w szczególności zaś temu, co uznaje ono za smutne, i temu, co nazywa radością. Ewangelia – pisze w szkicu O przesłodkim Jezusie i gorzkich owocach tego świata – „nie jest nauką, nie jest też poezją, a tylko schematem, uśmiechem zawieszonym nad ziemią. Na tym to polega – że jest ona rzeczywiście najmniej ziemską książką i wszystko, co ziemskie, w najwyższym stopniu trudno się z nią wiąże albo wcale się nie wiąże w jeden supeł; nie wiąże inaczej jak sztucznie i czasowo”[5].

Czy Pismo wzmiankuje coś o tym, że Chrystus się śmiał? Czy dopuszczamy do siebie choćby myśl, że jako młodzieniec mógł być zakochany albo że pożądał jakiejś kobiety? Czy marzył o bogactwie, władzy, sławie? A jeżeli na wszystkie te pytania odpowiedź jest negatywna, jaki właściwie sens mają gorące zapewnienia chrześcijan, że w Chrystusie Bóg stał się człowiekiem? Musiałoby to być jakieś niedokrwiste, pozbawione ludzkich odruchów człowieczeństwo.

Rozanow bardzo sceptycznie patrzy na tę nad-światowość chrześcijaństwa. Z „niemożności pogodzenia zakochania i Ewangelii” (s. 47) wyprowadza podejrzenie o ukrytej wrogości tego, co boskie, wobec tego, co ludzkie. To jest, ujmując rzecz nieco precyzyjniej, wrogości Boga wobec wszystkiego, co tu, na ziemi, jest zabawą, radością, wzlotem ducha. „[Święty] Paweł w teatrze – widok zgoła niemożliwy! Wychwalający grę aktorów – kakofonia!! zniszczenie całego chrześcijaństwa. (…) Tak, Paweł pracował, jadł, chodził, określał się w materialnych kategoriach życia, jednak w fundamentalnym sensie życie opuścił, gdyż nic z tego, co doświadczał, nie umiał pokochać, ani też niczym się zachwycić. Brał materię jedynie w jej koniecznościowymutylitarnym aspekcie, znał wyłącznie prozę ciała i tylko tego potrzebował. Chrystus był na niej jedynym kwiatem; takim pojedynczym kwiatuszkiem, jeśli można się tak wyrazić. »Chodzę, jem, śpię, spożywam – ale rozkoszuję się tylko Jezusem« – tak może powiedzieć o sobie każdy prawdziwy chrześcijanin” (s. 46).

To samo dotyczy księży i tego, jak odnoszą się do wytworów ludzkiej kultury we wszystkich jej przejawach – od teatru po gastronomię. Gdyby, dajmy na to, w tym pierwszym „na proscenium wyszli aktorzy i zaczęli ryczeć o własnej grzeszności – panowie biskupi z zadowoleniem poszliby na taki spektakl. Ale zaproponujcie im kawałek na flet, a nawet niewinną pieśń ludową w rodzaju »Hej, sokoły« – z pewnością odmówią. Wzbraniają się nie tyle przed grzesznymi uciechami, ale przed uciechami jako takimi. Wszystko, co nie jest smutne, jest zabronione. Wino, herbata, tłuste ryby, konfitury, wygodne mieszkanie, mebelki – jeśli już je mają, to zawsze »z przemytu«. Ale oficjalnie, wedle prawa, stosownie do »reguł kościelnych« stanowczo nie licuje, aby »biskup mógł folgować sobie przy rybie«, on może co najwyżej zagryzać suszonymi grzybami – i tyle rzec można oficjalnie, przepisowo, na głos” (s. 49). Duch chrześcijaństwa przenika więc osobliwa estetyka smutku, która wynosi każdego ascetę ponad ziemskie, a więc z natury rzeczy grzeszne i brudne, uciechy.

Argumentacja Rozanowa nie jest przy tym skrytą pochwałą domów publicznych, ani – by wymienić jedną tylko więcej z typowo ziemskich uciech – pragnienia władzy. Nerwem jego poglądu jest natomiast przekonanie, że takie chrześcijaństwo, jakie zostało przedstawione powyżej, jest programowo przeciwne życiu. Jedynym słońcem – źródłem światła, ciepła i radości – może w nim być  Jezus Chrystus, który jaśnieje tym bardziej, im bardziej pomniejszone zostały wszystkie rzeczy tego świata jako podrzędne, niepewne i przemijające. „W promieniach słońca-Chrystusa »książę tego świata« rozpuszczał się niczym śnieżna zaspa, tajał jak bałwan na wiosnę. Właściwie rzecz biorąc, to, co zostało, stanowiło nieledwie jego zarys, odciskało niewyraźny ślad po rodzinie, literaturze, sztuce. Niemniej właściwy nerw świata został zeń wyrwany, pozostała jakaś kukła, a nie żywa istota. Gdy jednak spróbujecie ożywić rodzinę, sztukę, literaturę, gdy czemuś oddacie się »całą duszą« – dokona się wasza ostateczna rejterada z chrześcijaństwa” (s. 51). Jak bowiem powiada Jezus – a ustęp ten niewątpliwie jest dla Rozanowa skandaliczny – „jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14, 26). Wszystko, co drogie ludzkiemu sercu, co uznaje ono za wartościowe lub piękne, jest potencjalnym źródłem zagrożenia. Oddala bowiem człowieka od Boga, przesłania mu Go, każe stawiać bezbożne pytania i formułować dalekie od pokory żądania. Krótko: za sprawą tego wszystkiego człowiek staje się wobec Boga wymagający, kategoryczny. Zapomina o tym, że ma być potulną owieczką. „Ledwo mnich uczepi się dziecka swojego i zakrzyczy »nie dam«; ledwo chwyci się pani, mówiąc »kocham i nie przestanę kochać«, kończy się i chrześcijaństwo. W obliczu rodziny na serio chrześcijaństwo obraca się w żart. I odwrotnie: gdy na serio bierze się chrześcijaństwo, w żart obracają się rodzina, literatura, sztuka. Niby wszystko się zgadza, ale nic tu nie jest na swoim miejscu. Wszystko jest, ale bez ideału” (s. 51). Na nic magiczne zaklęcia chadeków i ich polityka prorodzinna; na nic opatrzone papieskim stemplem dekrety katolików o życiu rodzinnym; na nic „Rok Świętej Rodziny”.

Chrześcijaństwo jest jej wrogie, jak wrogie jest wszystkiemu, co ludzie zbyt mocno – to znaczy: na całego – kochają.

Co zatem chrześcijański Bóg robi z tym światem? Odbiera mu blask, podważa jego wartość. Zamula każdą radość, jak gdyby czegoś jej brakowało albo potrzebowała jakiegoś dodatkowego uzasadnienia. Przesłodki może być tylko Jezus; wszystko inne jest (musi być) gorzkie. „W Chrystusie świat zjełczał właśnie na skutek Jego słodyczy. Gdy tylko spróbujecie słodkiego, doznacie dobroczynnych skutków tej niebywałej, prawdziwie niebiańskiej słodyczy – już straciliście smak do zwyczajnego chleba. Kto po ananasach sięgnie po kartofle? (…) Wielkie piękno odziera nas ze smaku do tego, co powszednie” (s. 58). Krótko: w chrześcijaństwie „chodzi o to, że konfitury powinny być kwaśne” (s. 51).

Równolegle religia ta dokonuje zdaniem Rozanowa drugiego, nie mniej istotnego przesunięcia w świecie ludzkich wyobrażeń. Pogrążając radość, nobilituje smutek. Czyni zeń przedsionek przyszłego szczęścia, nieomal wrota do wiecznej radości. „Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni” – czytamy u Mateusza (Mt 5, 4). Rosyjski myśliciel z całym zdecydowaniem przeciwstawia się tej wyniosłej estetyce smutku, która z góry patrzy na wszelką ludzką codzienność i nasze jakże prozaiczne radości – ot, choćby odprowadzanie dziecka do przedszkola albo delektowanie się grzanym winem w mroźny zimowy wieczór. Ta negacja jest jego zdaniem ukrytym źródłem wszystkiego, co w religii mroczne i niebezpieczne. „Oto – powiada Rozanow – jedna z największych zagadek świata! Polega ona na rozpoznaniu, że cierpienie wznioślejsze jest i bardziej estetyczne niż szczęście, że to, co smutne, nabiera majestatu. Smutek niewiarygodnie nas pociąga. Czy nie na tym polega tajemnica składanej Bogu religijnej ofiary z dzieci, ta nigdy nieodgadnięta tajemnica Molocha? Ludzie przeżywali smutek niebiański, zastanawiali się, jak go przeżyć; w tym celu wszystko składali w ofierze, poświęcali to, co najważniejsze. »Śmierć – jeszcze za życia«: oto Moloch!” (s. 59–60). Odrzucając drobne, przyziemne, a więc ludzkie, nad wyraz ludzkie dobra, religia staje się wyczekiwaniem pożogi. Jej przyzywanie jest bowiem jedyną prawdziwą pobożnością. Nazbyt to wszystko jednostronne, by nie powiedzieć: niesprawiedliwe? Ależ oczywiście! Zauważmy jednak, że dokonane przez rosyjskiego myśliciela odwrócenie jest kapitalne; może przyprawić czytelnika o zawrót głowy. Z tezy, że chrześcijaństwo jest nie z tego świata, czyni Rozanow kardynalny zarzut przeciw niemu. * A przecież, wbrew niektórym prawosławnym duchownym, którzy widzieli w nim Antychrysta, nie był myślicielem antyreligijnym. Wiele myślał o śmierci oraz o tym, co czeka nas w zaświatach – zwłaszcza odkąd w 1910 r. ciężko zachorowała jego żona. Co o śmierci wie religia? Zdaje jej się, że wie wszystko, tymczasem ulega jedynie mistycznemu instynktowi, który potajemnie rządzi jej wyobrażeniami. „Mistycyzm posiada skłonność do przedłużania wszystkiego, poszerzania, rozciągania, »ile się tylko da«, najlepiej »w nieskończoność«… Owinięta w mistycyzm »śmierć« przedstawia się jako coś nieskończonego, przytłaczającego, zakrywającego najgłębszą tajemnicę. A przecież również życie ma takie samo prawo zażądać dla siebie mistycznego odzienia: i tak przybrane jawi się jako znacznie bardziej nieskończone od śmierci, pełne sensu, bogactwa, łaski; przewyższa ono śmierć właśnie dlatego i właśnie w tym, że jest piękne” (s. 144). Jak zatem znaleźć odpowiedni balans? Z pewnością nie można go osiągnąć wtedy, gdy żyjemy tak, jakby nasze życie było wieczne. Gdy śmierć znika z horyzontu ludzkich wyobrażeń, kultura dziecinnieje. Młodość chce być wieczna. Na starość zaczyna się patrzeć, jakby była zwykłą dolegliwością, z której trzeba się wyleczyć. Nawet radość życia czeźnie w banale, zamienia się we własne przeciwieństwo. Przestaje być jedyną, niepowtarzalną chwilą szczęścia, a staje się przyjemnostką, do której zawsze…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Samo dobro