Subskrybuj

Nad jeziorem Lugano

Siedzę na skraju podestu, macham nogami, słońce grzeje mi plecy, a ja udaję, że łowię ryby. Ale naprawdę robię to co wszyscy, obserwuję niemiecką rodzinę i jej jasnoczerwoną motorówkę. Ojciec – mówią na niego Vatti – wyjmuje klamoty z łódki i rzuca je dziewczynce, na którą wołają Karina. Stoi trzy kroki na lewo ode mnie i jak zręcznie łapie! Jeszcze nic jej nie upadło. To jasne, zamierzają dziś wysprzątać łódź. Ale wpierw muszą ją opróżnić. Każdy głupi to wie, nie da się tego przecież zrobić inaczej.

Rodzina Niemców to tylko cztery osoby, ale ile tego mają w łódce! Niezliczone pary płetw, maski, rurki, tenisówki, zapasowe kostiumy kąpielowe i ręczniki, nadmuchiwane gumowe poduszki i materace, a także książki, grube tomy w solidnych oprawach. Miękkie okładki to nie dla nich. Teraz on rzuca dużym piknikowym koszem. Złapie go? Oczywiście, że tak. To duża, silna dziewczynka; ma dobre, choć ciut za masywne nogi. Piętnaście, a może tylko czternaście lat, ale przy takiej figurze trudno powiedzieć. Krótkie włosy w kolorze popielatego blondu, ubrana w jednoczęściowy kostium kąpielowy; praktyczny, z mocnymi ramiączkami, które trzymają piersi na miejscu – stoi tam w lekkim rozkroku niczym bramkarz czekający na piłkę. Vatti to niezły miotacz. Vatti to oczywiście jej Vatti, tu nie ma żadnych wątpliwości. Są do siebie przecież podobni, niewątpliwie świadomi tego i bardzo się lubią. Milczą jednak, skupieni na swych zadaniach, tylko raz po raz uśmiechają się do siebie. Rękawice, dwie pary okularów przeciwsłonecznych, plastikowa torba pełna winogron – wszystko to frunie w powietrzu. Na Boga, kiedyż wreszcie skończą? Teraz to już chyba wszystko. Vatti wytaszcza jeszcze narty wodne. Cała rodzina na nich jeździ: Vatti, Mutti, Karina i chłopak.

Chłopak ma na imię Wiktor. Musieli mu je dać po Stalingradzie – ot, taki żarcik. Bez sensu, jest na to przecież za duży. Może nazwali go tak po zwycięstwie nad Polską? To by znaczyło, że ma jakieś 25 lat. Albo po Czechosłowacji? Wtedy byłby dokładnie w moim wieku. Ja mam 26 i pół, ale jestem o połowę mniejsza od Kariny. Chuda, z małym biustem i wąskimi biodrami. Mówią, że w czasie okupacji nie dojadałam. To wręcz cud, że moje nogi są nadal proste, musiałam przecież mieć krzywicę. Ale są proste i całkiem niezłe. Karina właśnie wskoczyła do motorówki, wyciąga z Vattim fotele i biorą się razem za pucowanie wszystkiego gąbkami. Gdzie, do diabła, jest Wiktor – nie mógłby im pomóc?

Robi się coraz goręcej, oboje się pocą. Podobnie jak ja, słońce przypala mi nagie plecy. Chyba powinnam się zająć wędką, dawno zresztą porzuconą. Przynęta zniknęła z niej już jakiś czas temu. Te szwajcarskie ryby doprowadzają mnie do szału, doskonale wiedzą, jak sobie wszystko sprytnie poobgryzać – tak samo jak ich pobratymcy. Nienawidzę robaków, które biorę na przynętę. Godzinę zajęło mi dowiedzenie się, jak nazywają je tu po włosku. Doprawdy, dziwaczny kraj, ta Szwajcaria. W Genewie mówi się tylko po francusku, a tutaj, nad jeziorem Lugano, wyłącznie po włosku. Tak czy siak, słowo na robale to cagnoti; kosztują sporo. Sprowadza się je gdzieś z daleka i sprzedaje na tuziny. Zostały mi jeszcze trzy, ale w puszce wciąż żadnej ryby. Załatwiłam sobie tę puszkę u hotelowego kucharza. Trzymał w niej lody; musiałam czekać trzy dni, aż się opróżni, a potem dać draniowi trzy franki. Podczas posiłków obserwowałam bacznie wszystkie stoliki i patrzyłam, czy ktoś zamawia na deser lody. Ponieważ tak bardzo mi na tym zależało, wszyscy oczywiście prosili o frutta frescacrème caramel, a nie o gelati.

Pojawiła się i Mutti. Nigdy nie zjawia się przed jedenastą. Dba o siebie. Mutti jest szczupła i całkiem nieźle wygląda, z tymi ciemnymi włosami i oliwkową karnacją. Nie przypomina Niemki, bardziej Francuzkę, Włoszkę lub Żydówkę. To by dopiero było zabawne – żydowska Mutti! W Polsce, za okupacji, miałaby chyba spory problem. Z taką twarzą musiałaby wciąż wpadać w kłopoty, nawet gdyby okazała się równie aryjska co rodzona matka Adolfa. Ale oni przecież mieszkają w jakimś małym bawarskim miasteczku, gdzie chyba każdy wie, kto kim jest. Wiem, bo widziałam ich tablice rejestracyjne. Jeżdżą mercedesem, model 300, czerwonym. Mutti dźwiga ogromną torbę plażową – zapewne pełną kosmetyków, jestem się nawet w stanie o to założyć. Oraz książki. Czytają wszak namiętnie. Vatti już ją dojrzał i wskakuje na pomost. Niezły skok, cała konstrukcja aż się zatrzęsła. Vatti należy do najlepszego gatunku Vattich. Wysoki i silny, ani grama tłuszczu, ani jednego siwego włosa w ostrzyżonej na jeża czuprynie. Wyciąga dla Mutti rozkładany leżak i stawia go na brzegu jeziora, tuż obok łódki. Mutti kładzie się na brzuchu w całej swej okazałości, a Vatti smaruje jej plecy opalaczem z dużej brązowej plastikowej butelki. Kiedy tylko się nachyla, na jego własnych plecach uwidacznia się długa, postrzępiona blizna. Nie pooperacyjna, ale prześwietna i wybitna blizna bitewna. Oj, jaka szkoda, że akurat na plecach – w tym miejscu mają je rzekomo tylko tchórze. Ale, do diaska, kto to powiedział? Nigdy nie pamiętam takich rzeczy. To przez te naszpikowane cytatami tomiska. Czyta się je i pomija nazwiska autorów. Oto właśnie mój problem, nie jestem dostatecznie uważna. Dlatego na zawsze już zostanę tłumaczką kabinową w biurach ONZ-etu w Genewie, do czasu kiedy skurczę się i dociągnę do emerytury – albo coś zawalę, prawdopodobnie przy tych nowych afrykańskich delegatach z krajów rozwijających się, którzy są na swoim punkcie wyjątkowo przewrażliwieni.

Vatti wraca do pięknej czerwonej motorówki, którą Karina szoruje niczym prawdziwa, dobra Hausfrau. Niemal potknął się o moją puszkę po lodach, powiedział Verzeihen Sie, bitte, obrzucił mnie szybkim spojrzeniem, potem dodał Excusez-moi i uśmiechnął się. Pas de quoi, odparłam i też się uśmiechnęłam. Gdyby tylko wiedział, jak dobrze znam ten jego słodki język i gdzie się go nauczyłam… Oczywiście jako dziecko. Dzieci uczą się szybko, nicht wahr?

Rozmawiałam ze strażnikami, czasem dawali mi ziemniaka (lub nawet dwa!), a czasami kopniaka. Gdy zabrali Mamę, uczyłam się znacznie szybciej. Dopóki jeszcze miała siłę, by wstawać, nie pozwalała mi biegać samopas. Każde dziecko powinno przecież poznawać języki obce; czyż nie mówi się, że świat przez to się do siebie zbliża? Języki to prawdziwy skarb. Skarb czy nie, są wszystkim, co mam, i do tej pory mi się przydawały: francuski, niemiecki i angielski. Angielskiego nauczyłam się nawet szybciej niż niemieckiego. To było wtedy, kiedy Amerykanie zajęli obóz. Znam też mój własny język, polski, ale nie używam go często; tylko gdy zjawi się na konferencji jakaś delegacja z Polski i przydzielą ją akurat mnie.

Zobaczcie, kto przyszedł – Wiktor, syn i pan dziedzic. Kroczy po plaży w kusych kąpielówkach, mięśnie prężą się pod opaloną skórą. Wygląda niczym reklama jakiegoś specyfiku na męskość. Niewielka głowa, mocny kark. Wszyscy teraz na niego zerkają. I mężczyźni, i kobiety, obojętne są jedynie dzieci oraz psy. Posyła Mutti promienny uśmiech, staje tuż za mną, mówi coś do Vattiego i Kariny.

Wyciągnęłam wędkę i nadziałam na haczyk świeże cagnoti. Gdybym nawet chciała się poważnie zabrać za łowienie, to w rumorze, jaki robią teraz w wodzie Vatti i Karina, nie ma na to żadnych szans. Płuczą w niej gąbki i szczotki; staje się brudna i pełna mydlanej piany. Francuskie damy na leżakach zauważają to natychmiast i są złe. W hotelu mieszkają głównie rodziny z Francji i Belgii, wraz z pudlami i dziećmi. Moi Niemcy to jedyni Niemcy, ba, mają też jedyną prywatną motorówkę. Do diabła, ależ nabrudzili! Ktoś powinien im chyba powiedzieć, że co jak co, ale wody nie podbili. Może to właśnie ja powinnam to zrobić? Może ja, Hanna Kowalska, miałabym się samozwańczo mianować Delegacją Jednej i dyplomatycznie przypomnieć im, że nie wygrali przecież tej wojny?

Wiktor spogląda na mnie, gdy szarpię się z cagnoti, choć to pewnie w liczbie pojedynczej cagnoto. Nie wiem, nie miałam okazji nauczyć się włoskiego. Cagnoto wije się i stawia opór. Wiktor pyta – oczywiście po angielsku – czy nie trzeba mi pomóc. Wszyscy teraz mówią po angielsku, francuski jako międzynarodowy język skończył się zupełnie. Zrozumiałam i grzecznie odmawiam. Zapewniam, że dam sobie radę, i daję, ale wtedy haczyk wbija mi się wprost w kciuk. Do jasnej cholery, nie dam nic po sobie poznać. Cagnoto już nadziane, ale gdy obmyślam, jak spławić Wiktora, zanim znów zanurzę wędkę w mydlanej wodzie Lago di Lugano, rozpoczyna się spektakl zaiste wspaniały. Francuz w kąpielówkach, o pałąkowatych nogach i ogromnym, wystającym brzuchu podniesionym głosem zwraca uwagę Vattiemu, że zanieczyścił całe jezioro, które bynajmniej nie jest jego prywatną własnością, ba, to wręcz niebezpieczne dla dzieci, nie tylko zresztą dla nich! Wypoczywający na leżakach gapią się już zupełnie jawnie, przestali nawet udawać, że czytają albo drzemią. Vatti wyprostowuje się, dwaj mężczyźni stoją przez chwilę naprzeciw siebie. Muszą być mniej więcej w tym samym wieku – jakieś czterdzieści pięć lub czterdzieści sześć lat. Vatti – smukły i muskularny, opalony, z wyraźną, poszarpaną blizną na plecach, oraz Francuz – przedstawiciel Komitetu Jednego, o krzywych nogach i brzuszysku wystającym niczym bęben. Cholera! Ta konfrontacja w kąpielówkach musiała się po prostu źle skończyć. Vatti grzecznie przeprasza i solennie przyrzeka, że nigdy więcej nie zanieczyści już żadnych szwajcarskich jezior. Francuz czerwienieje z wściekłości na twarzy; stracił powód do wyczekiwanej kłótni. Pokonany i zirytowany, człapie z powrotem na leżak, do żony i dziecka, mamrocząc coś pod nosem o szkopach i Lago Tedesco: gdziekolwiek w Europie pojedziesz sobie na wakacje, i tak w końcu zepsują ci je te szwaby.

Wiktor cały czas spogląda z wyżyn swej postury i na mnie, i na wędkę. Przechodzą mnie dreszcze. Szybko zerkam na lewą rękę i sprawdzam, czy na swoim miejscu nadal jest ciężka srebrna marokańska bransoleta, która przykrywa wytatuowany numer. Tak, jest. Kiedy tatuś i Francuz wymieniali zdania, Karina przerwała robotę, teraz jednak Vatti rzuca krótkie i szybkie żołnierskie komendy. Wiktor ma wejść na pokład i wszystko poukładać. Karina podaje, Wiktor łapie, Vatti dyryguje. Co za wspaniała drużyna! Ludzie na plaży patrzą, tak samo jak ja. Rozmawiają, udają, że czytają książki, dziergają, kartkują czasopisma, ale tak naprawdę całymi dniami wszyscy obserwują Niemców.

Wstaję, zbieram rybacki ekwipunek i idę na leżak. Kciuk pobolewa – bardzo chciałabym go sobie wreszcie w spokoju possać. Otwieram Sagę rodu Forsyte’ów, do której co roku wracam na wakacjach, moszczę się z książką i wpakowuję palec do ust. Z tomu o wyzłoconych brzegach wyczytuję parę zdań na temat poglądów Soamesa, a potem kartkuję strony, by zobaczyć, co będzie dalej. Ładują teraz do łódki składane krzesełka i wielki kosz. Za chwilę rodzina, cała ich czwórka, gramoli się na pokład i odpływa w dal. Dranie, pewnie odkryli jakąś wyspę, na której będą mogli być już sami, może nawet kąpać się na golasa, wygrzewać w słońcu i głośno szwargotać po niemiecku, tak jak lubią. Ale zakotwiczają motorówkę na środku jeziora, a potem pomykają na nartach wodnych, w pięknym zresztą stylu, zwłaszcza Vatti i Karina. Znikają z oczu.

Hotelowa plaża zmienia się natychmiast. Ludzie zaczynają głośno mówić po francusku, grać w ping-ponga, karcą dzieci, spuszczają psy ze smyczy, włażą do wody, by popływać.

Niemcy nie pokażą się aż do aperitifu. Popołudnie stało się nieznośnie gorące, męczące i parne. Francuskie i belgijskie rodziny rozsiadły się przy niewielkich stolikach w hotelowym ogrodzie, sączą pernody i fine à l’eau, pozwalają dzieciom wypić łyczek, pod krzesłami sapią psy. Odświeżona drzemką w pokoju, schodzę na dół, z Galsworthym pod pachą, włożyłam nową sukienkę z białego irlandzkiego płócienka. Niemcy zajęli jak zawsze jedyną wiszącą kanapę-huśtawkę, przytaszczyli do niej stolik oraz…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Historia jutra