Wydaje się, że u progu trzeciej dekady XXI w. z powyższym twierdzeniem nie powinno być żadnych problemów. Już Hegel zauważył, że niemiecki wyraz Geschichte (historia) zawiera w sobie zarówno pojmowane czysto faktograficznie zdarzenia mające miejsce w przeszłości (res gestas), jak i zupełnie subiektywną, tworzoną przez historyków opowieść o nich (historiam rerum gestarum). Jedno z drugim jest nierozerwalnie złączone. Nie ma historii bez opowieści o niej. Suche fakty nie wpływają na ludzkie emocje i są zupełnie bezużyteczne z punktu widzenia (tu jeszcze jedno ciekawe pojęcie) polityki historycznej. Dlatego byłem zdumiony, gdy dwa lata temu, będąc w Muzeum Powstania Warszawskiego na debacie zatytułowanej Pamięć powstań – prawda, fałsz i polityka, słyszałem, jak jeden z panelistów, dr Łukasz Michalski, gorączkowo wymieniał liczby polskich ofiar poległych na różnych frontach II wojny światowej, dodawał do tego ofiary cywilne i liczbę Polaków zabitych w obozach koncentracyjnych. Powód? Należne nam – jako narodowi – miejsce w panteonie ofiar, nie za narodem żydowskim, lecz obok niego. Wspominam o tym nie bez przyczyny, bowiem w tamtej wypowiedzi widać było rozdarcie pomiędzy res gestas a historiam rerum gestarum właśnie. Zgłaszając nas do udziału w dość upiornej, choć typowej dla Europy Wschodniej sztafecie, w której narody prześcigają się w tym, kto doznał większej krzywdy, dr Michalski dokonywał dwóch sprzecznych gestów. Z jednej strony chciał zaufać liczbom, które przecież powinny dawać obiektywy obraz krzywd doznanych przez naród polski. Z drugiej, sam fakt budowania narracji w ten sposób, kładzenie dominanty na należne nam miejsce w panteonie ofiar i brak zgody na znaną z Niemiec „politykę wstydu”, zakorzeniony był w subiektywnej i pochodzącej z XIX w. narracji o Polsce jako zbawicielce narodów. Finalnie można powiedzieć, że była to wypowiedź stricte polityczna. Liczby miały jedynie uprawomocnić żądanie uznania ofiary. Res gestas stała się służebnicą wobec rerum gestarum.
Od śmierci Hegla namysł nad tym, czy historia jest bardziej dziedziną nauki czy sztuki, trwa w najlepsze i bez wątpienia stanowi asumpt do rozmowy o polskiej pamięci. Zwyczajowo (choć zwyczaj ten trwa od XIX w., gdy historycy zainteresowali się historiografią antyczną) obu nurtom przypisuje się dwóch patronów.
Historii pojmowanej jako nauka, niczym nieróżniąca się od nauk przyrodniczych, patronuje Tukidydes, zaś nad historią rozumianą jako jeszcze jeden gatunek literacki czuwa Herodot z Halikarnasu.
Rozdźwięk pomiędzy oboma autorami jest zasługą współczesnych egzegetów, którzy, chcąc pokazać ewolucję greckiej refleksji nad historią, przypisali twórczości Herodota rolę etapu przejściowego, niezbędnego dla ówczesnych wyżyn jakości myślenia historycznego, na jakie miał się wspiąć dopiero autor Wojny peloponeskiej. Herodota słusznie uznano za autora przesiąkniętego wpływami tradycji homeryckiej. Czy jednak jego dzieło – wciąż czytane i przetwarzane przez kulturę – na tym traci? Więcej, czy mimo że żyjemy w XXI w., jesteśmy w stanie tworzyć w miarę obiektywne ciągi przyczynowo-skutkowe, silić się na obiektywność i poruszać po skomplikowanej mapie hiperboli, wyparć i zaprzeczeń tworzonych przez naszą pamięć? Czy różni nas cokolwiek od Herodota, który wierzył we wdzięczność i gniew bogów?
Gorąca i zimna pamięć
Odpowiedzi na dwa z powyższych pytań muszą być negatywne. Moglibyśmy mnożyć pary naukowców, które przez wieki zastępowały w tych rolach antycznych twórców – choćby wstawiając w ich miejsca Carla G. Hempela i zmarłego w zeszłym roku HaydenaWhite’a – a nie zmieni to najbardziej podstawowych faktów.
Nasza wyobraźnia historyczna jest ułomna, rządzi nią logika „gorącej i zimnej pamięci”, jak pisał Charles S. Maier. W zatytułowanym w ten sposób eseju amerykański historyk zastanawia się, dlaczego intuicyjnie zbrodnie nazizmu wydają mu się „gorsze” od tych komunistycznych, mimo że dysponuje danymi o ich skali i okrucieństwie. Żeby odpowiedzieć na to pytanie, Maier wykorzystuje język fizyki nuklearnej: dostrzega różnicę między arcydługim, trwającym ok. 80 mln lat (sic!) połowicznym rozkładem plutonu (analogia to niemal 100 lat trwania komunizmu w Europie Wschodniej) a rozkładem izotopu trytu, który trwa raptem 12 lat (panowanie nazistowskich Niemiec w Europie). Wniosek jest prosty: Holokaust, trwający relatywnie krótko, był kulminacją eugenicznej gorączki trawiącej Europę i punktem zwrotnym w historii świata. Ba, przysłonił sobą całą historię nazistowskich Niemiec do tego stopnia, że do dziś wielu Amerykanów wierzy w to, że USA walczyło w Europie właśnie po to, aby położyć kres Shoah. Tymczasem mimo licznych świadectw i dzieł literackich (Aleksandra Sołżenicyna, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego czy Nadieżdy Mandelsztam) zbrodnie komunizmu ani niczego nie zaczęły, ani nie skończyły. Co więcej, można odnieść wrażenie, że ich ofiary często były dobierane naprędce, na potrzeby aktualnej polityki ZSRR (tu za przykład może posłużyć Hołodomor, który wszak w liczbie ofiar nie ustępuje Holocaustowi), w przeciwieństwie do Żydów, będących obiektem hitlerowskiej nienawiści od czasu publikacji Mein Kampf, na długo przed dojściem nazistów do władzy.
Co ciekawe, sam Charles Maier, mimo że temperaturze pamięci poświęcił dużo miejsca w swoim dorobku, dystansuje się od tzw. boomu pamięciowego. Według badacza wzmożone zainteresowanie pamięcią jest reakcją na uwiąd polityki nastawionej na zmianę. Współczesne, rozwinięte społeczeństwa, zmęczone stagnacją, nie tylko uciekają w przeszłość, starając się stworzyć pamięciową protezę, dzięki której lepiej będą funkcjonować w teraźniejszości (nasi żołnierze wyklęci), ale też dyskursywizują pamięć w różnych dziełach kultury popularnej (filmy takie jak Pamięć absolutna, Dark City, Mulholland Drive, Nowy początek czy choćby kultowa Tożsamość Bourne’a, od której tytuł pożyczył Dariusz Karłowicz, nazywając tom swoich esejów Polska jako Jason Bourne).
Czy zatem 4 czerwca 1989 r. skończył się w Polsce komunizm? Data pierwszych częściowo demokratycznych wyborów wryła się w pamięć Polaków wraz z repozytorium tamtego okresu. Do dziś, gdy chcemy mówić o wyborach do sejmu kontraktowego, będziemy posługiwać się takimi rekwizytami jak plakat z Garym Cooperem czy słynna wypowiedź Joanny Szczepkowskiej. W ramach tej historii nie mieści się fakt, że 4 czerwca był kulminacją trwającego dekadę rozpadu zarówno PRL, jak i kryzysu gospodarczego dotykającego wszystkich państw bloku wschodniego. Nie widać w niej konsekwencji pustych półek na początku lat 80., spadku cen węgla i siarki oraz efektów zimnej wojny, przez którą państwo Jaruzelskiego, pozostając w ciągłej czujności, wydawało 9% swojego PKB na zbrojeniówkę. Nie widać także zapoczątkowanych w PRL przemian gospodarczych. Poprzedziło je przeprowadzone w 1987 r. referendum, które, choć miało przede wszystkim zbadać zaufanie społeczeństwa do grupy Jaruzelskiego, zawierało też pytanie o „radykalne uzdrowienie gospodarki”. Rok później wprowadzono tzw. ustawę Wilczka, a więc legalizację prywatnej działalności gospodarczej. Wszystkie te fakty należą do „pamięci zimnej” nie tylko dlatego, że – jak chciałby Charles Maier – po prostu długo trwają, ale też dlatego, że po 1989 r. rozkładanie ich na czynniki pierwsze nie było w niczyim interesie. Polska potrzebowała innej opowieści. O zwycięstwie sojuszu robotniczo-inteligenckiego oraz o niezwykłej roli papieża Polaka w obaleniu komunizmu. Po czasie obie te narracje wyszły obozowi liberalno-demokratycznemu bokiem.
Sojusz okazał się fikcją?
4 czerwca był z pewnością zwycięstwem opcji liberalnej. Udało się osiągnąć historyczny kompromis, a Polacy nie utopili się w morzu krwi. Tym samym nowo kształtujące się państwo sięgało do dziedzictwa Johna Locke’a, Thomasa Hobbesa czy Jeana-Jacques’a Rousseau. Zresztą nie jako jedyne. W zasadzie wszystkie państwa bloku wschodniego przyjęły bezkrwawy model przemian, z wyjątkiem Rumunii, w której przejęcie władzy siłą nie było spowodowane oddolnym gniewem ludu, ale operacją Securitate mającą zabezpieczyć jej interesy na kolejne dekady. Polacy zaś, wzorem Hiszpanów, zdecydowali się na „politykę grubej linii” przechrzczoną społecznie na politykę „grubej kreski”. W Hiszpanii za jej odpowiednik mogłyby służyć dwie amnestie: pierwsza dla więźniów politycznych dyktatury Franco, druga zabezpieczająca wolność byłych funkcjonariuszy reżimu.
Wszystko to odbyło się na zasadzie liberalnej koncepcji, jaką niewątpliwie jest umowa społeczna. Niestety, czego nie przewidziano w 1989 r., część polskiego społeczeństwa, mając za sobą nieprzerobioną lekcję oświecenia, do umowy społecznej jako takiej podchodziła nieufnie. Była ona zawierana gdzieś wysoko, ponad głowami tysięcy Polaków, w tym czasie rozkładających deski, stragany czy budy, w których sprzedawano absolutnie wszystko. Tym samym kończył się okres porozumienia inteligencko-robotniczego, na którym w dużej mierze została ufundowana Solidarność. Fundamenty położone przez Rodowody niepokornych Bohdana Cywińskiego czy Kościół – lewica – dialog Adama Michnika okazały się niewystarczające wobec realiów gospodarki rynkowej i prostej chęci odwetu, która drzemała w dużej części społeczeństwa. Doskonale pokazuje to niezwykła rozmowa, którą Adam Michnik odbył z Jarosławem Kaczyńskim (dziś rzecz absolutnie nie do pomyślenia) w ramach programu Rzeczpospolita II i półtransmitowanego na antenie TVP w 1993 r. Siedzący w prywatnym mieszkaniu prowadzącego program Jerzego Diatłowickiego panowie rozmawiali głównie o komunizmie, dziedzictwie marca 1968 r. oraz…