Najpierw pojawiał się zarys ręki, potem urywane dźwięki alfabetu Morse’a, tak to pamiętam – z półmroku dobiegał głos: „Nazywajcie mnie szefem. Ruszamy do akcji. W pogotowiu będziemy cały czas. W sposób niewidzialny pospieszymy z pomocą wszystkim, którzy pomocy potrzebują”.
Zawsze – niewidzialnie.
To podstawowa zasada.
Mogłabym przysiąc, że co niedziela siadałam przed telewizorem i gapiłam się w ekran. Tylko że – nawet jeśli tak było – nie mogę pamiętać tego tak szczegółowo, byłam za mała.
Może więc o akcji opowiadał mi o trzy lata starszy brat? A może w ogóle tego nie pamiętam i nastąpiło klasyczne przeniesienie? Czytam właśnie książkę Macieja Wasielewskiego Niewidzialna ręka(Wydawnictwo Wielka Litera) o tym, że – jak pisze wydawca – 2 mln dzieci zrobiło 10 mln dobrych uczynków (za nim cytuję wszystkie wypowiedzi). O, rany – on pisze też o mnie. Krzyknęłam w myślach, siedząc na fotelu. „Uratowaliśmy życie wiewiórki”. Też kiedyś – jeszcze jako widzialna – uratowałam wiewiórkę. Mama-wiewiórka przenosiła małą z gniazda do gniazda. Ludzie – chcieli pomóc – podbiegli, dotknęli. Matka nie wróciła. Inny zapach. Wzięliśmy ją z rodzicami w koszyku do siebie. Wykarmiliśmy butelką dla niemowląt. Mika – bo tak ją nazwaliśmy – żyła z nami kilka lat, w czteropokojowym mieszkaniu w bloku. Łaziła po firankach, łuskała słonecznik, siedząc na środku stołu. Lubiła nocować w łóżku sąsiada, wystarczyło otwarte okno, a po balkonach wspinała się z dużą łatwością. Potem trafiła do leśniczówki. Stamtąd uciekła do lasu. Podobno wracała ze swoimi dziećmi. Chcę wierzyć, że tak było. Kiedy zostałam niewidzialna? Musiał być początek lat 80. Miałam swoją bandę (dwie inne dziewczynki, trzech chłopaków i ja, herszt. Skład zmienny, jeśli wyjeżdżałam na wakacje…