Krystyna Strączek: Pamięta Pan swoją pierwszą podróż?
Ryszard Kapuściński: Bardzo dobrze. Miałem wtedy siedem lat, wybuchła wojna. Byliśmy całą rodziną w Lubelskiem u mojego wujka, który pracował niedaleko Chełma. I postanowiliśmy od razu wrócić do domu, do Pińska. Chcieliśmy przejechać całą Polskę w trakcie pierwszych działań wojennych. Opisałem zresztą tę wędrówkę w Buszu po polsku. Właściwie od tego momentu, z pewnymi przerwami, jestem w podróży. Ponad pół wieku.
Już mając dwanaście czy trzynaście lat, wybrałem się na wyprawę razem z kolegą, Stasiem Obojskim. Podróżowaliśmy wagonami bydlęcymi, w ogromnym tłumie ludzi z tobołami, którzy przemieszczali się a to ze wschodu na zachód, a to z centralnej Polski na północ. Wtedy dużo dzieci, „bezprizornych”, podróżowało bez rodziców. Całe rodziny były pogubione, porozrzucane. I my, dwóch małych chłopców, nie budziliśmy żadnej sensacji.
Nie bał się Pan tak podróżować?
Ciekawość zawsze była silniejsza. Najpierw wybraliśmy się do Wrocławia, żeby zobaczyć zgliszcza powojenne, potem do Gdańska, na wybrzeże. Gdańsk też był okropnie zrujnowany. Spaliśmy w przygodnych miejscach, u przypadkowych ludzi.
Obrazy podróży i ludzi w podróży towarzyszą mi całe życie.
Nigdy zatem nie przyswoił Pan sobie wzorca życia osiadłego.
Tak, podróż została przypisana do mojego życiorysu. Dziś staram się moje wyprawy ograniczać.
Z jednej strony, podróż jest ważna jako sposób poznania świata i jako materiał do reportażu, z drugiej – niesłychanie czasochłonna. Zwłaszcza podróżowanie z przygodami, bez zarezerwowanych biletów, gdy nie wiadomo, kiedy i gdzie się dojedzie. A i tak największym problemem pozostaje niepewność, czy się w ogóle wyjedzie… Świat poza rozwiniętymi krajami Zachodu to świat ciągłego oczekiwania – na transport, na otwarcie drogi; gdzieś trafia się na powódź, gdzie indziej na wojnę. Wielka niewiadoma. Fascynujące, ale zabiera masę czasu.
Po latach znalazłem się w paradoksalnej sytuacji: chętnie bym pojechał, ale nie mam na to czasu, bo chciałbym też swoje podróże opisać.
Powstaje sprzeczność między potrzebą jeżdżenia a przymusem pisania.
Właśnie, wędrowanie zawsze uaktywniało w człowieku potrzebę pisania. W innych kulturach równie silną jak w Europejczykach?
Nieeuropejskich książek o podróżach jest masa, wiele z nich ciągle nie zostało przetłumaczonych. Przede wszystkim istniała olbrzymia literatura podróżnicza po arabsku, szczególnie wiele dzieł pochodzi z okresu, na który w Europie przypadło wczesne średniowiecze. Arabowie byli i wielkimi podróżnikami, i wielkimi pisarzami, choćby słynny Ibn Battuta. Choć były i takie okresy w dziejach, gdy kultura arabska popadała w wielowiekowy marazm.
Podobnie wielka jest literatura chińska na ten temat.
A Afryka?
Nie ma jednej literatury afrykańskiej. Na tym kontynencie używa się dwóch tysięcy języków. Niektóre z nich wytworzyły literaturę podróżniczą, na przykład hausa i suahili. Tego typu teksty pojawiały się głównie na terenach, gdzie istniały wpływy arabskie. Brak ich zaś w językach bantu, czyli językach ludów osiadłych. Wiele zależało więc od ruchliwości plemion.
Właściwie w każdej kulturze podróż stanowi inspirację do pisania. Człowiek jest tak oszołomiony zderzeniem z innym światem, że chce koniecznie się tym podzielić. Nie jest w stanie zachować tylko dla siebie rzeczy tak niezwykłych, zdumiewających. Z podróżami i pisaniem o podróżach jest trochę jak z poezją – wiele zależy od wieku piszącego. Osiemdziesiąt procent podróżnych to ludzie młodzi. I także osiemdziesiąt procent poezji pisze młodzież. Przychodzi taki moment w życiu, kiedy czuje się potrzebę poetyzowania, podróżowania i opowiadania o podróżach.
Z tej poezji niewiele potem zostaje.
To prawda. Z reguły młodzieńcze pisanie szybko się zarzuca. Nie inaczej jest zresztą z opowieściami o podróży. Na świecie, na przykład we Włoszech czy Francji, urządza się targi książki podróżniczej i turystycznej. W Polsce się z tym do tej pory nie zetknąłem, może dlatego, że literatura podróżnicza została bardzo słabo wyodrębniona przez naszą krytykę, podczas gdy na Zachodzie są krytycy, którzy się w takim pisarstwie wręcz specjalizują. Są też wydawnictwa publikujące tylko tego typu książki, które można podzielić na cztery działy: reportaż, przewodniki, atlasy i albumy fotograficzne.
Kilka lat temu byłem na gigantycznych targach książki podróżniczej na północy Francji, w bretońskim mieście Saint-Malo. Po poszczególnych pawilonach oprowadzał mnie Iwan Nabokov, bratanek wielkiego pisarza Vladimira i dyrektor wydawnictwa Plon, które wydaje moje książki we Francji. Gdy zaintrygowany tym ogromem, zacząłem sobie spisywać autorów, on powiedział: „Daj spokój, za rok już nikogo z nich nie będzie, pojawią się zupełnie nowe nazwiska”.
Skąd tak wielka rotacja nazwisk? Ktoś, zwiedziwszy Malaje, Brazylię czy Sri Lankę, czuje potrzebę podzielenia się swymi doświadczeniami. Książkę udaje się wydać. A potem ten młody człowiek
kończy studia i zaczyna pracę w wielkiej firmie. Zapomina o jeżdżeniu. Dlatego liczba pisarzy, którzy pozostają w tym zawodzie jest stosunkowo niewielka.
Pan w zawodzie pozostał. W dorosłym życiu podróżował Pan według schematu: wyjazd, niezwykłe przygody w szerokim świecie, a potem powrót do domu i opowieść o podróży. Warszawa stała się dla Pana centrum.
W moim przypadku bardzo ważne było miejsce, o którym wiedziałem na pewno, że do niego wrócę. Okręt nie może wyjść w morze bez kotwicy, a dla mnie taką kotwicą była Warszawa. Dzięki niej mogłem przycumować po podróży. Jadąc, zawsze wiedziałem, kiedy chcę wrócić. Dla kogoś, kto traktuje jeżdżenie jako przygodę młodości, nie ma to takiego znaczenia, ale gdy podróżowanie staje się zawodem, sensem życia i pracy, niesłychanie istotna okazuje się świadomość, że istnieje miejsce, do którego trzeba powrócić, aby zdać sprawę z podróży. Właśnie ta świadomość powrotu, którą miał Odys. Ona pozwala organizować czas.
Ale Odys wałęsał się po świecie przez dziesięć lat…
Niezależnie od tego, ile trwa wyprawa, należy mieć przede wszystkim przekonanie, że podróżowanie jest tylko epizodem. Nawet jeżeli ten epizod ogarnia większość życia. Człowiek w gruncie rzeczy ma naturę sedentarną, jeśli nie musi, nie podróżuje (poza okresem młodości). Bardzo nieliczne osoby jeżdżą przez całe życie. Większość ludzi podróżuje pod wpływem różnego rodzaju przymusów, na przykład gdy pojawia się konieczność poszukania lepszej pracy, lepszych warunków życia, a często także konieczność ucieczki przed tragedią – wojną, głodem, zarazą czy przed niebezpieczeństwem. Czyli do podróży popycha przymus biologiczny i ekonomiczny.
Odkąd pojawiło się rolnictwo, znakomita część naszego gatunku czuje się przywiązana do ziemi. Dlatego właśnie wszystkie manifestacje wspólnotowości i potrzeb społecznych odnosiły się do bardzo określonego kawałka ziemi. Manifestacja tożsamości była więc zawsze manifestacją związku z daną ziemią. Nawet nazwiska często nadawano wedle miejsca pochodzenia, ciekawy dla mnie przykład stanowi choćby amerykański poeta żydowski Robert Piński. Wszystko to dotyczyło ziem plemiennych, narodowych, wreszcie – państwowych. I stąd wziął się problem granic.
U nas przybrał on formę słynnych kłótni o miedzę.
Tak, od miedzy się zaczyna, potem walczy się o granice powiatów i województw, a na końcu państw.
Skąd w takim razie biorą się ludzie tacy jak Pan, którzy sami pragną jeździć?
To fascynaci. Rodzą się z tą pasją, dosyć trudną i niebezpieczną. Jeśli wziąć do ręki słownik podróżników [Ryszard Kapuściński bierze z półki i wertuje Słownik podróżników polskich Wacława i Tadeusza Słabczyńskich], można się przekonać, że ci ludzie na ogół krótko żyli. Ginęli od chorób tropikalnych, przede wszystkim malarii, także cholery i dżumy, tracili życie w wypadkach, w konfliktach z tubylcami. Chorowali, cierpieli psychicznie – popadali w obłęd i w depresję. Niemiecki podróżnik Heinrich Barth, który dotarł do Timbuktu, opisywał, jak pokonując Saharę i cierpiąc z pragnienia, nadgryzał własne żyły i pił krew.
Podróżowanie było zawsze, a już szczególnie w dawnych czasach, ryzykowne, zwłaszcza że jeździ się zwykle samotnie lub w kilka osób. Taka podróż nie znosi wielkich grup.
Zaspokojenie fascynacji i poznanie kosztuje.
Fascynacji tak silnej, by człowiek chciał powiedzieć: „Wszystko mi jedno, muszę jechać”.
Powtórzę raz jeszcze, w historii ludzkości z własnej woli wędrowały tylko jednostki. Oraz przedstawiciele kilku zawodów związanych z pokonywaniem drogi: kupcy, żeglarze, karawaniarze. Większość ludzi zajmowała się uprawą i nawadnianiem ziemi.
Jednak koczownicy mieli naturalną skłonność do przemieszczania się.
Po pierwsze, społeczność koczownicza szybko zanika w świecie, po drugie, te wędrówki też zawsze były wędrówkami przymusowymi.
Koczowników nie pchała w drogę ciekawość świata, oni szukali pastwisk dla swojego bydła.
Później ten przymus stał się kulturą.
Ale nigdy nie przestał być przymusem. Grupa koczowników wyrusza dopiero wtedy, gdy pastwiska zostały wyjedzone albo zapanowała susza i wyschły studnie. Te plemiona żyją dzięki bydłu, ono jest ich jedynym bogactwem i muszą mu zapewnić pożywienie i wodę. Wędrują w miejsca, gdzie pada deszcz. Ludy koczownicze mają nawet takie powiedzenie: „Ojczyzna moja jest tam, gdzie pada deszcz”.
Rodzajem przymusowego podróżowania jest więc emigracja. Wydaje się, że dziś obserwujemy nowy rodzaj emigracji, która staje się jakby rytuałem inicjacyjnym. Na przykład ludzie z Podhala jeżdżą do „Cikago”, żeby się tam dorobić, wrócić i postawić dom. Wtedy stają się naprawdę kimś dla sąsiadów.Emigracja niebędąca emigracją na całe życie jest dziś bardzo częsta. Dawniej człowiek wyjeżdżał przekonany, że już więcej do ojczyzny nie wróci. W XIX wieku emigrowała biedota, której po prostu nie stać było na powrót. Często tych ludzi werbowały do pracy wielkie korporacje i opłacały im bilet tylko w jedną stronę. Emigrant niejednokrotnie nie umiał czytać ani pisać, nie znał się na mapie. W ogóle nie wiedział, gdzie się znajduje. Dziś komunikacja jest bardzo rozwinięta – i stosunkowo tania. Przeżywamy rewolucję elektroniczną, porozumiewamy się szybko na obszarze całej planety. Warunki się zmieniły. Poza wszystkim dziś europejscy emigranci stanowią mniejszość. Obecnie dwie główne fale emigracji to emigracja z Ameryki Łacińskiej w stronę Stanów Zjednoczonych i z Azji, także w tym samym kierunku. Od czasu zniknięcia żelaznej kurtyny i utrudnień politycznych w poruszaniu się, także emigracja do Europy stała się nieporównanie większa. Świat się otworzył. Dlatego antropolodzy i socjolodzy zauważyli, że społeczeństwo globalne staje się…