Kiedy pojawił się zawód reportera wojennego? Zdaniem wielu historyków prekursorem był John Bell, reporter „London Oracle”, który wyruszył do Flandrii z zamiarem zdawania relacji z europejskiej kampanii księcia Yorku w 1794 r. „Będąc przez jakiś czas w sąsiedztwie walczących armii, mam zamiar regularnie wysyłać wierny dziennik tego, co warte jest uwagi czytelników” – tłumaczył w liście do redakcji. Bitwę pod Courtray obserwował z pobliskiej wieży. Ze szczegółami przedstawił porażkę Anglików i uciekających z pola bitwy „zmęczonych żołnierzy”. Bell w Anglii szybko stał się celebrytą, ale rząd angielski nie był wcale zadowolony ze sposobu, w jaki przedstawiał armię i razem z konkurującymi gazetami podważał jego doniesienia. I nic w tym dziwnego. Napięcie między tym, co dziennikarz widział na własne oczy, a propagandowymi oczekiwaniami władz naznacza całą historię reportażu wojennego.
Najważniejszy korespondent na świecie
W 1853 r. w Europie wybuchła wojna krymska pomiędzy Cesarstwem Rosyjskim i imperium osmańskim oraz jego sprzymierzeńcami – Wielką Brytanią, Francją i Królestwem Sardynii. Wydawca „London Times” wysłał młodego reportera, 33-letniego Williama Howarda Russella, na Maltę, gdzie przez dwa lata pisał o tym, co robi brytyjska armia. Nikt nie miał nad nim kontroli i nie był w stanie wpływać na treść jego artykułów. Dowódcy bali się go i nie chcieli udzielać mu żadnych informacji. Niektórzy zabronili podwładnym rozmawiać z nim. Pomimo trudności Russellowi udało się zaprzyjaźnić z żołnierzami niższymi rangą i dzięki jego dramatycznym relacjom czytelnicy po raz pierwszy dowiedzieli się, jak naprawdę z bliska wygląda wojna.
W październiku 1854 r. Russell widział bitwę pod Bałakławą. Donosił: „O 11.00 nasza Brygada Lekkiej Kawalerii ruszyła do przodu”. Zakończył słowami: „O 11.35 nie było już ani jednego żołnierza brytyjskiego z wyjątkiem zmarłych i umierających przed zakrwawionymi moskiewskimi armatami”. Dziennikarz szczerze dzielił się spostrzeżeniami. „Jest to trudna prawda, ale Anglicy muszą jej wysłuchać – tłumaczył. – Muszą wiedzieć, że żebrak, który zatacza się w deszczu na ulicach Londynu, prowadzi życie księcia, w porównaniu z tym, jak żyją żołnierze walczący o swój kraj”.
Brytyjski rząd próbował cenzurować depesze Russella, twierdząc, że pomaga on wrogowi, zdradzając szczegóły operacji. Otrzymał jednak wsparcie ze strony czytelników. Anglicy byli oburzeni, że ich bliscy „umierali i nie włożono nawet minimalnego wysiłku, żeby ich uratować”. Wszystko przez to, że brakowało zarówno chirurgów, jak i ambulansów, sprzętu oraz prostych naczyń, żeby karmić rannych, co skutkowało licznymi zakażeniami.
Artykuły doprowadziły do dymisji rządu i serii reform, które miały na celu poprawę losu żołnierzy. Zainspirowały też Florence Nightingale, brytyjską pielęgniarkę z bogatego domu, do wyjazdu z grupą wolontariuszek na front. Zadbała ona o higienę w miejscach, gdzie udzielano pomocy rannym żołnierzom, i w krótkim czasie śmiertelność wśród rannych zmalała z 42% do 2%.
Nazwisko Russella stało się rozpoznawalne i nieco później „The Times” wysłał go w roli specjalnego korespondenta do Stanów Zjednoczonych, gdzie miał relacjonować wojnę secesyjną. Jego przybycie zostało przez wszystkich zauważone, bo mówiono o nim, że jest „najważniejszym korespondentem prasowym na świecie”, poza tym imperium brytyjskie dopiero miało opowiedzieć się po jednej ze stron. Lincoln w czasie spotkania z dziennikarzem przyznał, że zdaje sobie sprawę z możliwości wpłynięcia przez „The Times” na opinię publiczną i zdobycia nowych zwolenników.
Uczucia opinii publicznej
W II poł. XIX w. korespondencje wojenne zaczęły pojawiać się częściej na łamach prasy, a Russella naśladowali inni dziennikarze. Amerykanin Januarius MacGahan pojechał do Europy studiować prawo, gdzie zastała go wojna francusko-pruska. Zbieg okoliczności sprawił, że został zatrudniony jako korespondent wojenny po stronie francuskiej przez „New York Herald”. Później opisywał jeszcze Komunę Paryską we Francji, a gdy dowiedział się, że Rosja planuje zaatakować chanat Chiwy w Azji Środkowej, pomimo zakazu obecności korespondentów zagranicznych przy wojsku rosyjskim przejechał konno przez pustynię i był świadkiem poddania się miasta Rosji. W 1876 r. „London Daily News” zlecił mu wyjazd do Bułgarii, wówczas części imperium osmańskiego, w celu zbadania wspólnie z amerykańską komisją zbrodni popełnionych przez tureckich najemników, których zatrudniono, żeby spacyfikowali bułgarskich nacjonalistów. Na miejscu okazało się, że spalono wiele wsi i zamordowano tysiące mieszkańców, w tym Niemców, Greków i Ormian. Dziennikarz przy jednym z kościołów natknął się na zwłoki 3 tys. ludzi. „To był straszny widok – widok, który prześladuje przez całe życie – zapisał. – W tej masie były małe głowy z kręconymi włosami, zmiażdżone ciężkimi kamieniami; małe stopy nawet nie tak długie jak twój palec, mocno wysuszone przez ciepło, zanim zdążyły się rozłożyć; małe dziecięce dłonie wyciągnięte jakby prosiły o pomoc; niemowlęta ginęły, patrząc na blask szabli i dzierżące je czerwone ręce mężczyzn o ostrym spojrzeniu; dzieci umierały, kurcząc się ze strachu i przerażenia; matki, ginąc, próbowały osłonić swoje maleństwa własnymi słabymi ciałami, wszystkie leżą tam razem i ropieją w okropnej masie”.
Relacje MacGahana doprowadziły do wypowiedzenia Turkom wojny przez wspierającą Bułgarów Rosję. Turcja liczyła na pomoc zwykle przychylnej Wielkiej Brytanii, ale tym razem brytyjski rząd odparł, że nie może interweniować ze względu na „uczucia opinii publicznej”. Oddziaływanie tekstów prasowych na decyzję Brytyjczyków potwierdziło rosnącą siłę „czwartej władzy”. Wojna zakończyła się wyzwoleniem Bułgarii od rządów tureckich. MacGahan został oficjalnym korespondentem wojennym „Daily Mail” i mógł opisywać każdą bitwę. Niestety, niedługo później zachorował na tyfus w Konstantynopolu, na skutek czego zmarł. Do dzisiaj Bułgarzy uważają go za bohatera narodowego.
Obiecujący dzień w tej wojnie
O tym, jak wygląda praca korespondenta wojennego, krążyły opowieści, które działały na wyobraźnię młodych ludzi. Gdy Jack London zdobył popularność po wydaniu Zewu krwi, dostał propozycję wyjazdu na wojnę rosyjsko-japońską w charakterze dziennikarza. Zdawał sobie sprawę, że dzięki publikacjom może zdobyć nowych czytelników, więc zgodził się pracować za same wierszówki. Szybko się jednak rozczarował. Tłumaczył później: „Krótko mówiąc, poszedłem na wojnę, oczekując dreszczyku emocji. Moimi jedynymi odczuciami okazały się oburzenie i irytacja”.
Japońscy żołnierze niechętnie udzielali mu informacji, a całą korespondencję cenzurowali przed wysłaniem, więc artykuły zawierały szczątkowe informacje na temat akcji militarnych. Raz pisarzowi udało się przemycić zdjęcia z głównego posterunku japońskich sił lądowych w Korei w zatoce Czemulpo. Został za to oskarżony przez Japończyków o szpiegostwo i aresztowany. Wyszedł na wolność dzięki pomocy swoich amerykańskich przyjaciół i na tym jego przygoda wojenna się zakończyła.
Nie była to jedyna wojna, na której próbowano sterować reporterami. Podobna sytuacja miała miejsce w czasie I wojny światowej. Kilka miesięcy po rozpoczęciu działań zbrojnych Brytyjczycy wprowadzili ścisłą kontrolę dziennikarzy. Musieli oni podróżować z przypisanym im oficerem, który miał prawo czytać ich korespondencję i mówił im, gdzie i z kim mogą porozmawiać. Nie wolno im było fotografować żołnierzy w okopach, bo wojsko uznawało to za przestępstwo. Z tego powodu nie zachowało się wiele zdjęć z tej wojny.
Na efekty nowej polityki nie trzeba było długo czekać. Bitwa nad Sommą rozpoczęła się 1 lipca 1916 r. i trwała ponad cztery miesiące. Walczyły w niej 3 mln ludzi, milion zostało rannych bądź zabitych. W pierwszym dniu walk zginęło prawie 20 tys. brytyjskich żołnierzy. W tym czasie reporterzy zgodnie z poleceniem przebywali w kwaterach i otrzymywali starannie wybrane informacje na temat postępów w zmaganiach. Tego dnia czytelnicy „Daily Chronicle” dowiedzieli się: „Dzień jest dobry dla Anglii i Francji. Jest to obiecujący dzień w tej wojnie”. „Manchester Guardian” opublikował nagłówek: „Nasze straty nie są ciężkie”. Później dziennikarze, obserwując bitwy z bliska, dalej zachowywali pozory. Obawiano się, że gdy opinia publiczna pozna prawdę, będzie naciskać na zakończenie wojny i Wielka Brytania zostanie pobita przez Cesarstwo Niemieckie.
Siedem lat po wojnie Beach Thomas, reporter „The Mirror”, napisał: „Większość informacji, które otrzymywaliśmy od brytyjskiej armii, było nieprawdziwych i mylących (…). Jeśli o mnie chodzi, to następnego dnia i kolejnego byłem głęboko zawstydzony tym, co napisałem, mając bardzo dobry powód – to była nieprawda”.
W czasie II wojny światowej ograniczenia w stosunku do mediów znacznie złagodzono, dzięki czemu reporterzy wojenni chętnie trzymali się wojska. Dwight Eisenhower, amerykański dowódca, nakazał podwładnym, żeby udzielali dziennikarzom pomocy. „Powinni mieć możliwość swobodnego rozmawiania z oficerem i personelem, obejrzenia sprzętu wojennego, żeby przekazać opinii publicznej, w jaki sposób nasi chłopcy walczą z wrogiem” – tłumaczył.
Eisenhower wyznaczył nawet jednostki, które miały pomóc dziennikarzom tworzyć biura prasowe. Gdy wojsko zmieniało pozycję, oni przemieszczali się razem z nim. W Afryce Północnej żołnierze mieli za zadanie dowieźć reporterów na pole bitwy. Dziennikarze byli ubrani podobnie jak wojskowi, siedzieli z nimi w okopach, latali bombowcami B-17 i uciekali przed pociskami.
Z reguły tworzyli swoje relacje na niewielkich maszynach do pisania i przed przesłaniem ich do redakcji przez telefon lub radio oddawali artykuły cenzurze wojskowej. Cenzorzy czasem nie zmieniali niczego w tekście, innym razem wycinali z niego dużą część materiału. „Kłóciliśmy się z cenzorami jak szaleni” – wspominał Walter Cronkite, legendarny amerykański reporter wojenny z czasów II wojny światowej.
Wojna telewizyjna
Na sposób opowiadania o wojnie miał wielki wpływ rozwój nowych technologii.
Wojna w Wietnamie nazywana jest pierwszą wojną telewizyjną. Prawie wszyscy Amerykanie mieli już w domach odbiorniki telewizyjne i mogli niemal „na żywo” oglądać amerykańskich żołnierzy walczących na froncie.
Do Wietnamu poleciało kilkuset reporterów. Amerykański rząd miał nad nimi kontrolę, bo żeby uzyskać dostęp do informacji, musieli posiadać akredytacje. W zamian mogli pokazać, jak wyglądało miejsce walki po bitwach, i rozmawiać z żołnierzami. Następnie materiał filmowy wysyłali z Wietnamu do Tokio, gdzie był obrabiany i przez satelity przesyłany do Stanów Zjednoczonych.
Początkowo dziennikarze wspierali amerykańską interwencję. W lutym 1968 r. wspomniany już Walter Cronkite z CBS Evening Newsstwierdził jednak publicznie, że konflikt jest „pogrążony w impasie”. Od tej pory media zaczęły być znacznie bardziej krytyczne. Nie ukrywały, że Stany Zjednoczone ponosiły duże straty w ludziach, a żołnierze zbytnio korzystali z używek. Amerykanie się podzielili. Niektórzy twierdzili, że to, co mówi rząd, ma niewiele wspólnego…