Subskrybuj
Prawnik, filozof, od lat związany z branżą wydawniczą. Założyciel fanpage’a Krótka Historia Jednego Zdjęcia. Jesienią nakładem Wydawnictwa Znak ukaże się druga książka oparta na pomyśle KHJZ, w całości poświęcona kobietom.

Wojna jest fotografią

„Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka” – pouczał kiedyś jeden z największych w dziejach dyktatorów, świadomy potencjału socjotechniki. I pewnie dlatego przykładał tak wyjątkową wagę do możliwości narzucenia własnej, zazwyczaj propagandowej, narracji o konflikcie dzięki fotografii, filmom oraz literackim i reporterskim tekstom. Ikoniczne zdjęcia odbijają się w naszej pamięci o wiele intensywniej niż daty, miejsca bitew czy nazwiska dowódców armii. Ale czy zawsze znamy całą historię, jaka kryje się za ich powstaniem?

Lipiec 1863 r., Gettysburg, grupa skał zwana Jaskinią Diabła, ciało młodego żołnierza konfederatów poległego w najkrwawszej bitwie wojny secesyjnej. Ze względu na ograniczone możliwości techniczne sprzętu fotograficznego uwiecznianie pobojowisk i trupów jest w zasadzie jedyną dostępną w tym momencie formą pokazania grozy wojny. Znany szkocki fotoreporter Alexander Gardner tytułuje swoje dzieło Dom rebelianckiego snajpera, dając wspaniały dowód potęgi emocjonalnego ładunku fotografii. Zdjęcie budzi powszechny zachwyt swoją kompozycją, wymową bezpańskiego karabinu, rozrzuconym ekwipunkiem żołnierskim i bezsensownością śmierci młodego człowieka. Gardner spekuluje, że rozchełstany konfederacki mundur to dowód, że żołnierz umierał powoli, myśląc o swojej rodzinie. Wracając cztery miesiące później na pole bitwy, fotoreporter relacjonuje, że ciało wciąż leży niepogrzebane, a karabin spoczywa w tym samym miejscu – cóż za przejmujący dowód na samotność umierania w tym zapomnianym przez ludzi zakątku, gdy rodzina nieszczęśnika wciąż łudzi się, że zaginiony powróci do domu! Dopiero 100 lat później drobiazgowy historyk William Frassanito będzie w stanie udowodnić Gardnerowi fałszerstwo. Ciało żołnierza pierwotnie leżało kilkadziesiąt metrów dalej. Po zrobieniu mu kilku innych zdjęć fotoreporter wraz ze swoim asystentem Timothy O’Sullivanem dostrzegli bardziej malownicze miejsce, po czym zdecydowali się przeciągnąć tam trupa (prawdopodobnie na kocu), aby nadać fotografii bardziej dramatyczny wydźwięk. Mężczyzna był żołnierzem piechoty, a jego karabin z całą pewnością nie był bronią snajperską. Niemożliwe było też, aby przez kilkanaście tygodni nikt nie odnalazł i nie pogrzebał ciała, a już na pewno nie uchowałaby się w tym miejscu sprawna broń. Jedno z najsłynniejszych zdjęć amerykańskiej wojny domowej stanie się również dowodem na to, że nieprzeparta pokusa udramatyzowania rzeczywistości towarzyszy (foto)reporterom od zawsze.

***

Wrzesień 1939 r., Warszawa, 12-letnia Kazia Kostewicz opłakuje śmierć dwa lata starszej siostry Andzi (Anny). Obie wychowywały się w biednej wielodzietnej rodzinie z niepracującym ojcem. W wakacje, jeszcze przed wybuchem wojny, Anna napisała list do „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” z prośbą o pieniądze na zakup podręczników i ubrania, tak aby mogła spełnić wielkie marzenie i uczyć się dalej. Jej radość nie miała końca, gdy zobaczyła swój list wydrukowany w gazecie z odpowiedzią redaktora: „Aniu, nie martw się. Dostaniesz odzież, dostaniesz książki. Tatuś twój dostanie pracę”. Niestety, wkrótce potem wybuchła wojna. Polujący na ludność cywilną z broni pokładowej niemieccy piloci junkersów Ju 87 dopadli Anię w trakcie wyprawy po żywność – na polu jednego z sąsiadów chciała wykopać trochę ziemniaków, kapusty, cebuli. Słysząc przeraźliwe wycie syren akustycznych stukasów, Anna Kostewicz próbowała się ukryć w zbożu, jednak doskonale widoczna z powietrza w szczerym polu, nie miała żadnych szans na ocalenie życia. Rozpaczającą nad jej ciałem siostrę uwiecznił amerykański fotoreporter Julien Bryan: „Nie miało znaczenia, czy mi się to podoba czy nie. Gdybym po powrocie do Stanów Zjednoczonych tylko opowiadał ludziom, co działo się w Warszawie, nikt by mi nie uwierzył. W moje zdjęcia uwierzyć musieli”. Po chwili jednak nie dał rady utrzymać maski zawodowca bez emocji, odłożył aparat i mocno przytulił dziewczynkę, płacząc razem z nią. Wywołane filmy ukryje w maskach gazowych ewakuowanych amerykańskich dyplomatów – tak dostaną się za ocean, wywołując tam szok okrucieństwem niemieckiej napaści. Po wojnie Bryan kilkakrotnie wróci do rządzonego przez komunistów kraju, starając się za każdym razem odwiedzić bohaterów swoich zdjęć i filmów, w tym także Kazimierę, którą odnajdzie dopiero w 1958 r., dzięki ogłoszeniu w „Expressie Wieczornym”.

***

Lipiec 1942 r., w okolicach Woroszyłowgradu (Ługańska), trwa kolejny mozolny szturm Wehrmachtu na pozycje Armii Czerwonej, ciężko ranny dowódca 220. Batalionu 4. Dywizji Strzeleckiej już nie dowodzi, radzieckie szyki na tym odcinku zaczynają się załamywać. Z ziemi podrywa się młody ochotnik, komisarz polityczny oddziału, Aleksiej Gordiejewicz Jeremienko i z okrzykiem: „Wpieriod, za rodinu, za Stalinu!”, zagrzewa kolegów do straceńczej szarży. W tym samym momencie uniesionego bitewnym szałem mężczyznę, z pistoletem tetetką na skórzanym pasku, z pobliskiego zagłębienia terenu fotografuje korespondent wojenny agencji TASS Max Alpert. Kilkanaście metrów dalej Jeremienkę kosi niemiecka seria z karabinu maszynowego, straty w ludziach są olbrzymie, ale niemiecki atak zostaje jeszcze raz odparty. Odłamek kuli trafia także w obiektyw aparatu Alperta, dlatego po bitwie fotoreporter nawet nie pyta w oddziale o tożsamość sfotografowanego politruka. Ostatecznie jednak kultowe zdjęcie Kombatzostanie uratowane, a radziecka propaganda natychmiast doceni artystyczne i propagandowe walory fotografii bezimiennego (wówczas) bohatera – jego wizerunek zostanie błyskawicznie powielony w tysiącach prasowych i książkowych publikacji, a po wojnie stanie się inspiracją do powstania niezliczonych pomników, medali i monet. Przez wiele lat do fotografa zgłaszać się będą kolejne osoby, twierdzące, że wiedzą, kim był anonimowy bohater masowej…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Migawki z frontu