Subskrybuj
Dziennikarz i publicysta portalu Instytutu Spraw Obywatelskich, publicysta thinkzina Nowa Konfederacja; pisze dla Polskiego Radia 24, TVP.INFO, „Gazety Polskiej", kwartalnika „Fronda LUX" i tygodnika opinii TYGODNIK.TVP.

Bieda na Niepodległości. O przegranych transformacji

"Kiedyś tu było życie…" to lektura obowiązkowa dla tych, którzy chcą zobaczyć III Rzeczpospolitą oczyma pracujących ubogich, przejść się szarymi nie tylko o zmroku ulicami poprzemysłowych miast, przyjrzeć się niebezpiecznej dla zdrowia i życia byłych górników plątaninie biedaszybów, zajrzeć do lichych stróżówek ochroniarzy za grosze pilnujących przez lata miejsc, gdzie budował się kapitalizm i powstały fortuny, z jakich dla pracujących ubogich skapywała przede wszystkim obojętność i pogarda tych, którym powiodło się lepiej.

Kiedyś tu było życie, teraz jest tylko bieda. O ofiarach polskiej transformacji to jedna z najbardziej gorzkich książek o ludziach, którzy zostali na marginesie przemian ustrojowych po 1989 r. Tytuł został wzięty z muru – wielkiego, smutnego napisu przy ul. Niepodległości w wałbrzyskiej dzielnicy Podgórze. Wałbrzych to miasto biedaszybów, spauperyzowane po więcej niż kontrowersyjnym zamknięciu tamtejszych kopalń w latach 90. XX w.

*

Katarzyna Duda jest absolwentką prawa i politologii na Uniwersytecie Opolskim i doktorantką w Kolegium Ekonomiczno-Społecznym Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Kilka lat temu medialny rozgłos zdobyły jej raporty poświęcone fatalnym na ogół warunkom zatrudnienia sprzątaczek i ochroniarzy, związanym często ze stosowaniem outsourcingu usług pomocniczych przez instytucje publiczne.

A warto przypomnieć – co ma znaczenie także w kontekście recenzowanej książki – że przed ustaleniem na początku 2017 r. przez rząd Beaty Szydło minimalnej stawki godzinowej na 13 zł brutto, sprzątaczki i ochroniarze dostawali pięć albo i mniej złotych na rękę za godzinę pracy.

Powodowało to nie tylko szybką degradację tych zawodów, ale liczne problemy osobiste, zdrowotne, finansowe osób skazanych na ten sposób zarobkowania. Przez wiele lat ta kwestia, systemowy wyzysk ufundowany w znacznej mierze na ideologii taniego państwa, nie budziła żadnego oddźwięku społecznego. Nieźle to pokazywało, w jak różnych kierunkach rozjechała się Polska zamożniejszych i uboższych. I jak bardzo interesy ekonomicznie słabszych grup społecznych przestały się w pewnym momencie liczyć dla mainstreamowych mediów, nadających ton debacie publicznej. W zakończeniu książki autorka opowiada o losach PGR-u Kietrz, jedynego, który przetrwał transformację i dziś jako Kombinat Rolny Sp. z o. o. należy do strategicznych spółek Skarbu Państwa – to jej rodzinne strony.

Kim są bohaterowie i bohaterki książki Katarzyny Dudy? To górnicy i hutnicy z Wałbrzycha i Katowic, robotnice dolnośląskich fabryk, stoczniowcy z Gdyni i Gdańska, byli robotnicy z warszawskiego Ursusa i z fabryki produkującej aparaturę elektryczną w Przasnyszu, pracownicy fabryki produkującej części samochodowe w Opolu, pracownicy cegielni w Suchaczu (okolice Elbląga), kucharki zakładu odzieżowego w Gorzowie Wielkopolskim, robotnice z fabryki zabawek w Siedlcach i fabryki materiałów magnetycznych w Warszawie, dziewiarki w fabryce odzieżowej w Siedlcach.

Tyle że ci ludzie nie pracują już w swoich zawodach i fachach – głęboka dezindustrializacja, likwidacja całych fabryk lub znaczne ograniczenie przez nie zatrudnienia, wypychanie części personelu z etatów w firmach, uśmieciowienie pracy przez właścicieli prywatnych firm ochrony i sprzątania oraz głodowe wręcz zarobki sprawiły, że wszyscy oni zasilili grono pracujących ubogich. To grupa społeczna charakterystyczna dla państw, których gospodarka opiera się na najbardziej nieprzyjaznym dla mniej zamożnych ultraliberalnym i antypracowniczym modelu kapitalizmu.

*

Książka najmocniejsza jest tam, gdzie Duda oddaje głos swoim rozmówcom i rozmówczyniom. Zarówno ich opowieści, jak i narracja autorki nie skupiają się jedynie na teraźniejszości. Zaglądamy do domów, czytamy biografie ludzi, którzy swoje życie zawodowe zaczynali jeszcze w Polsce Ludowej albo na początku transformacji. Zwykle ich doświadczeniom związanym z przełomem lat 80. i 90. XX w. towarzyszy mocny, bolesny dysonans, głęboko uderzający w ich życie.

Oto absolwenci szkół zawodowych i technicznych, ludzie przekonani, że fach w ręku i powszechnie szanowany, nieźle, dobrze lub bardzo dobrze płatny zawód, którego się wyuczyli, da im pewne i stabilne zatrudnienie na dekady, na własnej skórze najboleśniej doświadczali negatywów transformacji. Lepsza, niepodległa Polska dla nich akurat okazuje się krajem nieprzyjaznym i niesprawiedliwym. Doznają szybszego lub wolniejszego osuwania się w ubóstwo – ponieważ warunki pracy i płacy zmieniały się wszędzie na gorsze, a mury dwucyfrowego często bezrobocia powodowały, że imali się nawet najgorszych prac i godzili na pogarszanie się warunków.

Cechą charakterystyczną ich życia jest niestabilność zawodowa – dość częste zmiany pracy, które w modnych czasopismach dla „ludzi sukcesu” przedstawia się jako najbardziej wartościowy model kariery. Ale dla byłej klasy robotniczej, nisko opłacanych fizycznych pracowników najemnych z reguły wiąże się on z poczuciem braku stabilizacji i życiowego bezpieczeństwa oraz strachem przed utratą gruntu pod nogami. Ale to nie musi obchodzić ludzi, których stać na bardzo drogie zegarki reklamowane w lajfstajlowych i opiniotwórczych pismach.

Książka pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego ludzie się nie buntowali. Albo dlaczego nie wszyscy wyjechali za chlebem za granicę. Spadanie szczebel po szczebelku na dół drabiny społecznej często dokonywało się powoli, pośród złudzeń, że może będzie lepiej, w poczuciu, że domu rodzinnego nie powinno się opuszczać, że trzeba żyć u siebie, wśród swoich. Nadzieję na lepsze jutro zastępowała determinacja, by w ogóle jakoś żyć, piękne plany na przyszłość zamieniały się w smutny grafik trwających nawet dobę ochroniarskich dyżurów, wiecznej nieobecności w domu, oswajaniem się z myślą, że do śmierci przyjdzie pracować za grosze, żalem, że relacje w pracy – właśnie między najsłabszymi – są często niedobre, pełne rywalizacji, wzajemnej nieufności i podgryzania się – w walce o i tak marny grosz.

O czynniku ludzkim zwykle nie myślą ultraliberalni eksperci od makroekonomii, zarówno ci z profesorskimi tytułami, jak i ci z dużym dorobkiem na Facebooku: koszta społeczne nie istnieją w ich rachunkach zysków i strat. Co więcej, mimo swojego panekonomizmu dziwnie chętnie przeoczają fakt, że rozpanoszenie się biedy wśród mniej zamożnych również gospodarczo szkodzi całym regionom. Niemożność wyrwania się ze strukturalnej sieci biedy i marnego zatrudnienia albo życia pod presją bezrobocia również dobrze widać w książce Katarzyny Dudy – jej bohaterowie mówią o tym językiem swojej codzienności, w której liczy się każdy grosz, sen zabiera wolny czas, rozrywki są najprostsze, a nostalgia za lepszymi, dawnymi czasami zamienia się w to, z czego tak często drwi lepiej sytuowana Polska: idealizacją PRL i socjalnego bezpieczeństwa tamtych czasów. Kiedyś tu było życie… nie jest rozgrzeszeniem tamtych czasów z ich zła – pozwala jednak dobrze zrozumieć, skąd się wzięła popularność także politycznego usprawiedliwienia dla PRL…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Harari. Czy możemy mu zaufać?