Subskrybuj
Redaktor miesięcznika "Znak", absolwent MISH UJ. Dr filozofii na podstawie pracy obronionej na Wydziale Filozoficznym UJ pt. "Bóg umarł. Dzieje i analiza pewnego filozoficznego wyroku śmierci"

Filozof w czasach sekularyzacji

„Epoka świecka” oznacza dla mnie przejście od życia religijnego mającego swój środek ciężkości w wielkich narodowych Kościołach do świata olbrzymiej różnorodności duchowych i religijnych poszukiwań.

Polska to wciąż jeden z najbardziej religijnych krajów Europy. Czy uważa Pan, że my – w naszym kraju – żyjemy w „epoce świeckiej”?

„Epoka świecka” jest wszędzie wokół nas, także w Polsce. Przez to pojęcie rozumiem oczywiście coś innego niż popularną tezę o sekularyzacji, czyli stwierdzenie, że mamy do czynienia ze spadającą liczbą osób praktykujących, z zanikiem religii. „Epoka świecka” oznacza dla mnie przejście od życia religijnego, mającego swój środek ciężkości w wielkich narodowych Kościołach, do świata olbrzymiej różnorodności duchowych i religijnych poszukiwań. W krajach Zachodu to przejście od jednolitego społeczeństwa średniowiecznego przez państwa wyznaniowe (katolickie i protestanckie) do coraz większego duchowego pluralizmu obejmującego też niewiarę.

Świat zachodni jest dziś skomplikowany. Wciąż żyją w nim ludzie, którzy przywiązani są do tego, co po angielsku określamy mianem Christendom – minionej formy świata chrześcijańskiego, oznaczającej nie tyle wiarę, ile pewien sposób organizacji społeczeństwa. Reagują oni alergicznie na współczesną kulturę poszukiwania, co prowadzi do licznych konfliktów. Myślę, że w Polsce ci rzecznicy świata chrześcijańskiego mają silną pozycję. Gdzie indziej, np. w Czechach albo we wschodnich Niemczech, osoby o takim podejściu są rzadkością. Polskie doświadczenie jest specyficzne ze względu na powiązanie Kościoła z tożsamością narodową.

Nie jestem tylko zdystansowanym badaczem, otwarcie wspieram też niektóre z tych zmian. Nie znaczy to, że popieram ludzi, którzy odchodzą z tradycyjnych Kościołów. Niepokoją mnie jednak negatywne reakcje, które pojawiają się, gdy ktoś chce dalej do nich przynależeć, ale w inny sposób niż dotychczas.

Jednym z największych wyzwań, z jakim mierzy się dziś Kościół w Polsce, jest problem pedofilii – chodzi nie tylko o same przestępstwa księży, ale i o brak odpowiedniej reakcji na nie wśród biskupów. Czy myśli Pan – z perspektywy doświadczeń państw zachodnich – że może to być czynnik przyśpieszający sekularyzację w Polsce?

Tak, jestem o tym przekonany. Zastanówmy się najpierw, skąd się brała taka reakcja hierarchów kościelnych. Oczywiście w każdej instytucji mechanizmy są do pewnego stopnia podobne. Gdy dzieje się coś złego, pojawia się odruch, żeby bronić instytucji przed atakami; to wydaje się wówczas najważniejsze. Myślę jednak, że w przypadku Kościoła katolickiego u źródeł tego długotrwałego zła i grzechu stoi niewłaściwe rozumienie władzy i związane z nim przekonanie, że trzeba bronić autorytetu instytucji za wszelką cenę. Dlatego biskupi bardzo często ukrywali takie sprawy, nie informowali policji, wysyłali księży do innych parafii.

Czyli skandale pedofilskie odsłoniły jakiś istotowy problem Kościoła jako instytucji władzy?

Zdecydowanie. Przede wszystkim Kościół okazał się w większym stopniu instytucją władzy niż wspólnotą głoszącą Ewangelię. Myślę, że trafnie diagnozuje to papież Franciszek.

Ma to ostatecznie wpływ na procesy sekularyzacyjne. Już niemal 90 lat mieszkam w Quebecu i jestem członkiem tamtejszego Kościoła katolickiego. Kościół miał tam niegdyś bardzo autorytarne i ostentacyjne oblicze, co w ostatnich latach poskutkowało odejściem z niego wielu ludzi. Od dawna byłem krytyczny wobec tak rozumianej kościelnej władzy – nie wiem, jak w ogóle łączy się ona z ewangelicznym przesłaniem.

Życiu w „epoce świeckiej” towarzyszy świadomość, że wiara jest tylko jedną z wielu możliwych opcji. Niedawno przeprowadziliśmy wywiad z Rodem Dreherem, amerykańskim konserwatystą, autorem głośnej książki Opcja Benedykta. Dreher, szukając inspiracji w monastycznej regule św. Benedykta, wzywa do tworzenia chrześcijańskich „wysp” (domów, szkół, wspólnot) na „morzu” zsekularyzowanej kultury. Skąd się bierze – oczywiście ograniczona do niektórych środowisk – popularność takich idei?

Myślę, że wynika ona z nostalgii za owym minionym światem chrześcijańskim, całościowo zorganizowanym społeczeństwem. Jednocześnie wielu konserwatystów – może nie jest tak w przypadku Jarosława Kaczyńskiego i polskich biskupów – uświadomiło sobie już, że proces sekularyzacji nie może zostać tak po prostu odwrócony. Starają się więc szukać innych sposobów chronienia tego, co uważają za wartościowe.

Prawdziwa „opcja Benedykta” byłaby zresztą czymś wspaniałym. Gdzieś zagubiliśmy bowiem tradycję chrześcijańskiej duchowości, w tym tradycję benedyktyńską.

Jednakże w tym konserwatywnym nastawieniu dostrzegam często niewłaściwe rozumienie relacji między Kościołem i światem. Wszystko, co należy do świata, wydaje się wrogie i niebezpieczne. Całą energię wkłada się wówczas w tropienie, czy nie uległo się złym wpływom z zewnątrz.

Według mnie to nie jest zdrowe podejście.

Czy wskazałby Pan jakieś inne współczesne ścieżki wiary, które są Panu bliższe niż „opcja Benedykta”?

Jedną z tych ścieżek jest poezja. Myślę choćby o przykładzie, który często przywołuję, czyli wierszu Sokół Gerarda Manleya Hopkinsa. Wspaniale uchwytuje on pojedynczość, jakąś wewnętrzną istotę i moc wznoszącego się w powietrzu ptaka. Oczywiście nie musi być to droga, która prowadzi do wiary w Jezusa, ale może służyć jakiemuś innemu niż dotychczasowe spojrzeniu na rzeczywistość.

Tym, co prawdziwie ekscytujące w naszym świecie ciągłego poszukiwania, jest fakt, że ludzie dochodzą do wiary, podążając bardzo różnymi drogami. Niekoniecznie studiują przy tym kościelną doktrynę. Lubię ten biblijny obraz: „Wielu przyjdzie ze Wschodu i Zachodu i zasiądą do stołu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w królestwie niebieskim” (Mt 8, 11). Ludzie idą z różnych stron, z różnymi doświadczeniami, mają różne punkty widzenia. Tradycja chrześcijańska – od czasów Ojców Kościoła – świetnie pokazuje tę olśniewającą różnorodność. Ta świadomość powinna współtworzyć też ekumeniczne nastawienie na rzecz np. pojednania prawosławnych i katolików, dzięki któremu obie strony mogłyby się wzajemnie wzbogacić.

Potrzebna jest nie tylko otwarta teologia, ale i siła osobistego świadectwa. Jednym z takich świadków chrześcijaństwa był zmarły w tym roku Jean Vanier, twórca wspólnot „Arka”, w których osoby z niepełnosprawnością dzieliły życie razem z pełnosprawnymi. To chyba inna jeszcze – etyczna – ścieżka dla współczesnej religijności?

Tak, Jean Vanier był niezwykle wyrazistym przykładem pewnej nowej drogi – odkrytej też przez Simone Weil, choć ona poszła w nieco innym kierunku. Vanier był przekonany o pierwotnej niewinności każdego człowieka, którą dostrzec można pod powierzchnią grzechu. To wspaniała intuicja, zupełnie nowa i szokująca dla wielu osób.

Pierwotna niewinność stoi bowiem w opozycji do tradycyjnego przekonania o grzechu pierworodnym.

No właśnie!

Jean Vanier miał niesłychany wgląd we wnętrze innych, zdolność do empatii i nawiązywania relacji. Odnosił się do ludzi w taki sposób, że przestawali myśleć, iż są bezwartościowi. Pomyślmy o Nowym Testamencie – to właśnie robił Jezus: widział w ludziach coś więcej niż rozpacz i trudności, które przeżywali.

A czy ma Pan jakieś ulubione książki dotyczące religii? Powieść, zbiór wierszy bądź esejów? Coś, co wpłynęło na Pana sposób myślenia o religijności?

Cóż, jest trochę takich książek. Na pierwszym miejscu wymieniłbym powieści Dostojewskiego: Braci KaramazowBiesy.

Który z braci Karamazow był dla Pana ważniejszy: Iwan „zwracający Bogu bilet” z powodu cierpienia niewinnego dziecka czy Alosza, który z religijną łagodnością znosi zło świata?

Iwan Karamazow jest niezwykle ważny, bo czujemy, że łatwo możemy się z nim zgodzić, intelektualnie uznajemy jego argumentację. Wielu ateistów, których znam, wprost podziela to rozumowanie: nie chcą zaakceptować świata i Boga, który przyzwala na cierpienie. Alosza nie ma na to żadnej gładkiej odpowiedzi. W tym tkwi istota sprawy. Alosza, Zosima i właściwie cała powieść pokazują, że nie ma prostej odpowiedzi na pytanie o cierpienie, ale sugerują też, że istnieje jakaś inna ścieżka, w której można nauczyć się żyć bez tej odpowiedzi, nie przyjmując jednoznacznej konkluzji Iwana.

W jednej z książek zwraca Pan uwagę, że w Stanach Zjednocznych, które są religijnym wyjątkiem w zeświecczonym zachodnim świecie, istnieją pewne zsekularyzowane środowiska, np. uniwersytety. Czy kiedykolwiek czuł Pan, że bycie chrześcijaninem może być jakimś wyzwaniem w świecie akademickim?Tak, oczywiście. Podam przykład. Jedną z przestrzeni filozoficznego sporu jest sposób uzasadniania sądów etycznych. Wielu autorów sięga po argumentację Kantowską: twierdzą, że przeczę samemu sobie i rozumowi, jeśli nie spełniam swoich obowiązków moralnych. Sądzę, że w rzeczywistości taka myśl nikogo nie dotyka. Uważam raczej, że poruszają nas pewne emocje, które wyrosły w długim procesie historycznym, poczynając…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wierzę, wątpię, odchodzę