Subskrybuj

System wymaga aktualizacji

Wizja Europy polskiej prawicy jest w moim przekonaniu niespójna. Mówi o silnych państwach, ale równocześnie o słabych Niemczech i Francji. Tego nie da się pogodzić. Jeśli stawia się na Europę ojczyzn, to nieuchronnie zmierza się w kierunku koncertu mocarstw.

Czy dzisiejsza Polska rozumie współczesny świat?

Trzeba by wyjaśnić, co rozumiemy pod pojęciem „dzisiejsza Polska”. Czy mówimy o rządzie, o MSZ, o ekspertach, o dziennikarzach czy o opinii publicznej. Najlepiej to wygląda w przypadku ekspertów – wielu z nich widzi nowy świat takim, jaki jest. W MSZ może widzą, ale nikt ich nie słucha. Gorzej jest w przypadku polityków oraz opinii publicznej – tu jesteśmy w tyle za rzeczywistością, co nawet zrozumiałe, bo rzeczywistość zmienia się tak szybko, że trudno za nią nadążyć. Przez ponad dwie dekady byliśmy przyzwyczajani do czegoś, co się właśnie skończyło.

Właściwie mamy dziś w Polsce dwie opinie publiczne oddzielone od siebie politycznym murem – czytające inne gazety, oglądające inne telewizje, obecne na innych portalach internetowych, a nawet – w przypadku wierzących – słuchające innych księży.

Wbrew pozorom obie te strony sporu trzymają się starego świata. Tylko inaczej – bo jedni chcą go bronić, a drudzy z nim walczą.

Co to jest – ten stary świat?

Cały czas mamy tendencję do myślenia przez pryzmat pojęcia Zachodu. Nie dociera do nas poziom rozjazdu, jaki nastąpił między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Nie dostrzegamy też innych pęknięć w ramach NATO – np. w Polsce mało kto przyjmuje do wiadomości, że Turcja posiada drugą co do wielkości armię w Sojuszu Północnoatlantyckim i właśnie z tą Turcją mamy problemy na wszystkich możliwych frontach.

Wciąż wydaje nam się, że główna oś podziału świata to Wschód–Zachód, a my jesteśmy w jego centrum, bo mamy na pieńku z Rosją. Tymczasem są konflikty znacznie ważniejsze. Jest ich wiele, ale główny rozgrywa się między Chinami i USA. Europa nie stoi jednoznacznie przy Ameryce i to dla Polski ma poważne konsekwencje.

Musimy zrozumieć, że nasz problem z Rosją jest teraz gdzieś na peryferiach myślenia o bezpieczeństwie w świecie. Nie doceniamy też rosnącej konkurencji technologicznej i tego, co się dzieje wokół kryzysu klimatycznego.

Tekst Henryka Woźniakowskiego, który publikujemy w tym numerze, pokazuje, jak w pierwszych latach niepodległości rząd Tadeusza Mazowieckiego próbował oddalić od nas przekleństwo geografii i zmienić geopolitykę. Długo wydawało się, że się to udało. Chyba jednak stare zmory znów nam grożą?

Uważam, że geopolityka się kończy. Zgadzam się z tekstem Woźniakowskiego – tak to wtedy wyglądało, ale dziś znaczenie geografii jest mniejsze niż w latach 1989–1990. Wtedy rzeczywiście problemem było, w jaki sposób wyrwać się z kleszczy geopolitycznych. Była kwestia zjednoczenia Niemiec, obecności wojsk radzieckich nad Wisłą i aspiracji Moskwy, która wcale nie chciała zrzec się kontroli nad regionem. Zachód też nie przyjmował nas tak otwarcie, jakby to mogło się wydawać po latach. Państwo polskie wykonało wielki wysiłek i chwała mu za to.

Dziś geopolityka ma jednak mniejsze znaczenie. Po pierwsze, kontrola czy oddziaływanie na inny kraj, dzięki nowym technologiom, może odbywać się niezależnie od tego, czy się jest jego sąsiadem. Mniejsze znaczenie przywiązuje się też do tradycyjnej kontroli terytorium. Z podbojem terytorialnym wiążą się gigantyczne koszty. Rosji, która co prawda zajęła Krym, nie zależy już na integracji innego kawałka Ukrainy, lecz na kontrolowaniu procesów politycznych i ekonomicznych w tym państwie.

Po drugie, przedmiot konkurencji mocarstw też jest już inny. Nie chodzi tylko o zasoby surowców i wielkość terytorium, lecz o przywództwo technologiczne, potencjał ekonomiczny.

Turcja jest ważna dla Waszyngtonu, bo stanowi klucz do operacji wojskowych na Bliskim Wschodzie. Polacy zaś martwią się rakietami rozmieszczonymi w Kaliningradzie, a nie, powiedzmy, za Uralem, martwi nas też wojna w bezpośrednim sąsiedztwie, czyli na Ukrainie. Wojna w dalekiej Czeczenii takich obaw nie budziła – więc może jednak geografia ma znaczenie?

Nie chcę powiedzieć, że wymiar tradycyjnie militarny należy zignorować. Niezależnie od tego, czy te rakiety w Kaliningradzie są, czy jest wojna na Ukrainie, niebezpieczeństwa militarne oceniam jednak jako mniejsze niż nowe zagrożenia, ulokowane w innych sferach. Nie namawiam do tego, żeby odchodzić od zbrojeń, ale żeby przyjąć odmienną hierarchę zagrożeń.

W dzisiejszej Rosji nie dostrzegam planu podbicia Polski nawet jako odległego celu, ale widzę próby wpływania na naszą politykę wewnętrzną, a przez to ingerowania w procesy polityczne w Europie. Rosja chce tworzyć ekonomiczne i polityczne bariery między UE a Ukrainą. Taki cel jest realizowany nie wojskami czy rakietami, ale polityczną korupcją i dezinformacją. Odpowiedzią na to nie może być wojsko, lecz silne instytucje, instrumenty służące do obrony przed cyberagresją, wreszcie spójność społeczna, która jest bardzo ważna – bo społeczeństwo podzielone łatwiej zmanipulować.

I Pani uważa, że w Polsce brak namysłu nad tym wszystkim?

Jesteśmy archaicznie skoncentrowani na tradycyjnym myśleniu o zagrożeniach w kategoriach militarnych. To nas prowadzi do nadmiernego przywiązania do parasola obronnego rozciągniętego przez Stany Zjednoczone.

Nikt nie pyta, ile naprawdę powinniśmy i jesteśmy gotowi płacić za ten parasol – finansowo i politycznie. Obóz „dobrej zmiany” w ogóle nie podejmuje nad tym refleksji, ale nawet po stronie opozycji wiara w moc Ameryki i jej wolę, by nas bronić, jest ogromna. To pewnie pokłosie sympatii, jaką darzyli Polskę prezydenci USA w latach 80. i 90. XX w. – niezależnie, czy republikańscy, czy demokratyczni. Przecież za komunizmu cała nasza demokratyczna opozycja wierzyła Ronaldowi Reaganowi i do dziś go dobrze wspomina.

Tymczasem my potrzebujemy nie tylko tego amerykańskiego parasola, lecz pozycji i prestiżu, tak abyśmy mogli liczyć na inne kraje w sytuacjach, gdy zagrożone jest nasze państwo nie militarnie, ale pod innym względem. Przykład: kilka lat temu rosyjskie służby porwały w Estonii z terytorium przygranicznego funkcjonariusza tamtejszych służb specjalnych. Oburzające, ale Estonia, niestety, okazała się za małym państwem, by mogła zmobilizować opinię międzynarodową do podjęcia zdecydowanych kroków. Wielka Brytania po zamachu na Skripalów takie wsparcie otrzymała.

Mam wrażenie, że po ostatnich kilku kryzysach w najważniejszych stolicach Unii rodzą się teraz pomysły, jak UE wymyślić na nowo.

To chyba za mocno powiedziane. Na pewno następuje przesunięcie celów i priorytetów Unii. Wcześniej dominowało nastawienie na koherencję wewnętrzną, czyli podciąganie słabszych i uboższych państw członkowskich. Chodziło o to, by wyrównywać poziom życia Niemca, Portugalczyka, Słowaka, Polaka itd. Polska, jako kraj uboższy, korzystała na tym. To się faktycznie kończy. UE przestawia się na efektywność w globalnej konkurencji z Chinami i USA.

Ponadto innym wielkim celem jest przeciwdziałanie zmianie klimatycznej – tu łączy się zarówno interes, jak i etos Unii. Troska o środowisko to wręcz emanacja wspólnych europejskich wartości.

Unia będzie też bardziej zdecydowana, broniąc własnych standardów.

Niech zgadnę – Pani uważa, że tego też nie dostrzegamy.

Bo nasze myślenie o Europie opiera się na jej starych priorytetach. Chcemy dalej pozyskiwać środki z Brukseli, by móc gonić stare kraje Unii. Liczymy, że wciąż dzięki unijnym pieniądzom będziemy mogli rozwijać naszą infrastrukturę oraz wspierać drobny i średni biznes.

Tymczasem przygotowywanie się Unii do konkurencji globalnej będzie m.in. oznaczało wzmacnianie dużych europejskich korporacji, by były zdolne do walki na wielkiej światowej arenie. Mniej zaś będzie troski o mały biznes i wyrównywanie dla niego szans. To jest potencjalna linia konfliktu między nami a Unią, bo my firm o globalnym potencjale nie mamy.

Inna kwestia to transformacja energetyczna, której Polska w ogóle nie przyjmuje do wiadomości i nie ma nawet strategii w tym zakresie. Pieniądze unijne będą w mniejszym stopniu rozdawane biedniejszym, a w coraz większym tym, którzy inwestują w zieloną energię i w technologie. Jeśli będziemy trzymać się węgla, okażemy się niekonkurencyjni. To naprawdę może spowodować marginalizację Polski w UE.

Liberalne media twierdzą, że najbardziej marginalizuje nas kwestia praworządności.

Praworządność należy jedynie do szerszej kwestii poszanowania fundamentalnych wartości europejskich. Ma ona znaczenie, podobnie jak prawa mniejszości, walka z korupcją i transparentność wymiaru sprawiedliwości oraz postawa państwa na arenie międzynarodowej – z kim wchodzi się w alianse. Tak się składa, że kraje słabiej utożsamiające się z fundamentalnymi wartościami europejskimi są bardziej skłonne do współpracy z Rosją, Turcją czy Donaldem Trumpem.

Warszawa przyjaźni się z Trumpem, choć do końca nie wiadomo, czy Trump przyjaźni się z Warszawą. Czy to już klientelizm?

Mamy problem podwójnej lojalności. Coraz trudniej jest mieć dobre relacje i z USA, i z państwami UE. To się rozchodzi. Manewrowanie wciąż jest możliwe, choć wymaga finezji. I tej finezji nam dziś brak – niezdolne do niego jest nasze MSZ, bo samo ma trzeciorzędną pozycję w strukturze polskiej władzy.

Moglibyśmy się ustawić w pozycji bardzo proeuropejskiego kraju, który jednocześnie dba o amerykański komponent na kontynencie. My zaś faktycznie prezentujemy się jako osobiści klienci Trumpa, bo nawet nie USA. Uwieszamy się na tym jednym dość nieobliczalnym człowieku. To jest kontrproduktywne, bowiem gdy wszystko stawiamy na współpracę tylko z jednym partnerem, to on przestaje o nas zabiegać. Nasze zaangażowanie uznaje się bowiem za oczywiste.

Musimy zrozumieć, że świat nie jest zerojedynkowy. Jest coraz mniej jednoznacznych i trwałych sojuszy. Świat zdominowany jest przez frienemies – przyjaciół w jednym aspekcie, wrogów w innym.

Był już moment, kiedy „stara Europa” i USA stanęły naprzeciw siebie – to była wojna w Iraku w 2003 r. Polska i inne kraje „nowej Europy” poparły wówczas George’a W. Busha. Nazywano nas „koniem trojańskim Ameryki”, a potem to się jakoś uspokoiło.

Wówczas to był konflikt istotny, ale jednak punktowy. Teraz konflikt ma dużo bardziej systemowy charakter. USA odchodzą od polityki „światowego policjanta”, utożsamiania swojego interesu narodowego z pilnowaniem porządku w świecie. „America first” – nie jest pustym sloganem. Mamy do czynienia z przestawianiem polityki amerykańskiej na wąsko rozumiane interesy partykularne. To odpowiedź na zmęczenie społeczeństwa nadmiernymi inwestycjami w odpowiedzialność międzynarodową. Dużo w tym jest osobistego wkładu Trumpa, ale ta zmiana znacznie wykracza poza tego konkretnego prezydenta.

Zwykło się wieszać psy na Węgrzech Orbana za jego przyjaźń z Moskwą i wskazywać na polski klientelizm wobec Trumpa – ale stare „praworządne” demokracje też zerkają życzliwie na Rosję, choćby Włochy czy Austria. Tylko nikt ani Włochom, ani Austriakom nie mówi, że nie są dość europejscy. Czy to nie hipokryzja?

W społeczeństwach europejskich, zwłaszcza zachodnich, narasta antyamerykański sentyment. W efekcie niejako automatycznie na Rosję patrzy się z większą tolerancją i akceptacją. Nikt w Europie nie ma złudzeń co do charakteru reżimu Putina. Zmiana globalnych priorytetów powoduje jednak, że Rosja coraz częściej jest postrzegana jako mniejsze zło.

Wróćmy do Polski – czy uruchomienie procedury art. 7. traktatu o UE wyklucza nas z grona ważnych państw Unii?To akurat najmniej efektywny z mechanizmów dyscyplinujących, jakie ma Unia, i opiera się jeszcze na starym trybie funkcjonowania Wspólnoty, który zakłada dobrą wolę po wszystkich stronach. To było do tej pory skuteczne, ale takiej woli brakuje, a rozmowa nie przynosi rezultatów. Dlatego pojawia się presja finansowa, działają też skargi do Trybunału Sprawiedliwości UE, które już wstrzymały kilka posunięć rządu w Polsce. Oczywiście nikt w reakcji na to, co się dzieje w Polsce, nie powie nam, że nie nadajemy się do Europy. Odradzają się już jednak na Zachodzie stereotypy na temat Europy Wschodniej, którym dajemy pożywkę. Cały wysiłek Warszawy w ostatnich dekadach polegał na tym, by zamazać podział Wschód–Zachód. Obecnie on wraca, i to w szybkim tempie. Dowodem tego jest rozdanie najważniejszych stanowisk w UE po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nastąpiła bezprecedensowa marginalizacja naszego…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wierzę, wątpię, odchodzę